Archiwa tagu: Szarapowa



Maria, co dalej?

Dwa lata. Dwa sezony. Maria Szarapowa nie wróci szybko, jak zapowiadała ironicznym doborem koszulek, w których pokazywała się na salonach. Uratować może ją tylko ostatnia instancja.

„Wrócę za pięć minut” – o koszulkę z tymi napisem chodzi przede wszystkim. Ale i o serię działań. O zdjęcia z Paryża, o wzmianki o męczącym tourze. Wszystko z podtekstem. Zbyt inteligentną kobietą jest Rosjanka, by uznać to za niewinne zbiegi okoliczności. Trybunał ITF do żartów już nie był skłonny i z 5 minut wyszły dwa lata. Dużo czy mało?

Serena Williams wygrywała turnieje wielkoszlemowe w wieku prawie 34 lat. Marina Hingis wróciła na kort, a jej gwiazda na nowo rozbłysła w deblu. 35 wiosen dla niej przeszkody nie stanowi. Szarapowa wróci najpóźniej jako niespełna 31-latka, a w Roland Garros wystąpiłaby już po urodzinach. Czemu miałaby nie wygrywać, skoro inne potrafiły? Jest jedno ale. Nawet nie jedno.

Tym, co zrobi Sportowy Sąd Arbitrażowy na razie nie ma się co sugerować. To wróżenie z fusów, zwykłe gdybanie. Werdykt zapadł: 2 lata dyskwalifikacji. Odnosić więc – przynajmniej do momentu decyzji CAS – trzeba się do tego, a nie innego wyroku. Powrót Hingis nie spalił na panewce, bo gra w deblu. Jak byłoby w singlu, nie sposób przewidzieć, ale dwa mecze zagrała i dwa przegrała – z Agnieszką i Urszulą Radwańską w Pucharze Federacji. Williams z kortów znikała, kiedy się leczyła. Zdrowa wracała do rywalizacji.

Dwa lata biegania po korcie, wyciskania ciężarów w siłowni wysiłek na korcie może stymulować, rywalizacji nie zastąpi. Dwa lata to szmat czasu. Sabine Lisicki pod koniec ubiegłego sezonu dosięgły problemy zdrowotne. W rankingu leci na łeb, na szyję, a pauzowała znacznie krócej niż 24 miesiące. A Szarapowa za okaz zdrowia też nie uchodziła. Wyrok trybunału ITF daje jej możliwość wyprostowania wszelkich zdrowotnych spraw, pozbawia jednak tego, co dla sportowca najważniejsze – gry. Skrócenie kary byłoby zbawienne. Rok bez rywalizacji, takiej o stawkę, a dwa lata to różnica kolosalna.

Jaka Szarapowa może wrócić na kort w 2018 roku? I jaka bez Meldonium? Trybunał ITF uznał, że nie zażywała leku intencjonalnie, w celu poprawy osiągów. Tylko kto rozstrzygnie, jaki wpływ rzeczywiście miał Mildronat. Rosjanka zażywała lek przez 10 lat. To nie ogólnodostępna witamina C, więc poważniejszy ślad w organizmie musi zostawiać. Po prostu musi, zresztą tak jak każda substancja przyjmowana przez zwykłego Kowalskiego, któremu nie w głowie występy na Roland Garros. Trybunał przyznał wszak, że tenisistka przyjechała Meldonium nieintencjonalnie. A to nie to samo co: bez wpływu na wyniki.

Nie ma wzoru ani lekarza, który cofnąłby się w przeszłość i zbadał, czy bez Mildronatu Masza też zdobyłaby pięć wielkoszlemowych tytułów. Napisałem na Twitterze, że jedyna Szarapowa oczyszczona z podejrzeń, to Szarapowa, która wróci zwycięsko. I z dumą powie: patrzcie, nie biorę Meldonium, a też wygrywam. O ile początkowe pasmo porażek, gdyby takie się przytrafiło, łatwo byłoby wytłumaczyć długim rozbratem z tenisem, to wyraźnie słabsze lata po dyskwalifikacji zapewne wzbudziłyby podejrzenia, że sukcesy były budowane w oparciu o wspomaganie.

