Archiwa tagu: ITF



Wybaczyć nie znaczy zapomnieć

Maria Szarapowa powiedziała „zawiodłam” i wzięła pełną odpowiedzialność za to, co się stało. Taki już los tenisisty, że sam dobiera sobie ludzi, którymi się otacza, i ponosi konsekwencje ich działań. Nawet te najbardziej bolesne.

Winnego w sprawie Szarapowej wcale nie trzeba szukać daleko. Winna sama sobie jest Szarapowa. Bez względu na to, czy wiedziała czy też nie; czy świadomie przyjmowała lek, czy przeoczyła listę, czy może bezgranicznie zaufała komuś, komu przytrafiło się to fatalne w skutkach niedopatrzenie. Taki już los tenisisty, że sam dobiera sobie ludzi, którymi się otacza, i ponosi konsekwencje ich działań. Rosjance można nawet współczuć. Opowieści o nieprzeczytanym liście odkładam na bok – to usprawiedliwienie rodem z podstawówki, kiedy pies zjadał zadania domowe. Dlaczego winię Szarapową, a jednocześnie potrafię jej współczuć? Płaci ogromną cenę – nie za darmo, za błędy. To ona firmuje swoim nazwiskiem nienaganną dotychczas machinę, której sama nie tworzy.

Pozytywny wynik kontroli antydopingowej i całej zamieszanie musi rzutować na jej całą karierę. Po prostu musi. Nawet jeśli nie ma dowodów, że Meldonium poprawiał jej osiągi w poprzednich latach, że przyczynił się do wielkich sukcesów, to tak wielkiej plamy nie da się zmazać. To substancja, która poprawia regenerację, ale i na wydolność wpływa korzystnie. Szarapowa przyjmowała ją od 2006 roku. Zakazana jest od 1 stycznia 2016 roku, ale jej działanie się nie zmieniło. Skoro pomaga teraz, pomagała i wcześniej. Dlatego jak najbardziej zrozumiałe sugestie, że grała nie fair, pojawiają się i będą się pojawiać. Rywalki, które wspomagania nawet legalnego się wystrzegały, mają prawo czuć się oszukane.

Pokorne przyznanie się do błędu i skrucha, mocne postanowienie poprawy i ta poprawa nie wymarzą z biografii 28-letniej businesswoman tenisowego światka takiego incydentu. Jej nazwisko już zawsze będzie się pojawiać przy okazji największych skandali dopingowych, a władze tenisowe użyją tego przypadku jako doskonałego alibi. Kiedy ktoś zarzuci zamiatanie afer pod dywan, powiedzą: Marię Szarapową zdyskwalifikowaliśmy. O mocniejszy i bardziej przekonujący przykład działań programu antydopingowego naprawdę trudno.

12834585_10207407569619006_1140644978_n

Pięciokrotna triumfatorka turniejów wielkoszlemowych otrzymała cios nokautujący, okropnie bolesny. A najbardziej ucierpiał jej wizerunek, czyli to, co tak pielęgnowała. Kariera karierą, dyskwalifikacja sama w sobie „Maszy” aż tak nie zaszkodzi. Formę można odbudować, nikt trenować jej przecież nie zakaże, Wielkie Szlemy są co roku, medal olimpijski już ma. Ale rysy na kryształowym wizerunku wyszlifować już się nie da. Pozostanie mniej lub bardziej przypudrowana.

Natychmiast od Szarapowej odwrócili się sponsorzy. TAG Heuer i Nike podjęły radykalne kroki, Porsche „tylko” wstrzymał zaplanowane działania, których częścią miała być Rosjanka. Oni – w przeciwieństwie do kibiców, którzy potrafili wybaczyć i usprawiedliwić – patrzą tylko na swój interes. Wybaczają nie z dobroci serca, a wyliczeń marketingowców i dyrektorów finansowych. Można to uznać za niemoralne, bo jedna z twarzy Nike to Justin Gatlin, którego przeszłość jest naszprycowana wpadkami. Pierwszą zaliczył jeszcze w 2001 roku, druga w 2006. Wystarczyło, by zaczął wygrywać, i Nike w 2015 roku zaproponowała mu kontrakt. Ale wtedy, kiedy był najszybszy, a występy na bieżni przyćmiły skandale.

