Archiwa tagu: ranking



W czasie suszy ranking suchy

„Stan wody (10.08.2015) w dorzeczu Wisły układa się w strefie wody niskiej” – głosi dzisiejszy komunikat Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Nie będę wyliczał, w której rzece i ile wody ubyło, bo wcześniej czy później aura psiknie wszędzie deszczem i jeszcze gdzieniegdzie postraszy powodzią. Chciałbym tylko przekazać komunikat, że stan polskich tenisistek w rankingu singlowym WTA układa się w strefie niskiej. Właśnie ubyła kolejna…

Od dziś na liście światowej mamy zaledwie 15 zawodniczek. A właściwie 14, bo tylko WTA nadal uważa Natalię Siedliską za reprezentantkę Polski. Dla ITF jest ona Niemką, a i jej samej ostatnio do nowej ojczyzny znacznie bliżej niż do starej.

Patrzę w lustro i na zdziwionego raczej nie wyglądam. Od pewnego czasu, również na tym blogu, zwracam uwagę, że najmłodsze pokolenie polskich kandydatek na zawodowe tenisistki nie ma podstawowych warunków rozwoju. Mógłbym nawet co miesiąc otwierać jeden z tych tekstów i robić ctrl+C i ctrl+V. Co z tego, że czytelnicy – raczej wcześniej niż później – zorientowaliby się, że już kiedyś to czytali, skoro sam tekst – w wersji oryginalnej czy po kilku kosmetycznych przeróbkach – ciągle byłby aktualny?

Mamy do pokazania światu zaledwie tuzin kobiet i dwie nastoletnie dziewczyny (Siedliskiej już nie liczymy). Czesi, którym tak ochoczo staramy się pomóc – argumenty przedstawiłem w „Spojrzeniu pesymisty” – mają, trzeba przyznać, kłopot do pozazdroszczenia: chcieliby 50 przedstawicielek w rankingu WTA, a zatrzymali się na 49. Pewnie jakoś się pocieszą – zresztą naszym, czyli Agnieszki Radwańskiej, kosztem – wprowadzeniem już trzeciej zawodniczki do czołowej dziesiątki świata.

Dolarów przeciwko orzechom nie postawię, ale jestem dziwnie spokojny, że prędzej Czesi doczekają się 50. reprezentantki niż my 15. Oni samych nastolatek jeszcze przez kilka dni (14 sierpnia Petra Rohanova skończy 20 lat) będą mieli w rankingu więcej niż my wszystkich tenisistek!

Kiedy na rankingi WTA i ATP patrzy się z góry – na pierwszą dziesiątkę, najdalej na drugą setkę – można odnieść wrażenie, że różnią się jedynie detalami. Największa różnica jest schowana na samym dnie. Młody chłopak wygra jeden mecz w turnieju głównym najniższej rangi i już jest na liście. Młoda dziewczyna musi zdobyć punkty w trzech turniejach albo od razu aż 10, aby przebić się na lepszą stronę tego dna.

10 punktów – powie ktoś – to niewiele. Żeby za jednym zamachem trafić na listę, trzeba wygrać turniej ITF z pulą nagród 10 000 dolarów, dojść do półfinału „25” lub przejść rundę takiej „75” jak w Sobocie, o której pisałem dwa tygodnie temu. Nie udało się to ani Katarzynie Piter, ani Magdalenie Fręch. Pierwsza ma ponad dwustu-, a druga prawie stupunktowy dorobek, więc jak można oczekiwać, by takiej sztuki dokonała dziewczyna dopiero wchodząca na zawodowe korty?

Te początkujące – raz jeszcze skorzystam z kombinacji ctrl+C plus ctrl+V – nie potrzebują turniejów rozdających na prawo i lewo 75 tysięcy dolarów. Bez „dzikiej karty” nie dostaną się nawet do 25-tysięczników. One – jak rzeki w strefie wody niskiej deszczu – potrzebują jak najwięcej „dziesiątek”. „Dziesiątek”, czyli turniejów najniżej płatnych i najniżej punktowanych, ale uchylających furtkę do zawodowego tenisa. Czy poza kilkoma wyjątkami – organizatorami i sponsorami turniejów w Puszczykowie, Zielonej Górze, Szczawnie Zdroju i Zawadzie (w tym roku redukcja puli nagród z 25 do 10 tys. USD) – nikomu już na tym nie zależy?



