Archiwa tagu: Puchar Davisa



Doktor Jerzy i pan Janowicz

Szkoda, że Pucharu Davisa jest w kalendarzu tak mało – dwa, najwyżej trzy terminy w roku, a tylko finaliści muszą sobie zarezerwować aż cztery weekendy. Takiego Jerzego Janowicza jak dziś – a nawet jak w piątek – chciałbym bowiem oglądać na co dzień.

Dziś, podczas pojedynku z Serhijem Stachowskim, był doktorem Jekyllem. Nie pytał „how many times?”, nie wytykał sędziom błędów, nie ciskał rakietą, nie rzucał „mięsem”, nie denerwował się ani na siebie, ani na kibiców, szybko zapominał o nielicznych błędach, pamiętał o taktyce, nie rozpraszał uwagi na rzeczy nieistotne, był skupiony na grze i odpowiedzialny za drużynę, doskonale radził sobie z presją, okazywał jedynie pozytywne emocje. Pokonał nie tylko Stachowskiego, ale przede wszystkim swoje drugie, „hyde’owskie” ja.

W Londynie byłem, wimbledoński występ Janowicza widziałem. Na konferencję prasową – wiadomo którą – jednak nie poszedłem, bo po co? Co się wydarzyło, wiem, ponieważ koledzy dali mi do odsłuchania zapis swych pytań i odpowiedzi tenisisty.

Do Szczecina nie pojechałem, a gdybym nawet pojechał, to na pomeczowe konferencje Janowicza na pewno też bym się nie wybrał. Było przecież do przewidzenia, że na pytania będzie odpowiadał jak zwykle – monosylabicznie w treści i arogancko w formie. Jego prawo – on nie musi lubić nas, my nie musimy lubić jego.

Uważam jednak, że na takie reakcje internautów, jakie przeczytałem w piątek wieczorem, Janowicz nie zasłużył. To prawda, że zagrał słabo, ale on sam wie o tym najlepiej i chyba nie próbował nikomu udowadniać, że było inaczej. Na nagraniu widać mężczyznę walczącego o to, aby publicznie – oko w oko z obiektywami kamer – nie rozkleić się, wręcz nie rozpłakać. Bo Janowicz, wbrew pozorom, to człowiek bardzo wrażliwy i głęboko przeżywający niepowodzenia, a przy tym szalenie ambitny i nienawidzący okazywania jakichkolwiek słabości. Stąd właśnie ta buta, zuchwałość, pewność siebie, nieuznawanie jakichkolwiek autorytetów.

Janowicz chyba nie potrafi być inny i raczej już się nie zmieni. Trudno, niech więc będzie nawet panem Hyde’em, jeśli to ma mu pomóc na korcie. Gdy będzie wygrywał, kibice wybaczą mu wszystkie grzechy. My, dziennikarze, bez entuzjazmu pójdziemy na kolejne konferencje prasowe, aby zanotować, co on ma – lub nie ma – do powiedzenia, bo na tym polega nasza praca.

Raz jeszcze prosiłbym tylko – najbardziej uprzejmie, jak potrafię – aby nikt nie próbował mi wmawiać, że porażki Jerzego Janowicza sprawiają mi przyjemność. I mnie, i każdego innego dziennikarza, cieszą zwycięstwa wszystkich polskich sportowców – i tych, z którymi się przyjaźnię, i tych, których w ogóle nie znam osobiście, i nawet tych, którzy widzą we mnie wroga.



Koniec z setami bez końca

Pot wylany przez Leonardo Mayera i Joao Souzę nie poszedł na marne. Przez 6 godzin i 43 minuty Argentyńczyk i Brazylijczyk ganiali się po mączce, okładali nawzajem forhendami i bekhendami, pokonany zeszedł z kortu niemal na czworakach, a zwycięzcę odprowadzono do karetki, która zawiozła go do szpitala. Tam lekarze stwierdzili skrajne odwodnienie organizmu.

Francesco Ricci-Bitti, prezes Międzynarodowej Federacji Tenisowej, w każdym programie meczowym Pucharu Davisa z dumą podkreślał, że co roku kilkunastu tenisistów z czołowej dwudziestki rankingu ATP (albo dwudziestu iluś z pierwszej trzydziestki – zależnie od tego, która liczba wygląda lepiej) znalazło w kalendarzu czas dla reprezentacji. Pan prezes albo długo udawał, że nie słyszy, albo w ogóle niezbyt się przejmował krytycznymi opiniami czołowych graczy świata, że formuła tych rozgrywek dawno się przeżyła i już najwyższa pora na jakieś reformy.

