Archiwa tagu: WTA



Szczęśliwe czas liczą

Agnieszce Radwańskiej i Belindzie Bencic finał w Tokio odbijał się czkawką w Wuhan. Ale Polka i Szwajcarka nie były w tym sezonie osamotnione. Żadna zawodniczka walcząca w weekend o tytuł nie przełożyła tego na dobre występy po niedzieli.

Życie tenisistki, jak i tenisisty, do łatwych nie należy. Podróże, przesiadki, wieczne pakowanie – a sum na koncie pozazdrościć można tylko kilku, no, kilkudziesięciu. Regulamin i grafik pozostają nieubłagane. Nikt terminarza całej imprezy nie zmieni dla jednej zawodniczki, jeśli mowa o turnieju z 64 uczestniczkami, nawet jeśli nazywa się Agnieszka Radwańska i kilkanaście godzin wcześniej zachwycał się nią cały tenisowy świat.

Agnieszkę właśnie i Bencic połączył ostatnio nie tylko finał w Tokio, a wcześniej jeszcze w Eastbourne, ale i fatalny występ w Wuhan. Polka gorzej nie mogła wylosować, bo w pierwszej rundzie trafiła na Venus Williams. I odpadła, grając bezbarwnie, walcząc nie z rywalką, a z samą sobą; pewnie ze zmęczeniem i fizycznym, i psychicznym, bo przecież to nie tour robotów ani niezawodnych maszyn (jeśli w ogóle ktoś kiedyś takową stworzył). Szwajcarka wytrwała niewiele dłużej. Pierwszą rywalkę (Alję Tomljanović) jeszcze pokonała, w drugim meczu przeciwko Camili Giorgi ciało zmusiło ją do kreczu.

Kiedy na Twitterze pisałem, że nasza tenisowa chluba wyraźnie pecha, w odpowiedzi otrzymałem, że Bencic też grała w finale w Tokio, też musiała wsiąść do samolotu i odbyć równie długą podróż, a jednak nie przeszkodziło jej to w odniesieniu zwycięstwa. Zaznaczyłem, że Williams i Tomljanović, z całym szacunkiem dla tej drugiej, to trochę inna półka. Ktoś przypomniał ubiegłoroczny Roland Garros na poparcie swej tezy, zapominając chyba, że na Wimbledonie ta sama dziewczyna z Zagrzebia urwała krakowiance ledwie dwa gemy.

Statystyki oddają tendencje – grasz w finale, nie licz na kolejny dobry turniej, zwłaszcza jeśli to rozgrywki z sześcioma etapami. Przeanalizowałem: z 22 finalistek w branych przeze mnie pod uwagę zawodach tylko jedna – Carla Suarez Navarro na początku sezonu – dotarła po kilku dniach w 64-osobowych rozgrywkach do ćwierćfinału. Reszta kończyła zmagania najczęściej w pierwszej lub drugiej rundzie. Pomijając kilka tenisistek o niższej renomie lub generalnie nie błyszczących na przestrzeni całego sezonu, mowa o wspominanych Radwańskiej i Bencic, Caroline Wozniacki, Karolinie Pliszkovej, Jelenie Janković, Andrei Petkovic czy Elinie Switolinie. Czyli topowych tenisistkach, które zawsze wymienia się w kontekście walki o tytuły.

Ofiar finałów było więcej i to nie tylko w turniejach z 64-osobową stawką. Nie tak dawno w Seulu życiowe rezultaty uzyskiwała Aljaksandra Sasnowicz. Tydzień życia – grała jak z nut, a jeszcze potrafiła powiedzieć, że w sumie to nie do końca jest zadowolona ze swojej postawy. Dopiero w finale zatrzymała ją Irina-Camelia Begu. Białorusinka do Taszkientu mogła jechać z podniesioną głową, ale wyjeżdżała na tarczy. Poddała mecz drugiej rundy. Zdarzały się i twardsze lądowania. Lucie Hradecka w maju, po turnieju w Pradze, w którym musiała uznać wyższość jedynie rodaczki Pliszkovej, pojechała do Trnavy, żeby zagrać w rozgrywkach ITF. Nie wygrała nawet jednego spotkania, a jej pogromczynią okazała się Chorwatka z trzeciej setki.

