Archiwa tagu: Łukasz Kubot



Wstyd

Za nami pierwszy tegoroczny akcent występów polskiej reprezentacji w Pucharze Davisa (oby pierwszy z trzech). Z punktu widzenia sportowego obyło się bez niespodzianek , a przede wszystkim po naszej myśli – we wszystkich konfrontacjach górą byli tenisiści wyżej notowani, co zagwarantował końcowy sukces biało-czerwonym.

Po raz kolejny z roli lidera w pełni wywiązał się Jerzy Janowicz, jak natchniony w meczu deblowym serwował Marcin Matkowski, a energią na korcie emanował Łukasz Kubot. Należy także odnotować debiut w drużynie Kamila Majchrzaka. 19-latek co prawda przegrał w piątym meczu, nie mającym znaczenia dla końcowych losów rywalizacji, ale przede wszystkim zebrał bezcenne doświadczenie.

Pomimo tego wyjeżdżałem z Płocka odczuwając spory niedosyt, wręcz irytację. Jak nietrudno się domyślić, powodem było to co działo się (a raczej nie działo) na trybunach Orlen Areny. Ilość wolnych miejsc i te puste niebieskie krzesełka porażały. Z zazdrością obserwowałem litewskich kibiców (znajdowali się oni bezpośrednio przed lożami prasowymi, więc ta obserwacja była bardzo wnikliwa), donośnie wspierających swoją drużynę. Oczywiście wielokrotnie „przeginali” oni w reakcjach, a promile alkoholu „unosiły” się w powietrzu, niemniej byli potężnym oparciem dla Berankisa i spółki (podkreślał to zarówno lider Litwinów, jak i pozostali tenisiści).

Polscy kibice, nie dość, że w małych grupkach (czasami nawet pojedynczo) rozsiani byli po trybunach, to jeszcze większość z nich nie przejawiała wielkiej ochoty by wspierać reprezentantów kraju. Na konferencjach prasowych mówili zresztą o tym sami zainteresowani. Kapitan drużyny Radosław Szymanik, po wygranym spotkaniu deblowym, w pierwszych zdaniach nawiązał do frekwencji na trybunach (w sobotę litewskich fanów dosłownie było więcej od Polaków!): – Jestem zawiedziony jedną rzeczą – frekwencją na trybunach. To jest coś czego się nie spodziewałem. W innych dyscyplinach nie zdarza się sytuacja, w której tak utytułowanych sportowców ogląda tak mało osób.

W podobnym tonie wypowiadali się sami tenisiści. Jerzy Janowicz zwrócił uwagę, iż takie mecze powinny być rozgrywane w „bardziej tenisowych miastach”. Decyzja o wyborze lokalizacji na spotkanie z Litwą od początku budziła sporo kontrowersji, a miniony weekend tylko w pełni to potwierdził. Nie ma dla mnie cienia wątpliwości, że winą za całą sytuację w pierwszej kolejności należy obwinić Polski Związek Tenisowy.

Jedna sprawa to wybór miejsca, druga to promocja samej imprezy. Dużym błędem było odejście od pokazów „Tenis 10”. Aktywizowały one lokalne kluby tenisowe i mobilizowały rodziny oraz znajomych udzielających się na korcie dzieciaków, by przyjść na mecz. Warto też pamiętać, iż w ubiegłym roku, przy okazji meczu z Chorwacją w Torwarze, PZT (jeszcze za prezesa Suskiego) podjął się próby stworzenia Klubu Kibica. Wówczas nie wyszło to najlepiej i skończyło się na jednorazowym podejściu. Mimo wszystko szkoda jednak, że tak łatwo odpuszczoną sobie tą inicjatywę.

Grupa kibiców, mających pojęcie o właściwym zachowaniu się przy takiej okazji, zajmująca dobrze widoczne miejsce, ubrana w barwy narodowe, wyposażona w trąbki czy bębny, mogłaby stworzyć naprawdę kapitalną atmosferę. To, że kibicować Polacy potrafią wiemy doskonale, czasami potrzeba tylko odpowiedniego bodźca.

Licząc, że w najbliższych latach męska reprezentacja daviscupowa oraz kobieca fedcupowa dadzą nam jeszcze wiele radości i pozwolą przeżywać niezapomnianej emocje, warto byłoby na poważnie podejść do stworzenia „Klubu Kibica Polskich Reprezentacji Tenisowych”. Takie stowarzyszenie mogłoby wspierać naszych reprezentantów nie tylko w meczach granych przed własną publicznością, ale również w spotkaniach wyjazdowych, czy turniejach ATP oraz WTA. W gestii Polskiego Związku Tenisowego powinna być nie tylko troska o rozwój sportowy dyscypliny, ale także o edukowanie oraz aktywizowanie tenisowych kibiców.

