Archiwa tagu: Agnieszka Radwańska



Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?

Nie mam pretensji do Agnieszki Radwańskiej i Magdy Linette, że z Tajwanem nie zagrają. Tym bardziej do Bogu ducha winnych Magdaleny Fręch i Katarzyny Kawy, które je zastapią. Mam za to spore do Polskiego Związku Tenisowego, bo dobrze znając sytuację, do końca szedł w zaparte.

Działalność PZT od dłuższego czasu przypomina odgrywany w rzeczywistości – oczywiście trochę alternatywnej – film reżyserii Stanisława Barei. To rzeczywistość naszpikowana paradoksami, działaczy bezczelnym śmianiem się w twarz i – co rzecz jasna najważniejsze – dbaniem o własny interes. Kibice? Potrzebni, kiedy zaczyna się sprzedaż biletów. Produkt trzeba dobrze opakować, cenę rzucić tak wysoką, by towar udawał luksusowy, i odpowiednio rozreklamować.

Nawet jak reklama traci na aktualności, a prawie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ta reklama i tak leci w najlepsze. Bo może ktoś się nabierze. Radwańska i Linette są dorosłe, podjęły decyzje takie, jakie uważały za słuszne, a nie nam to oceniać. Lekarzami nie jesteśmy, a jeśli jakiś lekarz już się tu trafił, wyników badań żadna z nich nie upubliczniała. Jak każdy z nas. A kto widział w Katowicach Linette, wiedział, że w Spodku za okaz zdrowia nie robiła. Dla przyjemności nikt z ręką obłożoną lodem nie chodzi. Radwańska z barkiem oklejonym plastrami też wychodzi na kort od dłuższego czasu, a za nią rzeczywiście intensywny czas występów w Stanach.

Jeśli kogoś brak obu zdziwił, to chyba tylko dlatego, że bezgranicznie ufa PZT który sam strzelił sobie w kolano. I akurat pod adresem PZT można kierować pretensje. Najpierw rozśmianymi emotikonami opatrywał zdjęcie Radwańskiej trenującej z Michałem Przysiężnym, nie myśląc o kibicach, którzy w Spodku obeszli się smakiem występu idolki. Komuś nie przyszło do głowy, że jeśli krakowianki zabrakłoby jeszcze w Inowrocławiu – co już wtedy wydawało się bardzo prawdopodobne – to wizerunkowy samobój.

Kolejnym samobójem było promowanie spotkania z Tajwanem przy pomocy wizerunku wyłącznie najlepszej polskiej tenisistki. Tak jakby Magda Linette czy Paula Kania i Klaudia Jans-Ignacik znalazły się w składzie, jak to mówił stosunkowo nie tak dawno Jerzy Janowicz, „na doczepkę”. A już w trakcie trwania Katowice Open kto lepiej zorientowany, wiedział, że to one będą podporami reprezentacji w Inowrocławiu. I nagle, na trzy dni przed meczem, na wszystkich filmach, zdjęciach publikowanych na oficjalnym związkowym profilu pojawiają się już tylko Kania i Jans-Ignacik.

Znów zabrakło cywilizowanego sposobu podania informacji. Takiego jak choćby w Szwajcarii, gdzie Szwajcarski Związek Tenisowy o kontuzji Belindy Bencic powiadomił na oficjalnej stronie internetowej, nie mówiąc nawet o mediach społecznościowych. A na portalu PZT jeszcze dwie godziny (w momencie pisania) po ogłoszeniu, że ani Radwańska, ani Linette nie zagrają, wchodzących wita film z Agnieszką zapraszającą do Inowrocławia. O choćby krótkiej wzmiance na stronie, Facebooku czy Twitterze można zapomnieć. Ba, PZT nawet nie zauważył konferencji Polek.

Chowanie głowy w piasek zwolenników nie przysporzy. Tak, związek wyciągnął wnioski i zabrnął w kompletną dezinformację. Przed Pucharem Davisa zorganizowano konferencję, genialną zasłonę dymną. Jerzy Janowicz opowiadał o powołaniu, choć jak pokazała przyszłość, jego gra była wykluczona od samego początku. Tym razem obeszło się bez konferencji. Miała być, ale okazało się, że kapitan w tym czasie wystąpi w turnieju w Katowicach. Tak jakby impreza w Spodku znalazła się w kalendarzu ni stąd, ni zowąd.