29-latka na pewno bierze pod uwagę różne scenariusze. Także takie mniej optymistyczne. Kto jak kto, ale ona o wizerunek dba, wyłączając wpadkę dopingową, która w jej image uderzyła potężnie. Przekalkuluje, co najbardziej jej się opłaca. Kocha tenis, ale kocha też biznes. A może siądzie któregoś wieczoru z filiżanką pysznej kawy bądź dobrą brytyjską herbatą i zastanowi się: po co mi to wszystko? Zakończyłaby karierę w aurze wpadki dopingowej, ale jako znakomita tenisistka.

Może wrócić i udowodnić, że jest wielka. Podjąć ryzyko, które nie musi się opłacić. Słabsza gra po pewnym czasie, odpowiednim na ponowną aklimatyzację w rytmie meczowym, nie zostałaby zrzucona na karb wieku, ale tezy, że Szarapowa biorąca Meldonium to inna tenisistka niż Szarapowa czysta jak łza.



Sztuka porażki

Nie zamierzam analizować porażek Agnieszki Radwańskiej z Marią Szarapową i Flavią Pennettą. Kto oglądał te spotkania, wie, co się stało. Kto zna tylko wynik, w połączeniu z relacjami wie wszystko, co wiedzieć powinien.

Awans Polki do półfinału pozostaje kwestią otwartą. Kiedyś reporter telewizyjny zapytał Simona Ammanna, czy może jeszcze odebrać Puchar Świata Adamowi Małyszowi. Odpowiedział: „matematyka podpowiada mi, że tak”. Dopóki więc matematyka pozwala nam wierzyć w wyjście krakowianki z grupy, nie ma potrzeby ocenianiać występu. I ja też nie będę tego robił przedwcześnie.

***

Radwańska zachowała się dziś jak prawdziwa mistrzyni wbrew odbierającym jej ten szlachetny tytuł. Wyszła i nie owijała na konferencji prasowej w bawełnę. Całą winę za porażki wzięła na siebie. Powiedziała wręcz, oczywiście inaczej dobierając słowa, że zawaliła. Nie było tłumaczenia, że kort za wolny, że oświetlenie źle na nią działo, że to czy tamto. Owszem, mówiła o zmęczeniu, ale w kontekście braku koncentracji, który też sobie wytknęła.

Sportowcem łatwo być, gdy wszystko idzie jak z płatka, a komplementy i gratulacje sypią się z każdej strony. Znacznie trudniej, kiedy mimo wcześniejszych aspiracji i rozbudzonych apetytów porażka podąża za porażką, a w kraju spada fala krytyki. Wtedy poznaje się wielkiego sportowca.

Pod adresem Rafaela Nadala w Madrycie, a potem Paryżu kierowana naprawdę trudne pytania. Momentami nieprzyjemne – nie dlatego, że złośliwe czy obrażające, ale dotyczące jego porażek. Potrafił odpowiedzieć z wielką klasą, spokojnie tłumacząc przyczyny i szukając ich raczej we własnych słabościach, aniżeli otaczającej go rzeczywistości. Radwańska sukcesów Hiszpanowi może pozazdrościć – klasy na pewno nie.

***

Na Wimbledonie, na kortach Rolanda Garrosa czy Flushing Meadows zagwarantowany występ ma około 100 czołowych tenisistek. Ale do WTA Finals zakwalifikowało się tylko osiem najlepszych w tym sezonie. Kiedy piłkarze wywalczyli awans do finałów mistrzostw Europy obok 22 innych drużyn (Francja jako gospodarz występ ma zapewniony), trafili na pierwsze strony gazet. Radwańska prędzej trafi na czołówki, przegrywając.

Kwalifikacja do WTA Finals ucieszyła, ale przeszła bez takiego echa jak porażka z Marią Szarapową. A usta krytykom Polki spróbowała zamknąć sama Rosjanka, w fantastycznym stylu rozbijając dwa dni później Simonę Halep i pokazując, że nie przyjechała do Singapuru na poły zdrowa. Potwierdzała to także Flavia Pennetta. Losy jej kariery spoczęły w rękach właśnie Szarapowej, która może już w piątek odesłać Włoszkę na emeryturę.

Niedzielni krytycy po imponującej wygranej Rosjanki z Rumunką, wiceliderką światowego rankingu, w dużej mierze zamilkli. Nie podkreślali, że może to nie Polka była tak słaba, ale rywalka tak mocna? Nawet jeśli do szczytu formy sporo jej brakuje, co oddał pojedynek z Pennettą, porażka z Szarapową ujmy nie przynosi. Bo tak grająca „Masza” to w tym momencie główna faworytka do zwycięstwa w całej imprezie.