Nie trudno sobie więc wyobrazić koncern Nike witający Rosjankę z otwartymi rękoma i oferujący jej kolejny lukratywny kontrakt – oczywiście, po świetnym powrocie i kilku zwycięstwach.

Jeden punkt Szarapowa już zdobyła. O aferze poinformowała sama, przeprosiła i przyznała się do błędu. Ile było w tym sprawnych działań PR-owych nie roztrząsam. Lance Armostrong speców od wizerunku z najwyższej półki też miał do dyspozycji bez liku, ale „przepraszam” i „przyznaję się” przez gardło już mu nie przeszły. Rysa na wizerunku legendy to nie legenda rozmieniona na drobne.



Szczęśliwe czas liczą

Agnieszce Radwańskiej i Belindzie Bencic finał w Tokio odbijał się czkawką w Wuhan. Ale Polka i Szwajcarka nie były w tym sezonie osamotnione. Żadna zawodniczka walcząca w weekend o tytuł nie przełożyła tego na dobre występy po niedzieli.

Życie tenisistki, jak i tenisisty, do łatwych nie należy. Podróże, przesiadki, wieczne pakowanie – a sum na koncie pozazdrościć można tylko kilku, no, kilkudziesięciu. Regulamin i grafik pozostają nieubłagane. Nikt terminarza całej imprezy nie zmieni dla jednej zawodniczki, jeśli mowa o turnieju z 64 uczestniczkami, nawet jeśli nazywa się Agnieszka Radwańska i kilkanaście godzin wcześniej zachwycał się nią cały tenisowy świat.

Agnieszkę właśnie i Bencic połączył ostatnio nie tylko finał w Tokio, a wcześniej jeszcze w Eastbourne, ale i fatalny występ w Wuhan. Polka gorzej nie mogła wylosować, bo w pierwszej rundzie trafiła na Venus Williams. I odpadła, grając bezbarwnie, walcząc nie z rywalką, a z samą sobą; pewnie ze zmęczeniem i fizycznym, i psychicznym, bo przecież to nie tour robotów ani niezawodnych maszyn (jeśli w ogóle ktoś kiedyś takową stworzył). Szwajcarka wytrwała niewiele dłużej. Pierwszą rywalkę (Alję Tomljanović) jeszcze pokonała, w drugim meczu przeciwko Camili Giorgi ciało zmusiło ją do kreczu.

Kiedy na Twitterze pisałem, że nasza tenisowa chluba wyraźnie pecha, w odpowiedzi otrzymałem, że Bencic też grała w finale w Tokio, też musiała wsiąść do samolotu i odbyć równie długą podróż, a jednak nie przeszkodziło jej to w odniesieniu zwycięstwa. Zaznaczyłem, że Williams i Tomljanović, z całym szacunkiem dla tej drugiej, to trochę inna półka. Ktoś przypomniał ubiegłoroczny Roland Garros na poparcie swej tezy, zapominając chyba, że na Wimbledonie ta sama dziewczyna z Zagrzebia urwała krakowiance ledwie dwa gemy.

Statystyki oddają tendencje – grasz w finale, nie licz na kolejny dobry turniej, zwłaszcza jeśli to rozgrywki z sześcioma etapami. Przeanalizowałem: z 22 finalistek w branych przeze mnie pod uwagę zawodach tylko jedna – Carla Suarez Navarro na początku sezonu – dotarła po kilku dniach w 64-osobowych rozgrywkach do ćwierćfinału. Reszta kończyła zmagania najczęściej w pierwszej lub drugiej rundzie. Pomijając kilka tenisistek o niższej renomie lub generalnie nie błyszczących na przestrzeni całego sezonu, mowa o wspominanych Radwańskiej i Bencic, Caroline Wozniacki, Karolinie Pliszkovej, Jelenie Janković, Andrei Petkovic czy Elinie Switolinie. Czyli topowych tenisistkach, które zawsze wymienia się w kontekście walki o tytuły.