Stworzenie Klubu Kibica przy PZT zagwarantowałoby wiele korzyści – z jednej strony czysto sportowych (właściwy doping naprawdę może wpłynąć na poziom gry!), a z drugiej „pijarowskich”. Doskonałym przykładem mogą być mecze siatkarskie. Towarzysząca im atmosfera na trybunach jest ważnym sygnałem dla potencjalnych reklamodawców.

Polski tenis jest produktem coraz cenniejszym, ale nie wszyscy mają jeszcze tego świadomość. O ile Agnieszka Radwańska, czy Jerzy Janowicz na brak sponsorów nie mogą narzekać, o tyle w kontekście polskich reprezentacji tenisowych potencjał wciąż jest niewykorzystany. Zbudowanie właściwej otoczki wokół meczów reprezentacji może być w tym względzie kluczowe. Raz jeszcze powtarzam więc mój apel do Polskiego Związku Tenisowego: edukujmy i aktywizujmy polskich kibiców!



Historia pewnej fotografii

Wiem, że Łukasz Kubot odebrał tę nagrodę pięć dni temu i wszyscy – mam nadzieję, bo ten facet naprawdę na to zasłużył – już o tym napisali. A co będę się ścigał z całym Internetem – pomyślałem – i odłożyłem pisanie do czasu, gdy uścisnę prawicę laureata.

Było dokładnie tak, jak można było przypuszczać. Pogratulowałem Łukaszowi Kubotowi Nagrody Fair Play Polskiego Komitetu Olimpijskiego i podziękowałem za to, że podtrzymuje w ludziach wiarę w to, co w sporcie najważniejsze. On też podziękował, ale jakoś tak nieśmiało; jakby wstydził się tego zamieszania, jakie wywołał jego piękny gest.

Sam tego zamieszania Łukasz Kubot nigdy by nie wywołał, więc ktoś musiał zrobić to za niego. Profesor Halina Zdebska-Biziewska z AWF w Krakowie, przewodnicząca Klubu Fair Play PKOl, wie, że nie każdy tenisista w trzecim secie ćwierćfinału turnieju Wielkiego Szlema przyznałby się rywalom i sędziom do popełnienia błędu, którego nikt poza nim samym w ogóle nie zauważył. Mogła zgłosić kandydaturę Kubota do tej nagrody, jednak mogłaby też poczuć się dość niezręcznie, gdyby potem miała ją wręczać sportowcowi zgłoszonemu przez siebie.

Doktorantką Haliny Zdebskiej-Biziewskiej jest Joanna Sakowicz-Kostecka (sympatykom tenisa przedstawiać na pewno nie trzeba). Pani profesor poprosiła o pomoc panią (jeszcze) magister, która z kolei wpadła na pomysł, aby wciagnąć do spisku Marka Furjana, dziennikarza i blogera. Marek miał tę frajdę, że był wtedy w Melbourne i gest Łukasza Kubota widział na własne oczy. Aby dać świadectwo prawdzie, złożył w PKOl wniosek o uhonorowanie postawy polskiego tenisisty. Takie są kulisy tej nagrody.

Autorem fotografii, o której wspomniałem w tytule, jest Adam Nurkiewicz (muszę o tym wspomnieć, bo jeśli nie, to „Tenisklub” straci u niego rabat). Zdjęcie nie zrobiło się jednak samo. Wymagało współpracy Łukasza Kubota. Trzeba go było prosić, przypominać i zachęcać, aby zabrał puchar na trening i schował go (puchar, nie trening) do torby ze sprzętem. Ten kadr wymyśliliśmy sobie jako symbol, bo zasadom fair play Kubot jest wierny na co dzień, a nie tylko od święta.

Na polskich kortach już rosną jego następcy. Podczas poniedziałkowej gali Polski Komitet Olimpijski wyróżnił także Martę Bogucką, która nie chciała wykorzystać spóźnienia rywalki, aby wygrać mecz walkowerem. Poprosiła sędziego o przełożenie pojedynku, który następnie przegrała. W aktualnym numerze „Tenisklubu” (lutowo-marcowym) chwalimy natomiast Weronikę Falkowską za to, że w ćwierćfinale halowych mistrzostw Polski kadetek wzięła przykład z Łukasza Kubota.

Powie ktoś, że nie ma za co chwalić, bo tak przecież powinno być. Zgadzam się, że powinno, ale niestety nie jest. A jak jest, można się łatwo przekonać na turniejach dowolnej rangi i w każdej kategorii wiekowej. Im niższy poziom rozgrywek, tym mniej sędziów i większe pole do „popisu” dla zawodników uczciwych inaczej.

Wielki Szlem, sędziowie liniowi i „Jastrzębie oko” też nie gwarantują gry fair. W 2011 roku w finale US Open (przeciwko Mariuszowi Fyrstenbergowi i Marcinowi Matkowskiemu) Philipp Petzschner miał okazję zachować się jak Łukasz Kubot, ale z niej nie skorzystał. Ugryzł się w język tak mocno, że pewnie jeszcze ma bliznę.