***

Nic nie trwa wiecznie, także kariera Radwańskiej. Za kilka lat, kiedy za sukces będzie brany awans którejś z polskich tenisistek do czołowej „50”, na co się niestety zapowiada, smutna rzeczywistość rzuci inne światło na wyniki krakowianki. I pozwoli części krytyków dojść do wniosku, że może ten finał i dwa półfinały Wimbledonu, półfinał Australian Open, 16 tytułów, pięć występów z rzędu w WTA Finals i kilka lat regularnie w Top 10 nie były jednak takie złe…



Polacy nie gęsi

„A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”… Mikołaj Rej, herbu Oksza, nie był kibicem tenisa, był za to kibicem, wręcz fanatykiem, języka polskiego. Walczył z łaciną, która dla jemu współczesnych była tym samym, czym język angielski jest dla nas – chwastem na polszczyźnie.

Piszę o tym dlatego, że nie wszystkim czytelnikom naszego portalu podoba się pisownia nazwisk niektórych tenisistów. Największe razy zbierają ostatnio Novak Dżoković i Marin Czilić, a nawet Maria Szarapowa nie jest w stanie wszystkich zadowolić. Nasi krytycy upierają się przy Djokovicu, Cilicu i Sharapovej, bo tak mówi i pisze cały świat.

Po pierwsze – nie cały. Może Niemcy to nie zawsze jest najlepszy przykład, ale w tej sytuacji wręcz znakomity. W tamtejszych gazetach pisze się Scharapowa. A przy okazji – mecz Pucharu Federacji z Rosją Niemki rozegraly w Sotschi, a nie, jak próbują wmówić im Brytyjczycy, Amerykanie i inni Anglosasi – w Sochi. Jeszcze fajniej wygląda nazwisko Szarapowej po czesku – Šarapovová.

W niemieckich mediach przyjęto zasady pisowni obcych nazwisk i miast zgodnie z zasadami obowiązującymi w języku niemieckim, w czeskich przestrzegają reguł swojego języka, więc dlaczego my mielibyśmy ulegać anglicyzmom? Gdyby przyjąć je, tzn. anglicyzmy, za dogmat w terminologii i pisowni tenisowej, to powinniśmy zgodzić się na Agnieszkę Radwanską, Michala Przysieznego czy Lukasza Kubota. Bo tak piszą inni? Nie, to jeszcze nie jest wystarczający powód.

Przyjrzyjmy się tym nieszczęsnym – z językowego punktu widzenia – Serbom i Chorwatom. Đoković – znajduję na stronie Tenisowego Związku Serbii. Chcę to przepisać, lecz nie mogę, bo na klawiaturze z polskimi znakami nie ma litery Đ. Możemy się spierać, czy odpowiada ona naszej głosce dż czy dź, a może czemuś pośredniemu. Na pewno nie jest to żadne dj, jak chcieliby anglofile.

Jeszcze łatwiej wytłumaczyć, dlaczego piszemy o Cziliciu. W oryginale – za źródło służy nam strona Chorwackiego Związku Tenisowego – pisze się Čilić. Z ć na końcu nie ma problemu, zaś Č na początku to nic innego jak nasze Cz.

Czytelników portalu tenisklub.pl uprzejmie proszę, aby w komentarzach skupili się na tym, co naprawdę istotne. Dyskutujmy – byle kulturalnie – o tenisie, bo na tym polu nasze opinie nie muszą być jednakowe. Jeśli jednak chodzi o język, to zasady pisowni są jednoznaczne. Po polsku można pisać poprawnie lub niepoprawnie – tak samo, jak nie można być w ciąży tylko trochę.

Nieprzekonanych zapraszam na Polish-swoj-Polish.blogspot.com – blog o polszczyźnie dziennikarzy (nie tylko) sportowych.



Dwa metry słodyczy

Przyznaję, że zaraz po losowaniu par ćwierćfinałowych byłem sceptykiem. Rzut oka na ranking i pozycje Marii Szarapowej i Jekateriny Makarowej nie zachęcał do optymizmu. Kiedy ktoś zauważył, że te dwie panie darzą się sympatią chyba jeszcze mniejszą niż strony konfliktu w Donbasie, zaświtała nadzieja – jedna z nich nie przyjedzie!