Ofiar finałów było więcej i to nie tylko w turniejach z 64-osobową stawką. Nie tak dawno w Seulu życiowe rezultaty uzyskiwała Aljaksandra Sasnowicz. Tydzień życia – grała jak z nut, a jeszcze potrafiła powiedzieć, że w sumie to nie do końca jest zadowolona ze swojej postawy. Dopiero w finale zatrzymała ją Irina-Camelia Begu. Białorusinka do Taszkientu mogła jechać z podniesioną głową, ale wyjeżdżała na tarczy. Poddała mecz drugiej rundy. Zdarzały się i twardsze lądowania. Lucie Hradecka w maju, po turnieju w Pradze, w którym musiała uznać wyższość jedynie rodaczki Pliszkovej, pojechała do Trnavy, żeby zagrać w rozgrywkach ITF. Nie wygrała nawet jednego spotkania, a jej pogromczynią okazała się Chorwatka z trzeciej setki.

Czas w tenisie się nie zatrzymuje – nigdy. Nie ma chwili wytchnienia, bo punkty uciekają, a punkty to też pieniądze, to ranking czy przepustka do WTA Finals w przypadku niektórych z wyżej wymienionych. Im zawodniczka dalej zajdzie w obecnym turnieju, tym częściej i bardziej nerwowo musi spoglądać na zegarek, spiesząc na kolejne rozgrywki. Gdzieś między tym wszystkim zaczyna gubić się radość z tenisa. Ale jak tu się dziwić, skoro czas to pieniądz?



W czasie suszy ranking suchy

„Stan wody (10.08.2015) w dorzeczu Wisły układa się w strefie wody niskiej” – głosi dzisiejszy komunikat Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Nie będę wyliczał, w której rzece i ile wody ubyło, bo wcześniej czy później aura psiknie wszędzie deszczem i jeszcze gdzieniegdzie postraszy powodzią. Chciałbym tylko przekazać komunikat, że stan polskich tenisistek w rankingu singlowym WTA układa się w strefie niskiej. Właśnie ubyła kolejna…

Od dziś na liście światowej mamy zaledwie 15 zawodniczek. A właściwie 14, bo tylko WTA nadal uważa Natalię Siedliską za reprezentantkę Polski. Dla ITF jest ona Niemką, a i jej samej ostatnio do nowej ojczyzny znacznie bliżej niż do starej.

Patrzę w lustro i na zdziwionego raczej nie wyglądam. Od pewnego czasu, również na tym blogu, zwracam uwagę, że najmłodsze pokolenie polskich kandydatek na zawodowe tenisistki nie ma podstawowych warunków rozwoju. Mógłbym nawet co miesiąc otwierać jeden z tych tekstów i robić ctrl+C i ctrl+V. Co z tego, że czytelnicy – raczej wcześniej niż później – zorientowaliby się, że już kiedyś to czytali, skoro sam tekst – w wersji oryginalnej czy po kilku kosmetycznych przeróbkach – ciągle byłby aktualny?

Mamy do pokazania światu zaledwie tuzin kobiet i dwie nastoletnie dziewczyny (Siedliskiej już nie liczymy). Czesi, którym tak ochoczo staramy się pomóc – argumenty przedstawiłem w „Spojrzeniu pesymisty” – mają, trzeba przyznać, kłopot do pozazdroszczenia: chcieliby 50 przedstawicielek w rankingu WTA, a zatrzymali się na 49. Pewnie jakoś się pocieszą – zresztą naszym, czyli Agnieszki Radwańskiej, kosztem – wprowadzeniem już trzeciej zawodniczki do czołowej dziesiątki świata.

Dolarów przeciwko orzechom nie postawię, ale jestem dziwnie spokojny, że prędzej Czesi doczekają się 50. reprezentantki niż my 15. Oni samych nastolatek jeszcze przez kilka dni (14 sierpnia Petra Rohanova skończy 20 lat) będą mieli w rankingu więcej niż my wszystkich tenisistek!

Kiedy na rankingi WTA i ATP patrzy się z góry – na pierwszą dziesiątkę, najdalej na drugą setkę – można odnieść wrażenie, że różnią się jedynie detalami. Największa różnica jest schowana na samym dnie. Młody chłopak wygra jeden mecz w turnieju głównym najniższej rangi i już jest na liście. Młoda dziewczyna musi zdobyć punkty w trzech turniejach albo od razu aż 10, aby przebić się na lepszą stronę tego dna.

