Archiwa tagu: Dzika karta



Spojrzenie pesymisty

Patrzę sobie na drabinkę turnieju Powiat Poznański Open i zastanawiam się, gdzie podziała się wielkopolska gospodarność. Pula nagród wynosi 75 tysięcy dolarów (prawie 280 tysięcy złotych licząc po dzisiejszym kursie), a w singlu grają tylko dwie Polki. Jeśli nawet Katarzyna Piter i Magdalena Fręch spotkają się w półfinale, to jaką korzyść będzie miał z tego polski tenis? Obawiam się, że niewielką, jeśli sprawdzi się ten optymistyczny scenariusz; żadną, jeśli obie Polki szybko odpadną w rywalizacji z wyżej notowanymi rywalkami.

Patrzę sobie na drabinki turniejów ITF Women’s Circuit we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Czechach, wybiegam poza Europę do Indii, Chin, Brazylii… Nigdzie – czy w puli jest tylko 10 tysięcy, czy aż 75 – nie znalazłem tylko dwóch zawodniczek miejscowych. Bo jeśli tam ktoś decyduje się wydać pieniądze czy to prywatne, czy publiczne, najpierw zadaje sobie pytanie, kto na tym skorzysta. Kto skorzysta w Sobocie, wiadomo było praktycznie od początku. Rok temu pula nagród wynosiła „tylko” 50 tysięcy, a i tak żadna z trzech Polek obdarowanych „dzikimi kartami” nie przebrnęła przez pierwszą rundę. Po co więc podniesiono poprzeczkę wymagań?

Patrzę sobie na te „dzikie karty” i rozumiem jeszcze mniej. Pierwsza tenisistka reprezentuje Niemcy, druga Stany Zjednoczone, trzecia Czechy, a tylko jedna Polskę. Niech mnie ktoś przekona, że było warto aż tak mocno zachęcać do przyjazdu do Soboty Natalie Suk i Nicole Vaidiszovą! Kim jest Amerykanka, nie mam pojęcia. Może krewną Heleny Sukovej? Jeśli tak, to co z tego? A ile osób przyciąga na trybuny Vaidiszova? Tak, to półfinalistka Roland Garros i Australian Open, ale z 2006 i 2007 roku! Uważam, że w turniejach tej rangi „dzikie karty” powinny dostawać wyłącznie Polki lub tenisistki związane z Polską rodzinnie. W samym powiecie poznańskim kilka by się znalazło. Jestem również przekonany, że 75 tysięcy dolarów przyniosłoby więcej pożytku wtedy, gdyby organizatorzy rozłożyli te pieniądze na pięć kupek. Przez pięć tygodni, nie zaś przez siedem dni, sponsorzy mieliby wcale nie mniejszą ekspozycję w mediach, a polskie tenisistki większą szansę uszczknięcia czegoś z puli nagród i, co nawet ważniejsze, zdobycia punktów rankingowych.

Patrzę sobie także na ranking. Jeśli pominiemy Natalię Siedliską, która dla ITF (w WTA trudniej przeprowadzić zmianę obywatelstwa) jest już reprezentantką Niemiec, to między Justyną Jegiołką (nr 413, w Sobocie odpadła w drugiej rundzie eliminacji) a Anną Korzeniak (nr 840) zobaczymy głęboką przepaść. Od jej ścian jak echo odbija się dźwięk dzwonka alarmowego, na który jednak nikt nie reaguje. Oczywiście nie mamy aż tylu tenisistek, żeby – jak to się zdarza gdzie indziej – wypełniły prawie całą drabinkę „dziesięcio-„ czy „piętnastotysięcznika”. A może nie mamy ich aż tylu, bo wiele z nich nie ma gdzie zdobyć pierwszych punktów rankingowych? Na „dzikie karty”, jak widać, też nie zawsze mogą liczyć.

Mało turniejów – źle; duże – też niedobrze… Może ja nie jestem pesymistą. a po prostu malkontentem?