Polityka dezinformacji trwała w najlepsze. O składzie wszyscy szeptali, wręcz go podawali. Na Facebookowym profilu OSIR Inowrocław już rano bez skrępowania ktoś umieścił zdjęcie Kani i …Fręch. Przecież miało jej nie być, oczywiście według oficjalnej wersji. PZT nie zadbał, by jednak poinformować kibiców o zmianach w składzie. Nie, po prostu na konferencję wyszły inne zawodniczki niż miały, inne niż były powołane, a i tak nikogo to nie zdziwiło. Pół biedy, byle na kort wyszły te, które zostaną wpisane do oficjalnego protokołu. Bo chyba nikt nie zapomniał zgłosić zmian w składzie? To już poruszanie się w oparach absurdu, ale takiego scenariusza nie powstydziłby się nawet Stanisław Bareja.



Mistrzyni świata


Tytuł nieprzypadkowy, nie w formie przenośni i nie na wyrost, bo w końcu WTA Finals to nic innego jak nieoficjalne mistrzostwa świata w tenisie. Ale Agnieszka Radwańska zapracowała na niego nie tylko zwycięstwem w Singapurze.

Cały czas mam przed oczami tę chwilę, w której najlepsza polska tenisistka chowa twarz w dłoniach i przez kilka sekund stoi, niedowierzając w sukces, jaki odniosła. Wielu zawodnikom i zawodniczkom w takich momentach puszczają hamulce – krzyczą, padają na kort i wylewają morze łez. Powściągliwa reakcja Radwańskiej jest najlepszym obrazem tego, jak wiele musiała wycierpieć, żeby wygrać ten turniej, a zaszklone oczy i łamiący się głos, co nawet jej – zazwyczaj dyskretnej w okazywaniu emocji – się udzieliło, wyrazem radości i ulgi, że, mimo tylu przeszkód, udało się. I trudno było nie łkać razem z nią, bo ten siedemnasty tytuł jest najcenniejszym nie tylko w jej karierze, ale i w historii polskiego tenisa. W pełni na niego zasłużyła.

Waleczność i wiara
Żeby zrozumieć, czego dokonała Agnieszka Radwańska, trzeba się cofnąć o pięć miesięcy. Była końcówka maja. Polka po 28 rozegranych meczach miała na koncie 13 porażek, z czego aż 11 z tenisistkami spoza czołowej dziesiątki. Z Polką wygrywały między innymi: dwukrotnie Garbine Muguruza – wówczas jeszcze 24. – Venus Williams, ale i Camila Giorgi czy Heather Watson. Najdotkliwszą przegraną była jednak ta najświeższa z właśnie rozpoczętego Rolanda Garrosa, z którego już w pierwszej rundzie wyeliminowała ją 83. wtedy w rankingu Annika Beck. Nie dowierzaliśmy. Na półmetku sezonu Radwańska dotarła do jednego półfinału w – nie oszukujmy się – średnio obsadzonym turnieju w Katowicach i jednego ćwierćfinału w Doha. W wyścigu po bilet do WTA Finals wylądowała na 26. pozycji. Hen, hen, za premiowaną ósemką. Martiny Navratilovej, której współpracę z zespołem naszej tenisistki niemal wszyscy przyjęli z entuzjazmem, nie było już w drużynie od ponad miesiąca. Polka z żelazną konsekwencją i całkowitym spokojem powtarzała, że przezwycięży ten kryzys, że wie, co robić i żeby dać jej trochę czasu. Mało kto jej słuchał, mało kto chciał wierzyć, hejterzy szaleli ze szczęścia i działali w najlepsze, nawet znawcy dyscypliny układali Radwańskiej plan działania ze zwalnianiem Tomasza Wiktorowskiego włącznie. Tomasza Wiktorowskiego zwalniać chciał też ojciec zawodniczki, ale sama zainteresowana stanowczo odrzuciła takie pomysły.