Pomysły padały ze wszystkich stron. Ktoś sugerował rozgrywanie Pucharu Davisa w cyklu dwuletnim, a ktoś inny chciałby wydzielić w kalendarzu tydzień albo dwa i jednym zamachem rakiety odfajkować temat systemem turniejowym. Te i inne propozycje odbiły się w siedzibie ITF niezbyt donośnym echem. Dopiero mecz Mayera z Souzą podziałał na wyobraźnię lokatorów pałacu w Roehampton. Kiedy na szali jako argument zostało położone zdrowie zawodników, działacze nie mogli już udawać głuchych.

Formalnie nie jest to jeszcze przesądzone, ale nie po to pan Ricci-Bitti pozwolił sobie na przeciek do argentyńskiej prasy, aby delegaci na coroczny kongres ITF mieli inne zdanie niż on. Dla Włocha to sprawa honoru, ponieważ we wrześniu zamierza ustąpić ze stanowiska. Wszystko wskazuje jednak na to, że może spać spokojnie.

Jednym z kandydatów na nowego prezesa, chyba najpoważniejszym, będzie Juan Margets. Hiszpan też zdążył już zabrać głos na temat planowanych zmian: – Cztery lata temu wszyscy byli na „nie”, a teraz wszyscy się zgadzają – powiedział obecny przewodniczący Komitetu Pucharu Davisa ITF.

Jeśli jacyś tenisiści chcieliby koniecznie przejść do historii najstarszych drużynowych rozgrywek sportowych i pograć choćby o minutę dłużej niż Mayer i Souza, to muszą się śpieszyć. Jeśli nie uda im się w tym roku – szansa przepadnie bezpowrotnie. Amatorzy tiebreaka postawili bowiem na swoim i od nastepnego sezonu w piątym secie nie będzie już gry do dwóch gemów przewagi.

„Mecz Mayera z Souzą miał zatem niespodziewane konsekwencje: koniec z setami bez końca, żegnajcie daviscupowe maratony” – napisał dziennik „La Nacion”.



Kim jestem i który kraj reprezentuję?

osuchPo przegranym spotkaniu Pucharu Davisa, Chorwacja w niezbyt dobrych humorach musiała pożegnać się z Kraljevem, który stał się świetnie strzeżoną serbską twierdzą. Mimo tak sromotnej klęski, emocji – tak jak się spodziewałem – nie zabrakło jedynie w meczu Borny Cioricia i Viktora Troickiego. W ekipie gospodarzy nie zawiódł Filip Krajinović, który w singlu wystąpił za Dżokovicia, a to właśnie on stał się bohaterem pewnego wywiadu. Jakiego?

Chorwaci nagle przypomnieli sobie jak to 4 lata temu mówiło się o tym, że Filip Krajinović ma reprezentować barwy ich kraju. Mocnym argumentem był i jest fakt, że ten utalentowany tenisista posiada chorwacki paszport, a także w roku 2009 oraz 2010 mieszkał i trenował w Zagrzebiu. Sam Filip dementuje te plotki i zdecydowanie mówi o oddaniu się Serbii i reprezentowaniu tego kraju. Historia o niejakim „transferze” tenisisty jest po prostu wyssana z palca.

Chorwaci i tak nie mają na co narzekać, bo to oni „kompletują” talenty z zagranicy. Marin Czilić, urodzony w Bośni i Hercegowinie tenisista już dawno zdecydował się zmienić ojczyznę i to też z powodu warunków, które nie pozwalały mu na rozwój w tym jednym z państw na Bałkanach.

Bośnia i Hercegowina to prawdziwa wylęgarnia talentów, a większość z nich ucieka właśnie do Chorwacji. W identycznej sytuacji co Czilić, znalazł się jego krajan Ivan Dodig, który pod okryciem bośniackiej flagi rozegrał 22 mecze, potem przyjął propozycję od sąsiadów i obecnie po korcie biega z szachownicą na piersi. W jednym z wywiadów przyznał, że zawsze chciał grać dla Chorwacji.