Czas w tenisie się nie zatrzymuje – nigdy. Nie ma chwili wytchnienia, bo punkty uciekają, a punkty to też pieniądze, to ranking czy przepustka do WTA Finals w przypadku niektórych z wyżej wymienionych. Im zawodniczka dalej zajdzie w obecnym turnieju, tym częściej i bardziej nerwowo musi spoglądać na zegarek, spiesząc na kolejne rozgrywki. Gdzieś między tym wszystkim zaczyna gubić się radość z tenisa. Ale jak tu się dziwić, skoro czas to pieniądz?



W czasie suszy ranking suchy

„Stan wody (10.08.2015) w dorzeczu Wisły układa się w strefie wody niskiej” – głosi dzisiejszy komunikat Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Nie będę wyliczał, w której rzece i ile wody ubyło, bo wcześniej czy później aura psiknie wszędzie deszczem i jeszcze gdzieniegdzie postraszy powodzią. Chciałbym tylko przekazać komunikat, że stan polskich tenisistek w rankingu singlowym WTA układa się w strefie niskiej. Właśnie ubyła kolejna…

Od dziś na liście światowej mamy zaledwie 15 zawodniczek. A właściwie 14, bo tylko WTA nadal uważa Natalię Siedliską za reprezentantkę Polski. Dla ITF jest ona Niemką, a i jej samej ostatnio do nowej ojczyzny znacznie bliżej niż do starej.

Patrzę w lustro i na zdziwionego raczej nie wyglądam. Od pewnego czasu, również na tym blogu, zwracam uwagę, że najmłodsze pokolenie polskich kandydatek na zawodowe tenisistki nie ma podstawowych warunków rozwoju. Mógłbym nawet co miesiąc otwierać jeden z tych tekstów i robić ctrl+C i ctrl+V. Co z tego, że czytelnicy – raczej wcześniej niż później – zorientowaliby się, że już kiedyś to czytali, skoro sam tekst – w wersji oryginalnej czy po kilku kosmetycznych przeróbkach – ciągle byłby aktualny?

Mamy do pokazania światu zaledwie tuzin kobiet i dwie nastoletnie dziewczyny (Siedliskiej już nie liczymy). Czesi, którym tak ochoczo staramy się pomóc – argumenty przedstawiłem w „Spojrzeniu pesymisty” – mają, trzeba przyznać, kłopot do pozazdroszczenia: chcieliby 50 przedstawicielek w rankingu WTA, a zatrzymali się na 49. Pewnie jakoś się pocieszą – zresztą naszym, czyli Agnieszki Radwańskiej, kosztem – wprowadzeniem już trzeciej zawodniczki do czołowej dziesiątki świata.

Dolarów przeciwko orzechom nie postawię, ale jestem dziwnie spokojny, że prędzej Czesi doczekają się 50. reprezentantki niż my 15. Oni samych nastolatek jeszcze przez kilka dni (14 sierpnia Petra Rohanova skończy 20 lat) będą mieli w rankingu więcej niż my wszystkich tenisistek!

Kiedy na rankingi WTA i ATP patrzy się z góry – na pierwszą dziesiątkę, najdalej na drugą setkę – można odnieść wrażenie, że różnią się jedynie detalami. Największa różnica jest schowana na samym dnie. Młody chłopak wygra jeden mecz w turnieju głównym najniższej rangi i już jest na liście. Młoda dziewczyna musi zdobyć punkty w trzech turniejach albo od razu aż 10, aby przebić się na lepszą stronę tego dna.

10 punktów – powie ktoś – to niewiele. Żeby za jednym zamachem trafić na listę, trzeba wygrać turniej ITF z pulą nagród 10 000 dolarów, dojść do półfinału „25” lub przejść rundę takiej „75” jak w Sobocie, o której pisałem dwa tygodnie temu. Nie udało się to ani Katarzynie Piter, ani Magdalenie Fręch. Pierwsza ma ponad dwustu-, a druga prawie stupunktowy dorobek, więc jak można oczekiwać, by takiej sztuki dokonała dziewczyna dopiero wchodząca na zawodowe korty?