Trawa zmieniła wszystko. Radwańska doczekała się części sezonu na ulubionej nawierzchni, wreszcie poczuła się jak ryba w wodzie i odżyła, osiągając w trzech turniejach po sobie półfinał w Nottingham, finał w Eastbourne i – co najważniejsze – półfinał Wimbledonu. Lato nie było tak kolorowe, ale jesień już złota, polska, przepiękna. W wielkim stylu wygrała turnieje w Tokio i Tianjin, a w Pekinie dotarła do półfinału. Te wyniki dały jej wymarzony awans do turnieju mistrzyń, występ w Moskwie – pierwotnie planowany – już nie był potrzebny. – Każdemu życzę kryzysu kończącego się spadkiem na 15. miejsce na świecie – powiedział w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” fizjoterapeuta tenisistki Krzysztof Guzowski. Polka ani przez chwilę podczas gorszych występów nie wylądowała w rankingu niżej. Ba, rok zaczynała szósta, a kończy piąta. Podpiszę się pod słowami Guzowskiego: każdemu życzę takiego kryzysu. Aby wywalczyć bilet do Singapuru Radwańska musiała przejść katorżniczą drogę i wybrnąć z sytuacji niemal beznadziejnej. Przeszła i wybrnęła. Walczyła o Masters do samego końca. W drugiej części sezonu wygrała 36 pojedynków, a przegrała 12 – trzykrotnie mniej! W samej Azji zanotowała bilans 17-4, wygrywając tam trzy turnieje – szósty, siódmy i ósmy w karierze wywalczony na kontynencie, na którym czuje się – jak widać – rewelacyjnie.

Poziom
Cztery turnieje wielkoszlemowe to najważniejsze zawody w tenisie. Masters pod tym względem zajmuje drugie miejsce (chociaż niektórzy pewnie by się jeszcze spierali o rangę Igrzysk Olimpijskich), ale najtrudniej go zdobyć. Tak, trudniej niż Australian Open, Roland Garros, Wimbledon czy US Open. Przede wszystkim dlatego, że w ciągu ośmiu dni trzeba rozegrać pięć meczów z pięcioma spośród ośmiu najlepszych zawodniczek sezonu. Słabszych nie ma. Ze względu na fazę grupową istnieje margines błędu, ale niewielki, bo czasami nawet dwie porażki nie przekreślają szans na końcowe zwycięstwo, a nieraz tylko jedna eliminuje z rywalizacji. W turniejach wielkoszlemowych zwycięstw potrzeba aż siedem i nie ma miejsca na przegraną, ale nie dość, że na wszystko są dwa tygodnie, to dla czołowych zawodniczek pierwsze rywalki są wyraźnie słabsze. A niekiedy i te następne, co pokazuje przykład Marion Bartoli, której najwyżej notowaną rywalką na drodze do wimbledońskiego tytułu, była 17. Sloane Stephens. Ponadto turniej mistrzyń to ostatnie zawody w sezonie. Rozgrywane wtedy, kiedy zawodniczki mają w nogach, plecach i rękach dziesięć miesięcy męczącej rywalizacji, a ich ciała w podobnej części co strojami zakryte są plastrami i bandażami. Warto sobie zatem uświadomić, czego dokonała Radwańska, pokonując na koniec roku trzy zawodniczki z czołowej piątki rankingu w ciągu czterech dni – drugą Simonę Halep, trzecią Garbine Muguruzę i piątą Petrę Kvitovą. Spodziewam się, że co poniektórzy wtrąciliby trzy grosze o braku Sereny Williams. Amerykanka, to oczywiste, pozostaje niekwestionowaną liderką kobiecych rozgrywek, ale zakończenie sezonu wcześniej było jej i tylko jej decyzją. W żaden sposób nie deprecjonuje to sukcesu Polki i nie ma sensu zaczynać dyskusji „co by było, gdyby…”.