Spojrzenie pesymisty

Patrzę sobie na drabinkę turnieju Powiat Poznański Open i zastanawiam się, gdzie podziała się wielkopolska gospodarność. Pula nagród wynosi 75 tysięcy dolarów (prawie 280 tysięcy złotych licząc po dzisiejszym kursie), a w singlu grają tylko dwie Polki. Jeśli nawet Katarzyna Piter i Magdalena Fręch spotkają się w półfinale, to jaką korzyść będzie miał z tego polski tenis? Obawiam się, że niewielką, jeśli sprawdzi się ten optymistyczny scenariusz; żadną, jeśli obie Polki szybko odpadną w rywalizacji z wyżej notowanymi rywalkami.

Patrzę sobie na drabinki turniejów ITF Women’s Circuit we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Czechach, wybiegam poza Europę do Indii, Chin, Brazylii… Nigdzie – czy w puli jest tylko 10 tysięcy, czy aż 75 – nie znalazłem tylko dwóch zawodniczek miejscowych. Bo jeśli tam ktoś decyduje się wydać pieniądze czy to prywatne, czy publiczne, najpierw zadaje sobie pytanie, kto na tym skorzysta. Kto skorzysta w Sobocie, wiadomo było praktycznie od początku. Rok temu pula nagród wynosiła „tylko” 50 tysięcy, a i tak żadna z trzech Polek obdarowanych „dzikimi kartami” nie przebrnęła przez pierwszą rundę. Po co więc podniesiono poprzeczkę wymagań?

Patrzę sobie na te „dzikie karty” i rozumiem jeszcze mniej. Pierwsza tenisistka reprezentuje Niemcy, druga Stany Zjednoczone, trzecia Czechy, a tylko jedna Polskę. Niech mnie ktoś przekona, że było warto aż tak mocno zachęcać do przyjazdu do Soboty Natalie Suk i Nicole Vaidiszovą! Kim jest Amerykanka, nie mam pojęcia. Może krewną Heleny Sukovej? Jeśli tak, to co z tego? A ile osób przyciąga na trybuny Vaidiszova? Tak, to półfinalistka Roland Garros i Australian Open, ale z 2006 i 2007 roku! Uważam, że w turniejach tej rangi „dzikie karty” powinny dostawać wyłącznie Polki lub tenisistki związane z Polską rodzinnie. W samym powiecie poznańskim kilka by się znalazło. Jestem również przekonany, że 75 tysięcy dolarów przyniosłoby więcej pożytku wtedy, gdyby organizatorzy rozłożyli te pieniądze na pięć kupek. Przez pięć tygodni, nie zaś przez siedem dni, sponsorzy mieliby wcale nie mniejszą ekspozycję w mediach, a polskie tenisistki większą szansę uszczknięcia czegoś z puli nagród i, co nawet ważniejsze, zdobycia punktów rankingowych.

Patrzę sobie także na ranking. Jeśli pominiemy Natalię Siedliską, która dla ITF (w WTA trudniej przeprowadzić zmianę obywatelstwa) jest już reprezentantką Niemiec, to między Justyną Jegiołką (nr 413, w Sobocie odpadła w drugiej rundzie eliminacji) a Anną Korzeniak (nr 840) zobaczymy głęboką przepaść. Od jej ścian jak echo odbija się dźwięk dzwonka alarmowego, na który jednak nikt nie reaguje. Oczywiście nie mamy aż tylu tenisistek, żeby – jak to się zdarza gdzie indziej – wypełniły prawie całą drabinkę „dziesięcio-„ czy „piętnastotysięcznika”. A może nie mamy ich aż tylu, bo wiele z nich nie ma gdzie zdobyć pierwszych punktów rankingowych? Na „dzikie karty”, jak widać, też nie zawsze mogą liczyć.

Mało turniejów – źle; duże – też niedobrze… Może ja nie jestem pesymistą. a po prostu malkontentem?