Kolejnym bośniackim złotem jest niegdysiejszy 3. tenisista świata Ivan Ljubicić, urodzony w Banja Luce. W Bośni i Hercegowinie znajdował się do trzynastego roku życia. Potem z powodu wojny wraz z rodziną przeprowadził się do Opatiji, miasta na północy Chorwacji, wtedy też zaczął grać dla tego państwa. Z powodu wojny, z Bośni i Hercegowiny uciekła również z rodziną Andrea Petković. Urodzona w Tuzli tenisistka reprezentuje teraz barwy naszych zachodnich sąsiadów.

Pisząc o tych narodowościach, przypomina mi się sytuacja sprzed roku, o której było dosyć głośno w chorwackich mediach. Sprawczynią zamieszania była Ajla Tomljanović, która zdecydowała się opuścić Chorwację i występować pod flagą Australii. Tu nie było mowy o ściemie i dziennikarskiej nagonce, jak w przypadku Filipa Krajinovicia. Tenisistka, co najgorsze, padła ofiarą hejterskiej fali tych Chorwatów, dla których to patriotyzm jest dość ważną cechą.

Z 22-letnią tenisistką sprawa wyglądała dość nietypowo i zarazem absurdalnie: najbardziej poszkodowany czuł się HTS, czyli Chorwacki Związek Tenisowy, który nie ogarniał bałaganu na swoim podwórku. Informację o tym, że Ajla będzie grać dla Australii, HTS dowiedział się wtedy, kiedy tenisistka ruszyła z procesem przyznania obywatelstwa. Sprawą oburzony był ojciec Ajli, Ratko Tomljanović, który zarzucił mediom, że nikt się jego córką nie interesował, do momentu kiedy zaczęła odnosić sukcesy. Tomljanović dostała propozycję reprezentowania flagi Australi, tym samym pozwalając sobie na lepsze warunki rozwoju. Z okazji oczywiście skorzystała. Z racji tego, że formalności z obywatelstwem nie zostały jeszcze sfinalizowane w stu proecentach, Chorwatka reprezentuje nowy kraj tylko w turniejach wielkoszlemowych. W zmaganiach z cyklu WTA Tour nadal występuje jako przedstawicielka bałkańskiego państwa.

Co tu dużo pisać. W krajach byłej Jugosławii wszechobecny jest problem tożsamości narodowej i w zasadzie granice państwa nie oznaczają w stu procentach przynależności do danego kraju. Z tego też względu bardzo często można się natknąć na takie przypadki jak Jelena Dokić, urodzoną w Chorwacji zawodniczkę, która po latach gry dla Australii, zdecydowała się wrócić na Bałkany i reprezentować barwy jeszcze wówczas istniejącego państwa – Serbii i Czarnogóry.



Wstyd

Za nami pierwszy tegoroczny akcent występów polskiej reprezentacji w Pucharze Davisa (oby pierwszy z trzech). Z punktu widzenia sportowego obyło się bez niespodzianek , a przede wszystkim po naszej myśli – we wszystkich konfrontacjach górą byli tenisiści wyżej notowani, co zagwarantował końcowy sukces biało-czerwonym.

Po raz kolejny z roli lidera w pełni wywiązał się Jerzy Janowicz, jak natchniony w meczu deblowym serwował Marcin Matkowski, a energią na korcie emanował Łukasz Kubot. Należy także odnotować debiut w drużynie Kamila Majchrzaka. 19-latek co prawda przegrał w piątym meczu, nie mającym znaczenia dla końcowych losów rywalizacji, ale przede wszystkim zebrał bezcenne doświadczenie.

Pomimo tego wyjeżdżałem z Płocka odczuwając spory niedosyt, wręcz irytację. Jak nietrudno się domyślić, powodem było to co działo się (a raczej nie działo) na trybunach Orlen Areny. Ilość wolnych miejsc i te puste niebieskie krzesełka porażały. Z zazdrością obserwowałem litewskich kibiców (znajdowali się oni bezpośrednio przed lożami prasowymi, więc ta obserwacja była bardzo wnikliwa), donośnie wspierających swoją drużynę. Oczywiście wielokrotnie „przeginali” oni w reakcjach, a promile alkoholu „unosiły” się w powietrzu, niemniej byli potężnym oparciem dla Berankisa i spółki (podkreślał to zarówno lider Litwinów, jak i pozostali tenisiści).

