Archiwa tagu: PZT



Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?

Nie mam pretensji do Agnieszki Radwańskiej i Magdy Linette, że z Tajwanem nie zagrają. Tym bardziej do Bogu ducha winnych Magdaleny Fręch i Katarzyny Kawy, które je zastapią. Mam za to spore do Polskiego Związku Tenisowego, bo dobrze znając sytuację, do końca szedł w zaparte.

Działalność PZT od dłuższego czasu przypomina odgrywany w rzeczywistości – oczywiście trochę alternatywnej – film reżyserii Stanisława Barei. To rzeczywistość naszpikowana paradoksami, działaczy bezczelnym śmianiem się w twarz i – co rzecz jasna najważniejsze – dbaniem o własny interes. Kibice? Potrzebni, kiedy zaczyna się sprzedaż biletów. Produkt trzeba dobrze opakować, cenę rzucić tak wysoką, by towar udawał luksusowy, i odpowiednio rozreklamować.

Nawet jak reklama traci na aktualności, a prawie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ta reklama i tak leci w najlepsze. Bo może ktoś się nabierze. Radwańska i Linette są dorosłe, podjęły decyzje takie, jakie uważały za słuszne, a nie nam to oceniać. Lekarzami nie jesteśmy, a jeśli jakiś lekarz już się tu trafił, wyników badań żadna z nich nie upubliczniała. Jak każdy z nas. A kto widział w Katowicach Linette, wiedział, że w Spodku za okaz zdrowia nie robiła. Dla przyjemności nikt z ręką obłożoną lodem nie chodzi. Radwańska z barkiem oklejonym plastrami też wychodzi na kort od dłuższego czasu, a za nią rzeczywiście intensywny czas występów w Stanach.

Jeśli kogoś brak obu zdziwił, to chyba tylko dlatego, że bezgranicznie ufa PZT który sam strzelił sobie w kolano. I akurat pod adresem PZT można kierować pretensje. Najpierw rozśmianymi emotikonami opatrywał zdjęcie Radwańskiej trenującej z Michałem Przysiężnym, nie myśląc o kibicach, którzy w Spodku obeszli się smakiem występu idolki. Komuś nie przyszło do głowy, że jeśli krakowianki zabrakłoby jeszcze w Inowrocławiu – co już wtedy wydawało się bardzo prawdopodobne – to wizerunkowy samobój.

Kolejnym samobójem było promowanie spotkania z Tajwanem przy pomocy wizerunku wyłącznie najlepszej polskiej tenisistki. Tak jakby Magda Linette czy Paula Kania i Klaudia Jans-Ignacik znalazły się w składzie, jak to mówił stosunkowo nie tak dawno Jerzy Janowicz, „na doczepkę”. A już w trakcie trwania Katowice Open kto lepiej zorientowany, wiedział, że to one będą podporami reprezentacji w Inowrocławiu. I nagle, na trzy dni przed meczem, na wszystkich filmach, zdjęciach publikowanych na oficjalnym związkowym profilu pojawiają się już tylko Kania i Jans-Ignacik.

Znów zabrakło cywilizowanego sposobu podania informacji. Takiego jak choćby w Szwajcarii, gdzie Szwajcarski Związek Tenisowy o kontuzji Belindy Bencic powiadomił na oficjalnej stronie internetowej, nie mówiąc nawet o mediach społecznościowych. A na portalu PZT jeszcze dwie godziny (w momencie pisania) po ogłoszeniu, że ani Radwańska, ani Linette nie zagrają, wchodzących wita film z Agnieszką zapraszającą do Inowrocławia. O choćby krótkiej wzmiance na stronie, Facebooku czy Twitterze można zapomnieć. Ba, PZT nawet nie zauważył konferencji Polek.

Chowanie głowy w piasek zwolenników nie przysporzy. Tak, związek wyciągnął wnioski i zabrnął w kompletną dezinformację. Przed Pucharem Davisa zorganizowano konferencję, genialną zasłonę dymną. Jerzy Janowicz opowiadał o powołaniu, choć jak pokazała przyszłość, jego gra była wykluczona od samego początku. Tym razem obeszło się bez konferencji. Miała być, ale okazało się, że kapitan w tym czasie wystąpi w turnieju w Katowicach. Tak jakby impreza w Spodku znalazła się w kalendarzu ni stąd, ni zowąd.