10 punktów – powie ktoś – to niewiele. Żeby za jednym zamachem trafić na listę, trzeba wygrać turniej ITF z pulą nagród 10 000 dolarów, dojść do półfinału „25” lub przejść rundę takiej „75” jak w Sobocie, o której pisałem dwa tygodnie temu. Nie udało się to ani Katarzynie Piter, ani Magdalenie Fręch. Pierwsza ma ponad dwustu-, a druga prawie stupunktowy dorobek, więc jak można oczekiwać, by takiej sztuki dokonała dziewczyna dopiero wchodząca na zawodowe korty?

Te początkujące – raz jeszcze skorzystam z kombinacji ctrl+C plus ctrl+V – nie potrzebują turniejów rozdających na prawo i lewo 75 tysięcy dolarów. Bez „dzikiej karty” nie dostaną się nawet do 25-tysięczników. One – jak rzeki w strefie wody niskiej deszczu – potrzebują jak najwięcej „dziesiątek”. „Dziesiątek”, czyli turniejów najniżej płatnych i najniżej punktowanych, ale uchylających furtkę do zawodowego tenisa. Czy poza kilkoma wyjątkami – organizatorami i sponsorami turniejów w Puszczykowie, Zielonej Górze, Szczawnie Zdroju i Zawadzie (w tym roku redukcja puli nagród z 25 do 10 tys. USD) – nikomu już na tym nie zależy?



Tenisowa niepodległość Kosowa

osuch28 marca roku Pańskiego 2015 w Lozannie, wielka tenisowa rodzina przyłączyła do swojego grona nowego członka. Kosowski Związek Tenisowy 50 głosami „za” i 19 „przeciw” wszedł w poczet Europejskiej Federacji Tenisowej (czyt. Tennis Europe) i już od roku 2016 kosowscy tenisiści będą mogli pełnoprawnie rywalizować na europejskich kortach. Z tej decyzji jednak nie wszyscy byli zadowoleni. Nie wszyscy, czyli Serbowie.

„WSTYD! I tenisiści uznali Kosowo!”, „Serbia przegrała jeszcze jedną bitwę: Kosowo w Tennis Europe”, „Nie pomoże nawet imię Novaka Dżokovicia: Kosowo zostało członkiem Europejskiej Federacji Tenisowej!” – takimi nagłówkami grzmiały serbskie portale. Mógłbym w tym miejscu postawić pytanie „dlaczego?”, jednak dla większości z nas mogłoby to być pytanie retoryczne. Wejdę na historyczną ścieżkę tego narodu, ale nie będę nią dalej kroczył, bo to blog o innej tematyce. Serbia nigdy nie uznawała i nie uznaje Kosowa za odrębne państwo.

Kosowo świętuje, bo ma co. Nawet pani prezydent tego kraju Atofete Jahjaga nie omieszkała pogratulować na fejsie Kosowskiemu Związkowi Tenisowemu. Radość jest właściwie podwójna, bo już ubiegano się o przyłączenie Kosowa do Międzynarodowej Federacji Tenisowej. Dwa lata temu w marcu ich wniosek o członkostwo został jednak oddalony po interwencji Serbów. Kosowscy delegaci, którzy wyruszyli do Tallina na coroczne posiedzenie Europejskiej Federacji Tenisowej nie zostali nawet dopuszczeni do głosu.

Co ciekawe, rok później Kosowo dopięło swego i za sprawą maleńkiego błędu, który to dla Serbów był wręcz błędem kardynalnym, stało się na chwilę członkiem ITF-u. Wszystko za sprawą wpadki, która miała miejsce na oficjalnej stronie World Tennis Day, przy okazji Światowego Dnia Tenisa. Na liście krajów, które są członkami Międzynarodowej Federacji i wspierają ten dzień, pojawiła się omyłkowo flaga Kosowa. Na reakcję długo nie trzeba było czekać. Po dynamicznej interwencji prezesa Serbskiego Związku Tenisowego błąd skorygowano.