Polscy kibice, nie dość, że w małych grupkach (czasami nawet pojedynczo) rozsiani byli po trybunach, to jeszcze większość z nich nie przejawiała wielkiej ochoty by wspierać reprezentantów kraju. Na konferencjach prasowych mówili zresztą o tym sami zainteresowani. Kapitan drużyny Radosław Szymanik, po wygranym spotkaniu deblowym, w pierwszych zdaniach nawiązał do frekwencji na trybunach (w sobotę litewskich fanów dosłownie było więcej od Polaków!): – Jestem zawiedziony jedną rzeczą – frekwencją na trybunach. To jest coś czego się nie spodziewałem. W innych dyscyplinach nie zdarza się sytuacja, w której tak utytułowanych sportowców ogląda tak mało osób.

W podobnym tonie wypowiadali się sami tenisiści. Jerzy Janowicz zwrócił uwagę, iż takie mecze powinny być rozgrywane w „bardziej tenisowych miastach”. Decyzja o wyborze lokalizacji na spotkanie z Litwą od początku budziła sporo kontrowersji, a miniony weekend tylko w pełni to potwierdził. Nie ma dla mnie cienia wątpliwości, że winą za całą sytuację w pierwszej kolejności należy obwinić Polski Związek Tenisowy.

Jedna sprawa to wybór miejsca, druga to promocja samej imprezy. Dużym błędem było odejście od pokazów „Tenis 10”. Aktywizowały one lokalne kluby tenisowe i mobilizowały rodziny oraz znajomych udzielających się na korcie dzieciaków, by przyjść na mecz. Warto też pamiętać, iż w ubiegłym roku, przy okazji meczu z Chorwacją w Torwarze, PZT (jeszcze za prezesa Suskiego) podjął się próby stworzenia Klubu Kibica. Wówczas nie wyszło to najlepiej i skończyło się na jednorazowym podejściu. Mimo wszystko szkoda jednak, że tak łatwo odpuszczoną sobie tą inicjatywę.

Grupa kibiców, mających pojęcie o właściwym zachowaniu się przy takiej okazji, zajmująca dobrze widoczne miejsce, ubrana w barwy narodowe, wyposażona w trąbki czy bębny, mogłaby stworzyć naprawdę kapitalną atmosferę. To, że kibicować Polacy potrafią wiemy doskonale, czasami potrzeba tylko odpowiedniego bodźca.

Licząc, że w najbliższych latach męska reprezentacja daviscupowa oraz kobieca fedcupowa dadzą nam jeszcze wiele radości i pozwolą przeżywać niezapomnianej emocje, warto byłoby na poważnie podejść do stworzenia „Klubu Kibica Polskich Reprezentacji Tenisowych”. Takie stowarzyszenie mogłoby wspierać naszych reprezentantów nie tylko w meczach granych przed własną publicznością, ale również w spotkaniach wyjazdowych, czy turniejach ATP oraz WTA. W gestii Polskiego Związku Tenisowego powinna być nie tylko troska o rozwój sportowy dyscypliny, ale także o edukowanie oraz aktywizowanie tenisowych kibiców.

Stworzenie Klubu Kibica przy PZT zagwarantowałoby wiele korzyści – z jednej strony czysto sportowych (właściwy doping naprawdę może wpłynąć na poziom gry!), a z drugiej „pijarowskich”. Doskonałym przykładem mogą być mecze siatkarskie. Towarzysząca im atmosfera na trybunach jest ważnym sygnałem dla potencjalnych reklamodawców.

Polski tenis jest produktem coraz cenniejszym, ale nie wszyscy mają jeszcze tego świadomość. O ile Agnieszka Radwańska, czy Jerzy Janowicz na brak sponsorów nie mogą narzekać, o tyle w kontekście polskich reprezentacji tenisowych potencjał wciąż jest niewykorzystany. Zbudowanie właściwej otoczki wokół meczów reprezentacji może być w tym względzie kluczowe. Raz jeszcze powtarzam więc mój apel do Polskiego Związku Tenisowego: edukujmy i aktywizujmy polskich kibiców!



Bałkańskie derby

osuch Początek marca w tym roku jest początkiem wielkich emocji związanych z Pucharem Davisa. Polacy zacierają już ręce na kolejny, po Wrocław Open, pokaz tenisa w naszym kraju. Ja nie byłbym sobą, gdybym przy tej okazji nie rzucił okiem na południe Europy, gdzie na rakiety Serbia stoczy bój z Chorwacją.