Polityka dezinformacji trwała w najlepsze. O składzie wszyscy szeptali, wręcz go podawali. Na Facebookowym profilu OSIR Inowrocław już rano bez skrępowania ktoś umieścił zdjęcie Kani i …Fręch. Przecież miało jej nie być, oczywiście według oficjalnej wersji. PZT nie zadbał, by jednak poinformować kibiców o zmianach w składzie. Nie, po prostu na konferencję wyszły inne zawodniczki niż miały, inne niż były powołane, a i tak nikogo to nie zdziwiło. Pół biedy, byle na kort wyszły te, które zostaną wpisane do oficjalnego protokołu. Bo chyba nikt nie zapomniał zgłosić zmian w składzie? To już poruszanie się w oparach absurdu, ale takiego scenariusza nie powstydziłby się nawet Stanisław Bareja.



Kto pyta, ten błądzi

Zacznę od cytatu. Proszę przeczytać uważnie: „Na wczorajszym Walnym Zgromadzeniu Delegatów PZT poprosiłam członków zarządu, żeby każdy w kilku zdaniach opowiedział, co zrobił w tym roku. Niestety nie uzyskałam żadnej odpowiedzi; poza jedną (…) – jeden z członków zarządu honorowo odpowiedział, że nie zrobił nic, sensownie zresztą argumentując, dlaczego. A na koniec, mimo bardzo długiej dyskusji o konieczności profesjonalizacji zarządu, usłyszeliśmy od kolejnego z jego członków, że to działacze są kluczowi dla rozwoju sportu”.

Też tam byłem, też to słyszałem. Autorką cytowanego wpisu na Facebooku jest Magdalena Rejniak-Romer. Dla mnie Magda, bo znamy się chyba ze 20 lat. Dla większości delegatów to ta, która rok temu chciała zostać prezesem, ale słusznie się jej nie udało.

Przez większą część zjazdu dyskutowano o tym, czy w ogóle – a jeśli tak, to jaki – miało sens założenie spółki Tenis Polski. Jej prezes wszystko widzi i przedstawia w różowych barwach. Jedynym błędem, jego zdaniem, ale nie do przewidzenia, był wybór Piotra Gadomskiego na twarz kanału tenispolski.tv. Poza tym jest, a jeśli jeszcze nie jest, to na pewno będzie wspaniale.

Pytania o ważne konkrety nie doczekały się odpowiedzi. Nadal nie wiemy, jakie cele biznesowe ma osiągnąć spółka; wiemy tylko, że musimy na nie poczekać ze trzy lata. Ten termin jakoś dziwnie zbiega się z końcem kadencji obecnych władz związku…

Prezes PZT, dość oszczędny w słowach przez całe obrady, podsumował je stwierdzeniem, że pewna grupa ludzi zwęszyła w związku pieniądze i koniecznie chce się do nich dorwać. Magdzie Rejniak-Romer nie jest potrzebny adwokat ani rzecznik, sama sobie nieźle radzi z wystąpieniami publicznymi, ale przyzwoitość wymaga, aby zwrócić uwagę na absurdalność tego zarzutu.

W 2014 roku, tak wynika ze sprawozdania finansowego (m.in. w celu jego przyjęcia ponownie spotkali się delegaci; nawiasem mówiąc, wielu z nich średnio ten związek obchodzi, bo dopiero za drugim razem, a i tak z trudem, udało się zebrać quorum), PZT zarobił nieco ponad 20 tysięcy złotych. To na co robić ten skok? Czym tu się dzielić?

Magda ma hopla. I na zjazdach, i na portalach społecznościowych, i nawet w rozmowach prywatnych opowiada, jak wielka szansa – dzięki programom ministerialnym – stoi przed tenisem. Wystarczy napisać dobry program i wyciągnąć rękę po kasę z Senatorskiej. Ale trzeba umieć to zrobić. W budżecie państwa jest 13 milionów złotych na rozwój sportu powszechnego. Inne związki i organizacje sportowe czerpią z tej puli garściami, tylko nie PZT. To znaczy PZT próbował, lecz jego wniosek został przez ministerstwo odrzucony. Czyli co – tak wybitni działacze nie potrafią przygotować dokumentu, z napisaniem którego inni radzą sobie bez trudu?

