Archiwa tagu: dyrektor



Zawód dyrektor

Kiedyś do biura J&S Cup zatelefonowała dziennikarka z prasy kobiecej. Na celebrytach znała się zapewne wybornie, natomiast na sporcie nie za bardzo. Zatelefonowała we wtorek, może w środę, w każdym razie już po losowaniu turnieju głównego. Po zrobieniu dobrego wrażenia zapytała wprost: – A kto zagra w finale?

Nie chciała uwierzyć, że nikt w biurze tego nie wiedział. Minęło mnóstwo czasu, więc nie jestem już pewien, czy nie zażądała nawet natychmiastowego połączenia z dyrektorem turnieju. Uznała, że nikt z dyrektorem na czele nie chce jej tego powiedzieć, aby aż do końca trzymać ją, jej czytelników i w ogóle wszystkich zainteresowanych w niepewności aż do samej niedzieli.

Kim Clijsters, była liderka rankingu WTA i zwyciężczyni 41 turniejów, w tym trzech wielkoszlemowych oraz J&S Cup (być może właśnie tego wspomnianego wcześniej) nie potrafi usiedzieć w domu z mężem, prawie siedmioletnią córeczką, 16-miesięcznym synkiem i trzema psami (tu akurat mogłem przegapić zmianę, bo na stronie internetowej Belgijki czas zatrzymał się prawie dwa lata temu). Po urodzeniu pierwszego dziecka jeszcze wróciła na kort i wygrała US Open 2009 i Australian Open 2011, ale jako mama dwojga już raczej nie dałaby rady nawiązać walki z rywalkami, które mają na głowie tylko tenis, pokazy pody i działalność autopromocyjną.

Clijsters bez tenisa żyć jednak nie potrafi. Po siedmiu latach wrócił do Antwerpii, miasta najlepszych na świecie szlifierzy diamentów, turniej, który kiedyś kusił zawodniczki możliwością wygrania złotej rakiety wysadzanej brylantami. Warunek był trudny, lecz możliwy do spełnienia – trzy zwycięstwa w ciągu pięciu lat. Nie udało się Venus Williams (2002-03), dała za to radę Amelie Mauresmo (2005-07). Clijsters też triumfowała, ale tylko raz (2004). W zeszłym roku dała się namówić, żeby zostać dyrektorem reaktywowanego turnieju.

Dyrektorowanie ogranicza się zwykle do pracy biurowej, brania pod włos sponsorów, namawiania tenisistek, udziału w przyjęciach i konferencjach prasowych oraz robieniu dobrego wrażenia, jeśli coś wymyka się spod kontroli. Telefonów z pytaniami takimi jak na wstępie asystentka raczej nie łączy… Dyrektor ma wpływ niemal na wszystko, łącznie z kolorem papieru toaletowego w szatni zawodniczek, nie może jednak zagwarantować, kto z kim zmierzy się w finale, ani czy w ogóle finał się odbędzie.

Właśnie taka przykrość spotkała wczoraj Kim Clijsters. Z powodu kontuzji Carla Suarez-Navarro poddała się jeszcze przed ostatnim meczem turnieju. Żeby jakoś to wynagrodzić zawiedzionej publiczności, pani dyrektor (była przygotowana, ponieważ nieco wcześniej wzięła udział w pokazówce mikstowej) rozegrała mecz z Andreą Petkovic. Skończyło się 5:3 dla szefowej zawodów.

Niemka pokonana przez Belgijkę nie miała powodów do niezadowolenia. Wraz z turniejem wróciła bowiem do Antywerpii wyjątkowa nagroda – 4,5-kilogramowa złota rakieta wysadzana 2008 brylantami, warta na oko 1,5 miliona dolarów. Na razie Petkovic mogła ją tylko potrzymać podczas dekoracji i pozować z nią do zdjęć. Wystarczy jednak, że wygra ten turniej za rok lub dwa, a wtedy organizatorzy będą musieli ufundować nowe cacko. Teraz już nie trzy zwycięstwa w ciągu pięciu lat, lecz dwa triumfy w ciągu trzech sezonów dają rakietę na własność.

Wśród dyrektorów turniejów WTA jest sporo kobiet, natomiast w ATP (konkretnie w Memphis) – tylko jedna (zresztą bardzo ładnie się nazywa: Erin Mazurek). Piszę o tym dopiero pod koniec, wy też nie rozpowiadajcie tego głośno, bo jak Billie-Jean King się o tym dowie, to i tu zażąda parytetu.

Parytet w korpusie dyrektorów turniejów ATP jest absolutnie niepotrzebny. Gdyby bowiem w dniu finału któregoś z nich spotkała taka przykrość jak Kim Clijsters, to wielu – i to bez większego uszczerbku dla widowiska! – mogłoby wyjść na kort: Manuel Santana w Madrycie, Guy Forget w Paryżu (hala), Albert Costa w Barcelonie, Michael Stich w Hamburgu, Richard Krajicek w Rotterdamie, Juan Carlos Ferrero w Walencji, Martin Jaite w Buenos Aires, Todd Martin w Newport czy – to wcale nie jest pełna lista – Robin Soederling w Sztokholmie.

Niedawno krążył po Facebooku taki żart rysunkowy (muszę go opowiedzieć po angielsku, ponieważ po polsku straciłby cały urok):

– Nationality? – pyta ofiber straży granicznej.

– Russian – odpowiada przybysz.

– Occupation? – kontynuuje funkcjonariusz.

– No, no! Just visiting!

Prawidłowa odpowiedź, na potrzeby tego tekstu, powinna brzmieć „Director”. Są bowiem w świecie tenisowym rodziny, w których poniżej pewnego poziomu schodzić nie wypada. Nie od razu przecież można być prezesem federacji czy członkiem komitetu olimpijskiego, dlatego Amir Tarpiszczew jest dyrektorem Pucharu Kremla (ale tylko jego męskiej części). Jaki tam nepotyzm? Drugi syn Szamila Anwiarowicza, Filip, już mógłby być dyrektorem turnieju WTA, chociaż ma dopiero 20 lat, a nie jest. Czy myślicie, że wiedziałby, kto zagra w tegorocznym finale w Moskwie?