W tych dniach dał o sobie znać również Kosowski Związek Tenisowy, który to listem od Jacquesa Dupre (prezydenta Tennis Europe) dostał zielone światło i szansę na stanie się członkiem tej organizacji. Rok później, jak widać, w pełni tę okazję wykorzystał.
Krok po kroku Kosowo jak politycznie, tak sportowo brnie ku niepodległości. Oprócz tenisowego sukcesu, w grudniu ubiegłego roku stało się pełnoprawnym członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, co oznacza, że reprezentacja tego kraju zadebiutuje już na najbliższych Igrzyskach. Ciekawe ile czasu upłynie, zanim usłyszymy o odnoszącym sukcesy kosowskim tenisiście.



Koniec z setami bez końca

Pot wylany przez Leonardo Mayera i Joao Souzę nie poszedł na marne. Przez 6 godzin i 43 minuty Argentyńczyk i Brazylijczyk ganiali się po mączce, okładali nawzajem forhendami i bekhendami, pokonany zeszedł z kortu niemal na czworakach, a zwycięzcę odprowadzono do karetki, która zawiozła go do szpitala. Tam lekarze stwierdzili skrajne odwodnienie organizmu.

Francesco Ricci-Bitti, prezes Międzynarodowej Federacji Tenisowej, w każdym programie meczowym Pucharu Davisa z dumą podkreślał, że co roku kilkunastu tenisistów z czołowej dwudziestki rankingu ATP (albo dwudziestu iluś z pierwszej trzydziestki – zależnie od tego, która liczba wygląda lepiej) znalazło w kalendarzu czas dla reprezentacji. Pan prezes albo długo udawał, że nie słyszy, albo w ogóle niezbyt się przejmował krytycznymi opiniami czołowych graczy świata, że formuła tych rozgrywek dawno się przeżyła i już najwyższa pora na jakieś reformy.

Pomysły padały ze wszystkich stron. Ktoś sugerował rozgrywanie Pucharu Davisa w cyklu dwuletnim, a ktoś inny chciałby wydzielić w kalendarzu tydzień albo dwa i jednym zamachem rakiety odfajkować temat systemem turniejowym. Te i inne propozycje odbiły się w siedzibie ITF niezbyt donośnym echem. Dopiero mecz Mayera z Souzą podziałał na wyobraźnię lokatorów pałacu w Roehampton. Kiedy na szali jako argument zostało położone zdrowie zawodników, działacze nie mogli już udawać głuchych.

Formalnie nie jest to jeszcze przesądzone, ale nie po to pan Ricci-Bitti pozwolił sobie na przeciek do argentyńskiej prasy, aby delegaci na coroczny kongres ITF mieli inne zdanie niż on. Dla Włocha to sprawa honoru, ponieważ we wrześniu zamierza ustąpić ze stanowiska. Wszystko wskazuje jednak na to, że może spać spokojnie.

Jednym z kandydatów na nowego prezesa, chyba najpoważniejszym, będzie Juan Margets. Hiszpan też zdążył już zabrać głos na temat planowanych zmian: – Cztery lata temu wszyscy byli na „nie”, a teraz wszyscy się zgadzają – powiedział obecny przewodniczący Komitetu Pucharu Davisa ITF.

Jeśli jacyś tenisiści chcieliby koniecznie przejść do historii najstarszych drużynowych rozgrywek sportowych i pograć choćby o minutę dłużej niż Mayer i Souza, to muszą się śpieszyć. Jeśli nie uda im się w tym roku – szansa przepadnie bezpowrotnie. Amatorzy tiebreaka postawili bowiem na swoim i od nastepnego sezonu w piątym secie nie będzie już gry do dwóch gemów przewagi.

„Mecz Mayera z Souzą miał zatem niespodziewane konsekwencje: koniec z setami bez końca, żegnajcie daviscupowe maratony” – napisał dziennik „La Nacion”.



Pokolenie talentów

Turnieje ATP i WTA zawsze będą miały pierwszeństwo przed rozgrywkami młodzieżowymi. Żadna to tajemnica, żaden powód do złości, tak musi być i już. Zdarzają się jednak takie zawody, którym warto poświęcić więcej niż news na portalu czy tekst w magazynie. Jednymi były Tennis Europe Winter Cups by Head, innymi ITF U18 Empire Cup. Blog to dobre miejsce do tego, aby jeszcze raz wspomnieć o drużynowych sukcesach skrzatów, młodziczek, kadetów i indywidualnych Kacpra Żuka. Zasłużyli.   Czytaj dalej Pokolenie talentów



Dajmy im wędkę

W zeszłym tygodniu znalazłem na Twitterze taką informację: „Natalia Siedliska will represent Germany now, her nationality switch becoming effective with this week’s tournament (March 16)”. WTA nie publikuje rankingu w połowie turnieju w Indian Wells, więc dopiero za tydzień zniknie z niego kolejna Polka.