Nie przyjechała Makarowa. Zamiast niej Anastazja Myskina zabrała do Krakowa Swietłanę Kuzniecową, z którą sama kiedyś biegała po kortach Warszawy i Sopotu. Swieta (żeby tylko komputer samodzielnie nie poprawiał mi jej imienia na „Święta”!) potrafi ładnie przywitać się po polsku i pomaga przywołać wspomnienia o wielkich turniejach rozgrywanych w Polsce.

Po meczu z Agnieszką Radwańską nie podjęła tematu zaproponowanego przez jedną z rosyjskich dziennikarek. Wiem, ponieważ przysłuchiwałem się – za zgodą rzeczniczki reprezentacji – rozmowie Kuzniecowej z rodzimymi mediami. W pytaniu kryła się sugestia, że krakowska publiczność jest nieprzychylna Rosji z wiadomego wszystkim powodu. Swietłana zrobiła zdziwioną minę i odparła, że doping dla Polki był w normie. Dziennikarka chyba już nie wróciła do tematu, bo Szarapowa przy każdej okazji chwaliła ciepłe (nie mylić z pogodą) przyjęcie.

Ja też nie narzekam, ponieważ Ola i Tomek zrobili wszystko, abym nie czuł się w Krakowie gorzej od Maszy. Obydwoje bardzo interesują się tenisem, znów chcą być wolontariuszami podczas turnieju w Katowicach, więc niemal od razu zapytali, jakiego wyniku można się spodziewać. – Każdego między 4:1 a 1:4 – odparłem pochopnie, a potem trzymałem się tej wersji.

Dlaczego Polki miałyby tego meczu nie wygrać? Szarapowa, przekonywałem najpierw samego siebie, wróci z Melbourne później niż Agnieszka Radwańska; będzie bardziej zmęczona podróżą i będzie miała mniej czasu na aklimatyzację. A czy krakowianka w ogóle musi aklimatyzować się w Krakowie? Z uprzejmości dla klasy finalistki Australian Open założyłem, że nie przegra wszystkiego, stąd ten honorowy punkt dla Rosji.

Skąd zatem wzięło się to 1:4 w wariancie pesymistycznym? Nie będę gwiazdorzył i nie powiem, że przemyślałem sprawę jeszcze w sobotę przed dwunastą w południe. Staliśmy wtedy w korku i martwiliśmy się raczej o to, gdzie zaparkujemy samochód, bo nawet ten czarny scenariusz miał zacząć się od prowadzenia Polski. Na trybuny weszliśmy przed trzecim gemem. Wiecie, co było dalej.

Narzekałem sobie po cichu na losowanie do czasu, kiedy spojrzałem na drabinkę Grupy Światowej. Bez trudu znalazłem łatwiejsze rywalki dla Polski, ale nie było przy nich literki „s”. Przy Polsce też nie, ponieważ rozstawione były Czechy, Włochy, Niemcy i właśnie Rosja. Czy ktoś kierujący się rozsądkiem może powiedzieć, że w starciu z którąś z tych ekip nasze dziewczyny byłyby faworytkami?

Dlaczego Polki miałyby ten mecz wygrać? – odwróciłem pytanie. Z tenisistek sklasyfikowanych pomiędzy siostrami Radwańskimi Myskina mogłaby zestawić dwie pełne reprezentacje. A jest jeszcze przecież zawodniczka, która wyprzedza liderkę naszego zespołu; jedna z tych, które przyjechały do Krakowa.

Nie przyjechała przecież sprzedawać cukierki. W holu stanęło stoisko marki „Sugarpova”. 127-gramowe opakowanie kosztowało 20 złotych, a płacić można było tylko gotówką. Żartowaliśmy, że Szarapowa nie chce czekać na rozliczenie transakcji bezgotówkowych i wyjeżdżając po prostu zabierze z kasy cały utarg. A nie był mały, skoro w niedzielę zabrakło towaru.

My żartowaliśmy, a ona robiła swoje, czyli udanie łączyła pracę tenisistki i kobiety interesów. Zdradziła, że nie wybiera się na turnieje do Dubaju i Doha. Zgaduję, że tam „Sugarpova” jest już wypromowana, a butiki zaopatrzone. Teraz Szarapowa zagra w Acapulco, być może chcąc podbić nowe rynki zbytu.

Dzień przed rozpoczęciem meczu jeden ochroniarz chwalił się drugiemu, że już widział wszystkie zawodniczki. – Szarapową też? – drugi trochę nie dowierzał. – Też! Mówię ci, ma chyba ze dwa metry. A te nasze to niziutkie, mojego wzrostu.

No i jak tu wygrać z tą Rosją…