 



Dajmy im wędkę

W zeszłym tygodniu znalazłem na Twitterze taką informację: „Natalia Siedliska will represent Germany now, her nationality switch becoming effective with this week’s tournament (March 16)”. WTA nie publikuje rankingu w połowie turnieju w Indian Wells, więc dopiero za tydzień zniknie z niego kolejna Polka.

Od razu wyjaśniam, że nie zamierzam krytykować Natalii Siedliskiej. Urodziła się wprawdzie w Polsce, ale wychowała i ukształtowała jako tenisistka już w Niemczech, dokąd wyemigrowała z mamą. Zainteresowałem się jej karierą, ponieważ przez prawie trzy lata Natalia była najmłodszą Polką co tydzień zauważaną przez ranking WTA. Wielkiej kariery – skoro już padło to słowo, to się go trzymajmy – Siedliska nie zrobiła: wygrała jeden turniej singlowy i siedem deblowych na poziomie ITF Women’s Circuit, nie podskoczyła powyżej 626. miejsca, a ma już 19 lat.

Zmiana obywatelstwa przez tę tenisistkę nie jest żadnym problemem dla polskiego tenisa; problemem jest natomiast malejąca liczba Polek klasyfikowanych przez WTA. Z Polakami w ATP tej liczby nie można porównywać, ponieważ oba rankingi prowadzone są na nieco innych zasadach. Największe różnice dotyczą nie szczytów, lecz najniższego poziomu. Jeśli z braku miejsca nie zajmiemy się wyjątkami, to wystarczy powiedzieć, że na listę ATP wchodzi się już z jednym oczkiem z jednego turnieju, natomiast w WTA trzeba zapunktować trzykrotnie.

A gdzie mają punktować Polki? Chodzą słuchy, że w tym roku będą nowe turnieje tu i tam. Będą albo i nie będą… Nie zajmujmy się więc gdybaniem, lecz porozmawiajmy o faktach. Poza zawodami WTA w Katowicach, do których tylko Agnieszka Radwańska nie potrzebowała „dzikiej karty”, w zeszłym roku rozegrano w Polsce cztery turnieje ITF, ale tylko jeden (powtórzę: jeden!) z 10 tysiącami dolarów w puli nagród.

To i tak ogromny postęp w stosunku do sezonu 2013, kiedy w kalendarzu utrzymały się jedynie imprezy w Toruniu i Zawadzie. Obie oferują po 25 tysięcy USD, po które ustawia się zwykle kolejka Czeszek, Słowaczek, Ukrainek i Niemek z polskimi korzeniami… Polek, które mogłyby tam powalczyć nie tyle o pieniądze, co o punkty, ze świecą szukać. Pierwsza piątka jest za mocna, aby grać na tak niskim poziomie, kilka następnych próbuje, ale jakoś bez sukcesów, natomiast pozostałe mają za słaby ranking, aby dostać się do tych turniejów głównymi drzwiami.

Trzeba by to przeanalizować, stosując bardziej naukowe metody niż moje przeczucie, ale wydaje mi się, że liczba zawodniczek sklasyfikowanych w rankingu WTA zależy od liczby turniejów ITF organizowanych w danym kraju. Nie trzeba mieć Nobla z ekonomii, aby zauważyć, że punkt rankingowy zdobyty u siebie jest znacznie tańszy od punktu przywiezionego z zagranicy, choć dla WTA ma taką samą wartość. A kogo by nie posłuchać, z kim by nie porozmawiać, wszyscy mówią o tym samym: że trudno się przebić w zawodowym tenisie bez wsparcia finansowego. Jeśli nie możemy dać ryby, podarujmy im wędkę – tuzin turniejów.

W 2005 roku, kiedy wyszedł pierwszy numer „Tenisklubu” (żal nie skorzystać z okazji, aby pochwalić się, że od jubileuszu dzielą nas już tylko miesiące), w krajowym kalendarzu Polki mogły znaleźć aż osiem imprez rangi ITF Circuit, a wcale nie był to najlepszy sezon pod tym względem. W efekcie pod koniec roku na liście WTA mieliśmy aż 21 reprezentantek.

A dziś? Dziś tylko 15. Albo aż 15, bo do niedzieli liczymy jeszcze z Natalią Siedliską.