Od razu wyjaśniam, że nie zamierzam krytykować Natalii Siedliskiej. Urodziła się wprawdzie w Polsce, ale wychowała i ukształtowała jako tenisistka już w Niemczech, dokąd wyemigrowała z mamą. Zainteresowałem się jej karierą, ponieważ przez prawie trzy lata Natalia była najmłodszą Polką co tydzień zauważaną przez ranking WTA. Wielkiej kariery – skoro już padło to słowo, to się go trzymajmy – Siedliska nie zrobiła: wygrała jeden turniej singlowy i siedem deblowych na poziomie ITF Women’s Circuit, nie podskoczyła powyżej 626. miejsca, a ma już 19 lat.

Zmiana obywatelstwa przez tę tenisistkę nie jest żadnym problemem dla polskiego tenisa; problemem jest natomiast malejąca liczba Polek klasyfikowanych przez WTA. Z Polakami w ATP tej liczby nie można porównywać, ponieważ oba rankingi prowadzone są na nieco innych zasadach. Największe różnice dotyczą nie szczytów, lecz najniższego poziomu. Jeśli z braku miejsca nie zajmiemy się wyjątkami, to wystarczy powiedzieć, że na listę ATP wchodzi się już z jednym oczkiem z jednego turnieju, natomiast w WTA trzeba zapunktować trzykrotnie.

A gdzie mają punktować Polki? Chodzą słuchy, że w tym roku będą nowe turnieje tu i tam. Będą albo i nie będą… Nie zajmujmy się więc gdybaniem, lecz porozmawiajmy o faktach. Poza zawodami WTA w Katowicach, do których tylko Agnieszka Radwańska nie potrzebowała „dzikiej karty”, w zeszłym roku rozegrano w Polsce cztery turnieje ITF, ale tylko jeden (powtórzę: jeden!) z 10 tysiącami dolarów w puli nagród.

To i tak ogromny postęp w stosunku do sezonu 2013, kiedy w kalendarzu utrzymały się jedynie imprezy w Toruniu i Zawadzie. Obie oferują po 25 tysięcy USD, po które ustawia się zwykle kolejka Czeszek, Słowaczek, Ukrainek i Niemek z polskimi korzeniami… Polek, które mogłyby tam powalczyć nie tyle o pieniądze, co o punkty, ze świecą szukać. Pierwsza piątka jest za mocna, aby grać na tak niskim poziomie, kilka następnych próbuje, ale jakoś bez sukcesów, natomiast pozostałe mają za słaby ranking, aby dostać się do tych turniejów głównymi drzwiami.

Trzeba by to przeanalizować, stosując bardziej naukowe metody niż moje przeczucie, ale wydaje mi się, że liczba zawodniczek sklasyfikowanych w rankingu WTA zależy od liczby turniejów ITF organizowanych w danym kraju. Nie trzeba mieć Nobla z ekonomii, aby zauważyć, że punkt rankingowy zdobyty u siebie jest znacznie tańszy od punktu przywiezionego z zagranicy, choć dla WTA ma taką samą wartość. A kogo by nie posłuchać, z kim by nie porozmawiać, wszyscy mówią o tym samym: że trudno się przebić w zawodowym tenisie bez wsparcia finansowego. Jeśli nie możemy dać ryby, podarujmy im wędkę – tuzin turniejów.

W 2005 roku, kiedy wyszedł pierwszy numer „Tenisklubu” (żal nie skorzystać z okazji, aby pochwalić się, że od jubileuszu dzielą nas już tylko miesiące), w krajowym kalendarzu Polki mogły znaleźć aż osiem imprez rangi ITF Circuit, a wcale nie był to najlepszy sezon pod tym względem. W efekcie pod koniec roku na liście WTA mieliśmy aż 21 reprezentantek.

A dziś? Dziś tylko 15. Albo aż 15, bo do niedzieli liczymy jeszcze z Natalią Siedliską.