Z mojej strony nie wygląda to tak, że Płock w okresie 7-9 marca nie będzie w obszarze zainteresowania. Oczywiście, że będzie! Jednak te dwa kraje, które kiedyś reprezentowały jeden, są mi nadzwyczaj bliskie i mimo nieobecności Marina Czilicia w szeregach Chorwacji, szykuje się dobry performance w serbskim Kraljevie.

Wielkie odliczanie fanów białego sportu na Bałkanach powoli zbliża się do kluczowej fazy liczenia godzin, a nie dni. W tym okresie przyszło im także liczyć bilety, które w dniu sprzedaży pod halą w Kraljevie rozeszły się w pół godziny. Szczęśliwców była tylko setka, a ponad dwieście osób po nocnym okupowaniu hali wróciło do domów, by swoich rodaków dopingować przed telewizorami. Tę sprawę skomentował nawet Novak Dżoković, twierdząc, że jakaś szemrana sprawa jest z tą sprzedażą i jasne jest, że ktoś pewną pulę biletów po prostu sobie przywłaszczył.

Odbiegając od spraw organizacyjnych, zwróciłbym jednak uwagę na głównych bohaterów tego wydarzenia, bo to jednak oni tworzą całe widowisko. Wydawać by się mogło, że sprawa jest już przesądzona – Dżoković i Troicki to wystarczający argument na osłabioną reprezentację Chorwacji. Chorwaci pierwotnie do swoich wschodnich sąsiadów mieli wyruszyć w składzie Czilić, Ciorić, Delić i Draganja. Marin znajdował się na liście wybrańców, ale nie trzeba było być wielkim znawcą tenisa, by wiedzieć, że grać nie będzie. Ubiegłoroczny triumfator US Open cały czas zmaga się z kontuzją ramienia i jeszcze nie zdążył zainaugurować sezonu. Więcej o absencji Czilicia pisałem TUTAJ.

Zeljko Krajan, trener reprezentacji Chorwacji w miejsce nieobecnej pierwszej rakiety tego kraju powołał Franko Skugora, lecz to nie na nim, jak wiadomo, będzie spoczywała największa odpowiedzialność. Nadzieje pokładane są w młodym Bornie Cioriciu, który do tej pory nieźle sobie poczyna. 18-latek ma już na koncie m.in. półfinał w Bazylei w ubiegłym roku, gdzie w ćwierćfinale pokonał Rafę Nadala. Szacunek wzbudził jednak ostatnim wyczynem w Dubaju, ośmieszając Andy Murraya wynikiem 6:1, 6:3. Na kim ten wyczyn nie zrobił wrażenia – ręka w górę. Żadnych nie widzę…
Ciorić tak naprawdę w tenisowym świecie pokazał się właśnie w Pucharze Davisa w spotkaniu z Polską. Po morderczym pojedynku z Jerzym Janowiczem, nadszedł początek opowieści o Wielkim Bornie.

Nie oszukujmy się – faworytem jest Serbia, bo pan Dżoković, którego aktualnej formy komentować nie muszę, na pewno nie odmówi sobie wygrania meczu przed własną publicznością. Pan Troicki, który w ciągu 7 miesięcy przeskoczył z końca rankingu ATP na jego początek, jest podwójnie zdeterminowany. Po tak długiej nieobecności będzie mógł w końcu zaprezentować się z rakietą przed własnymi rodakami. Swoją drogą, po tym jak w roku 2013 cała Kombank Arena w Belgradzie skandowała nazwisko Viktora, to nawet jakby przegrał, z powodu tak wielkiej tęsknoty porażka poszłaby w niepamięć. W tym miejscu muszę się do czegoś przyznać – ja również z serbskim szalikiem na szyi okrzykami wspierałem wtedy Troickiego.

Ciorić i Troicki staną naprzeciw siebie już w pierwszym dniu. Nie pozostaje mi więc nic innego jak delektować się smakiem tej tenisowej bałkańskiej uczty.



Urodzeni 13 listopada

Prawie rok temu, po meczu Polska – Chorwacja, zadałem pytanie Radosławowi Szymanikowi, czy oczekiwanie awansu do Grupy Światowej Pucharu Davisa nie jest przypadkiem na wyrost. Jerzy Janowicz, choć niepytany, przejął mikrofon i powiedział, co mu leżało na wątrobie. Gdybym wtedy wiedział, jaką karierę zrobi to pytanie, zastrzegłbym je najpierw w urzędzie patentowym, opatrzył „copywrite’m”, a dziś byłbym bogatym człowiekiem i nie musiał pisać tego blogu.