Ma pan rację, szanowny panie prezesie, że działacze są niezbędni. Ale z działaczami jest tak samo jak ze sportowcami – na dole piramidy potrzeba ich wielu, żeby sport w ogóle mógł funkcjonować. Im wyżej będziemy się wspinali, tym mniej spotkamy ludzi uprawiających sport dla czystej przyjemności, a na samym szczycie zastaniemy tylko zawodową elitę – mistrzów olimpijskich, rekordzistów świata. Im działacze społeczni już nie są do niczego potrzebni; im potrzebni są zawodowi menedżerowie, którzy potrafią sprawnie zarządzać strukturą organizacyjną, tworzyć i sprzedawać sponsorom produkty, jakimi dysponuje dana dyscyplina.

To oczywiste, że nie można wymagać od spółki, aby po czterech miesiącach przyprowadziła za rączkę sponsora, który obsypie związek złotem, skoro nie udało się to czterem ostatnim prezesom PZT. Można jednak pytać, czy pieniędzy włożonych w tę spółkę nie można było wydać z większym pożytkiem. Można pytać, dlaczego nadal tak mało pieniędzy PZT ma do wydania. Można pytać, czy przez ostatni rok naprawdę zrobiono wszystko, aby tych pieniędzy było więcej.

To nie ja o to pytam – jestem dziennikarzem, nie delegatem. Wczoraj jednak byłem świadkiem, że ci, którzy mieli prawo zadawać takie pytania, nie na wszystkie dostali odpowiedź. A na odchodnym jeszcze usłyszeli, że tylko o kasę im chodzi…



Sory, Magda!

To nie ja przepraszam, to prezes. Jacek Muzolf przeprosił Magdalenę Rejniak-Romer za to, że odpowiadał na jej pytania, nie czekając aż skończy. Przepraszana nie wyglądała na obrażoną z tego powodu, na szczęśliwą też chyba jednak nie.

Dzisiejsze zgromadzenie miało być walne i sprawozdawcze. Gdyby również wyborcze, to delegatów raczej by nie zabrakło. Każdy chciałby przecież dopilnować, aby wszystko poszło zgodnie z jego oczekiwaniami, a przynajmniej nie wbrew nim. A tak – jak po naradzie ze związkowym prawnikiem zauważył prezes PZT – skończyło się na „spotkaniu zarządu z delegatami”.

Nie będę się wypierał, że to moje blogowanie ma styl najczęściej ironiczny. Właśnie dlatego pozwolę sobie na tezę, że najważniejszą zmianą, na jaką w najbliższym czasie zanosi się w polskim tenisie, będzie zmiana nazw kategorii wiekowych. Już nie będzie skrzatów (podobno nie lubią tego określenia), młodzików, kadetów i juniorów – teraz będzie bardziej światowo: U-12, U-14, U-16 i U-18. Ups, przepraszam, zapomniałbym o młodzieżowcach. Oni będą nazywali się U-23. Do tej pory była to kategoria do lat 21. Ta zmiana wydaje się akurat całkiem sensowana.

Wszyscy, którzy mieli (albo tak się im wydawało, że mają) coś do powiedzenia, przez wszystkie przypadki odmieniali słowa „upowszechnianie”, „Tenis 10”, „amatorzy”, „produkt”. Nawet ci, którzy dziewięć miesięcy temu w ogóle nie chcieli o tym słyszeć. Teraz obie strony zjazdowego sporu mówiły już o tym samym, a mimo to Olaf Jarzemski, prezes Tenisa Polskiego (duża litera jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ chodzi o spółkę powołaną przez PZT) – wtrącił tę uwagę chyba ze trzy razy – dostrzegł podziały w środowisku.

W dwugodzinnej dyskusji najwięcej czasu poświęcono właśnie Tenisowi Polskiemu. W kuluarach szeptano, że budżet spółki, głównie na wynagrodzenie prezesa i dwóch pracowników, to 320 tysięcy złotych rocznie. Jacek Muzolf podał kwotę 250 tysięcy i zastrzegł, że może okazać się jeszcze mniejsza. Tej wersji się trzymajmy.

Co za ćwierć „bańki” rocznie ma robić spółka? Niemal dokładnie to samo, co podczas pracy w związku robiła, a na zeszłorocznym zjeździe – walnym, sprawozdawczym i wyborczym – jeszcze raz proponowała, kandydując na stanowisko szefowej związku, Magdalena Rejniak-Romer. Olaf Jarzemski przyznał, że chciałby korzystać z pomysłów i doświadczeń i jej, i tych, którzy ją we wrześniu popierali. Bo to były dobre doświadczenia i pomysły, lecz – cytuję – „czas był nieodpowiedni”.

A może ludzie? Sory, Magda…