Te początkujące – raz jeszcze skorzystam z kombinacji ctrl+C plus ctrl+V – nie potrzebują turniejów rozdających na prawo i lewo 75 tysięcy dolarów. Bez „dzikiej karty” nie dostaną się nawet do 25-tysięczników. One – jak rzeki w strefie wody niskiej deszczu – potrzebują jak najwięcej „dziesiątek”. „Dziesiątek”, czyli turniejów najniżej płatnych i najniżej punktowanych, ale uchylających furtkę do zawodowego tenisa. Czy poza kilkoma wyjątkami – organizatorami i sponsorami turniejów w Puszczykowie, Zielonej Górze, Szczawnie Zdroju i Zawadzie (w tym roku redukcja puli nagród z 25 do 10 tys. USD) – nikomu już na tym nie zależy?



Za wysokie szpilki

Chodzenie w szpilkach nie jest zbyt zdrowe dla stóp, czego wielokrotnie dowodzili specjaliści od medycyny. Zresztą, panie pewnie wiedzą na ten temat więcej. Znają się przecież na tym doskonale. Przeszukując Internet, nie natknąłem się jednak na artykuły, które traktowałyby o wysokich obcasach i tenisie. Nie dziwi to specjalnie – na pozór, trudno o związek, no może poza Players’ Party.

Posypię głowę popiołem i przyznam bez bicia: nie zadałem sobie trudu, by dotrzeć do statystyk i dowiedzieć się, ilu paniom szpilki zaszkodziły. Skoncentrowałem się na jednym przykładzie. Potwierdzonym i świeżym, bo nawet z pierwszej rundy Rolanda Garrosa.

Pewnej kanadyjskiej tenisistce na zdrowie nie wyszły może nie tyle same szpilki, co kariera modelki. Mowa o Eugenie Bouchard. Momentami trudno nie odnieść wrażenia, że zajmuje się wszystkim, tylko nie tenisem. Właściwie to do takich wniosków skłaniają jej wyniki. Poza pierwszym i dotychczas najważniejszym turniejem sezonu, Australian Open, Bouchard grała znacznie poniżej oczekiwań. Od stycznia wygrała trzy (!) mecze.

Gwoli ścisłości, problemy nowej gwiazdy kobiecego tenisa zaczęły się już pod koniec ubiegłego roku. Zrzucano to jednak na karb długiego, wyczerpującego, a przecież tak udanego sezonu w wykonaniu „Genie”. Kiedy w grudniu podpisała kontrakt z agencją WME-IMG, wreszcie mogła realizować się jako modelka. Znamienne, że mówiła wtedy o „realizacji celów biznesowych”czy „zwiększeniu wartości jej marki”. Ani słowa o tenisie.

Bouchard do światowej czołówki weszła z przytupem. Półfinał Australian Open, półfinał Rolanda Garrosa i w końcu finał Wimbledonu. Sezon marzeń. Szybko, bo już po kilku miesiącach zaczęto ją porównywać do Marii Szarapowej, naczelnej businesswoman tenisowego światka. A „Genie” poszła w jej ślady. Równie chętnie co na korcie, pokazywała się poza nim – w różnych okolicznościach, na pokazach, imprezach.

Kort pokazał jednak, że nie każdy może łączyć grę z biznesem z takim powodzeniem jak Rosjanka, nawet jeśli zajmuje się pierwsze miejsce na liście 50 najbardziej perspektywicznych sportowców z marketingowego punktu widzenia (więcej w tekście: Eugenie Bouchard w cenie). Nawet jeśli w tym samym rankingu wyprzedza się piłkarskie gwiazdy pokroju Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. Coś musi ucierpieć, a jak nie trudno przewidzieć, kiedy myśli są gdzie indziej, kiedy brakuje koncentracji, boleje na tym tenis.



Ciszej nad tym kortem!

Jako szczęściarz pracujący w domu, spokojnie oglądam telewizję i nie ukrywam się przed kierownikami, dyrektorami ani naczelnikami. Chcę, to zmieniam kanał albo wdaję się w polemikę z komentatorami. Na przykład Karol Stopa ma bardzo wyrazisty pogląd na temat „jastrzębiego oka”. Chciałby je widzieć na każdym korcie albo na żadnym. Raczej jednak na wszystkich, skoro technika na to pozwala.

Czytaj dalej Ciszej nad tym kortem!