Radosław Szymanik, gdy już został dopuszczony do głosu, odpowiedział, że nasze – bo przecież nie tylko moje – oczekiwania wcale nie były wygórowane, że prowadzoną przez niego drużynę naprawdę stać na to, aby znaleźć się w światowej elicie. Kilka dni później napisałem tekst, którego nie będę tu cytował – kto chce, niech zajrzy i przeczyta jeszcze raz: http://www.tenisklub.pl/publicystyka/felietony/22615/szosty-set/ . Dodam tylko, że dziś nie zmieniłbym w nim nawet przecinka.

Urodziłem się 13 listopada, jestem więc zodiakalnym Skorpionem. Kiedyś wpadł mi w ręce taki horoskop – nie pamiętam, czyjego autorstwa, na pewno z ilustracjami Andrzeja Mleczki: „Skorpion ma manię prześladowczą. Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam. Ze strachu atakuje pierwszy i od tyłu. Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO”.

Kiedyś żartowałem w gronie przyjaciół (mam kilkoro!), że mój charakter jest „do rany przyłóż”. Ktoś od razu dodał, że „gangrena gotowa”. Wszystko składa się więc w logiczną całość, ponieważ od byłego wiceprezesa PZT dowiedziałem się niedawno, że „potrafię tylko jątrzyć”.

Zgadzam się, że potrafię; nie zgadzam, że tylko. Ponieważ w przyszłym tygodniu zaczyna się sezon rozgrywek o Puchar Davisa, chciałem, korzystając z czyjegoś pośrednictwa, podrzucić Jerzemu Janowiczowi pomysł, że to dobra okazja do zakończenia nikomu niepotrzebnego sporu. Ja znowu zadałbym jakieś pytanie, on dowcipnie by odpowiedział, Internet doceniłby jego ciętą ripostę i sprawę moglibyśmy uznać za zamkniętą. Zanim jednak zdążyłem wysłać ten sygnał, odebrałem inny.

Dowiedziałem się mianowicie, że nie tylko najlepszy dziś polski tenisista, ale także jego otoczenie nie jest jeszcze gotowe na rozejm. Ktoś – domyślam się kto – doniósł rodzicom Jerzego Janowicza, jakoby podczas ubiegłorocznego Wimbledonu trzech panów R nie potrafiło ukryć radości z jego porażki. Panią Annę oraz panów Jerzego-seniora i Jerzego-juniora informuję, że Wasz informator źle zinterpretował sytuację. Owszem, prawie tarzaliśmy się ze śmiechu, jednak przyczyną naszej wesołości nie był wynik meczu Jerzego Janowicza z Tommy’m Robredo, lecz lektura tekstów Waszego informatora. Nie jest przypadkiem, że ten pan nigdy nie publikował na łamach „Tenisklubu” i – dopóki ja jestem sekretarzem redakcji – nie będzie. Na razie nie zanosi się na zmianę, ale na wszelki wypadek przez kilka dni nie będę odbierał telefonów od redaktora naczelnego, zresztą jednego z trzech panów R.

Nie potrafię sobie wyjaśnić, kiedy wepchnąłem się do pierwszego szeregu „fałszywych przyjaciół” Jerzego Janowicza. Już po owej konferencji prasowej oraz publikacji „Szóstego seta” spotkałem się z ojcem tenisisty podczas turnieju Tennis Europe w Łodzi i nawet gestem nie dał mi do zrozumienia, że ma żal czy to o pytanie, czy o tekst. Największą złośliwością (przecież uprzedzałem, że jestem Skorpionem, prawda?), na jaką od tego czasu pozwoliłem sobie pod adresem tenisisty, był śródtytuł reportażu z Wimbledonu: „W świecie ciszy”. Wyjaśniam, że nawiązywał on do całkiem już jawnej niechęci Jerzego Janowicza do rozmów z dziennikarzami. Zapewniam, i łatwo mi będzie to udowodnić, że w innych mediach ukazały się – i nadal ukazują – znacznie bardziej krytyczne opinie. Komentarzami „hejtowej” części Internetu nie warto się zajmować.

Dziś na ławie oskarżonych Jerzy Janowicz sadza trzech panów R. Jutro, być może, nie spodoba mu się głos spikera, pojutrze kapitan reprezentacji, a za tydzień prezes związku. Nie mam powodu skarżyć się na to towarzystwo. Mam natomiast podstawy sądzić, że niedługo nie będzie nam na tej ławce tak wygodnie, bo będziemy musieli zrobić miejsce także dla panów C, dwóch G, S, T, W, Z, Ż…

Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem.

PS. To są wyłącznie moje opinie, których nie musi podzielać ani redakcja „Tenisklubu”, ani żadna osoba wspomniana w tym tekście z nazwiska lub jego pierwszej litery.



Gdzie jesteś, Marinie?

osuchDuma chorwackiego tenisa Marin Czilić cały czas walczy z kontuzją, która uniemożliwia mu występy na profesjonalnych kortach. Z niecierpliwością na powrót 8. tenisisty świata czekają jego fani, lecz zanim zobaczą go walczącego o punkty do rankingu ATP, minie jeszcze trochę czasu.

Czilić nie zdołał jeszcze zainaugurować nowego sezonu. Problemy z barkiem spowodowały, iż musiał wycofać się z turnieju w Brisbane, a później również pożegnać się z występami na wielkoszlemowych kortach w Melbourne. Tą decyzją ostudził zapędy kibiców, czekających na kolejny świetny występ po triumfie w US Open.

Wszyscy liczyli, iż powrót Marina do tenisa będzie miał miejsce w jego ojczyźnie, gdzie w tamtym roku uniósł najwyższe trofeum Zagreb Indoors. Jednak jak się później okazało, to jeszcze za wcześnie na chwycenie rakiety. Złych informacji jednak aż nadto. To już pewne, że Chorwatowi zostaną odliczone punkty z turnieju w Rotterdamie i Delray Beach, a będzie naprawdę czego żałować. W Holandii Czilić doszedł aż do finału, za to na turnieju w Stanach królował po zaciętym decydującym pojedynku z Kevinem Andersonem.

Chorwatów jednak najbardziej niepokoi fakt, iż ich rodak, a w zasadzie jego bark, nie będzie w stanie zregenerować się na derby Bałkanów w Davis Cup, czyli na mecz przeciwko Serbii 6-8 marca. Na niekorzyść dla rodaków Marina, swój występ w bałkańskim spotkaniu potwierdził Novak Dżoković. Chorwacja bez swojego najlepszego tenisisty, przeciwko Serbii z mistrzem tegorocznego Australian Open i powracającym do formy sprzed lat Viktorem Troickim, to właściwie ściana, którą niewątpliwie trudno będzie ruszyć. Odpowiedzialność spadnie wtedy najprawdopodobniej na chorwacką nadzieję, mającego 18 lat Bornę Coricia.

Bardzo trudno będzie mi wystąpić w tym turnieju, ale nie zamykajmy jeszcze tego tematu. Do Pucharu Davisa trzeba być naprawdę maksymalnie przygotowanym. Z tego też powodu nie chciałbym tam grać na 70 procent i dodatkowo ryzykować nową kontuzję – mówił Czilić, dodając, że rakiety nie dotykał przez tydzień, a to jednak jakby nie patrzeć wiele czasu jak na tenisistę z pierwszej dziesiątki rankingu.

Marin wybrał niezbyt dobry czas na kontuzję, a w zasadzie to kontuzja pojawiła się w nieszczególnie dobrym momencie. Można by powiedzieć, że problemy zdrowotone, które uniemożliwiają tenisiście powrót na kort zawsze pojawiają się w niesprzyjającej chwili, jednak w tym przypadku działa to z większą intensywnością. Czilić parę miesięcy temu przypomniał rodakom o tym czego w 2001 roku dokonał Goran Ivanisević. Kuć żelazo póki gorące – kto wie jak po znakomitym występie w Nowym Jorku i Moskwie, Czilić poradziłby sobie na Antypodach na rozpoczęcie sezonu, nie mówiąc już o turniejach, na których świetnie sobie radzi każdego roku.

Po wyśmienitych występach w roku 2014 chorwacki tenis na początku tego sezonu na chwilę się zatrzymał. Przegrana z Serbią w Fed Cup, porażki Borny Coricia. Przy takich wynikach jak na razie satysfakcjonuje jedynie półfinał w Doha 35-letniego Ivo Karlovicia. Mimo wszystko obywatele jednego z krajów byłej Jugosławii przywyknęli do spoglądania na swojego bohatera, wygrywającego w tym okresie finałowe spotkania.

Marin, wracaj!