Styl
Nie tak dawno pisałem o tym, że „dziś ładniejszego tenisa już nie ma”. Nie wszyscy się z tym zgodzili – wszak to kwestia gustu – ale ja zdania nie zmieniam: Radwańska to tenisistka, prezentująca najpiękniejszy i najwszechstronniejszy tenis w kobiecych rozgrywkach. To, że z miesiąca na miesiąc, wygrywa plebiscyty na najpiękniejsze zagranie i to, że w siedmiu najlepszych akcjach z WTA Finals trzy należą właśnie do niej, niech będzie tego potwierdzeniem. Zawsze będzie ustępowała rywalkom siłą i to w każdym uderzeniu – serwisie, forhendzie, bekhendzie, woleju czy smeczu, ale skoro siłą się nie da, to trzeba szukać innych wariantów i Polka ciągle udowadnia, że te warianty istnieją, przynosząc sukcesy. Solidna obrona stała się fundamentem jej gry. To obecnie najlepsza w defensywie tenisistka świata, co piszę z pełną świadomością. Nie ma drugiej zawodniczki dysponującej tak znakomitą antycypacją, zwinnością i refleksem. Radwańska umiejętnie wykorzystuje siłę rywalek oraz inteligentnie zmienia rytm i rotację, co w dzisiejszym damskim wydaniu jest rzadkością. Finezja, spryt i mądrość to jej synonimy, a skróty i loby na zawsze pozostaną jej znakami rozpoznawczymi, które nie przestają zachwycać. Nawet serwis, do niedawna będący zaproszeniem rywalek do ataku, dziś posłany z rotacją, powodującą wysoki kozioł, coraz częściej uniemożliwia im strzały z returnu. Pewnie, że nie zawsze się udaje, bo przy tak wielu silnych ciosach zza siatki, na jakie jest narażona, zawsze udawać się nie może. Ale czy znacie inną tenisistkę, grającą w ten sposób i od lat należącą do ścisłej czołówki?

Wytrzymałość
Radwańska, jako że do defensywy spychana jest niezwykle często, przebiega po korcie dużo większy dystans niż rywalki. A biegając, musi jeszcze stawiać czoła bombom zza siatki i jakoś na nie odpowiadać. To wszystko powoduje, że pracuje i męczy się znacznie bardziej. W trakcie trwającego sześć tygodni azjatyckiego tournee Polka rozegrała 21 spotkań. Przez półtora miesiąca grała średnio jeden mecz na dwa dni. I ona to szalone tempo wytrzymała, mimo że w Singapurze była oblepiona plastrami i owinięta bandażami, a ból na pewno nie pozwalał o sobie zapomnieć. Lepszej nagrody za ten wysiłek dostać nie mogła, a nie byłoby jej, gdyby nie pomoc całego sztabu z trenerem Tomaszem Wiktorowskim, fizjoterapeutami Krzysztofem Guzowskim i Jasonem Israelsohnem czy Dawidem Celtem na czele.

Agnieszka Radwańska łamie kolejne bariery, udowadniając, że niemożliwe nie istnieje. W wielkim stylu podniosła się po nieudanej pierwszej części sezonu, wywalczyła bilet do Singapuru i wygrała turniej mistrzyń, pokonując w cztery dni trzy tenisistki z czołowej piątki rankingu. W trzysetowym finale popełniła 5 niewymuszonych błędów przy 53 Petry Kvitovej. To wynik kosmiczny i – niech mnie zagorzali fani statystyk poprawią, jeśli się mylę – największa w historii różnica w tym elemencie gry.

Chociaż apetyt rośnie w miarę jedzenia, bądźmy ostrożni w naszych marzeniach o tytule wielkoszlemowym. Polkę stać dziś na wszystko, a triumf w Masters może, ale wcale nie musi, okazać się dla niej trampoliną do kolejnych sukcesów. Najważniejsze jest to, że na zwycięstwa ma jeszcze czas. Radwańska w marcu skończyła 26 lat. Wkroczyła w najlepszy dla tenisistki wiek, co pokazuje historia. W ostatnich pięciu sezonach tylko trzy razy zdarzyło się, aby turniej wielkoszlemowy wygrała zawodniczka młodsza – dwukrotnie dokonała tego Wiktoria Azarenka, która triumfując w Australian Open 2012 i 2013 miała odpowiednio 22 i 23 lata i raz Petra Kvitova, zdobywając drugi tytuł na Wimbledonie w wieku 24 lat. A przykłady Sereny Williams, Na Li czy Flavii Pennetty dowodzą, że nawet po trzydziestce można sięgać po największe sukcesy. Bądźmy cierpliwi i bądźmy z nią bez względu na wyniki, bo łatwo jest nazywać się kibicem, gdy wszystko idzie jak z nut, dużo trudniej, kiedy przychodzą gorsze momenty. A gorsze momenty – jak to w sporcie – jeszcze nie raz się przecież pojawią.

10 lat temu Amelie Mauresmo wygrała turniej Masters, nie mając na koncie żadnego tytułu wielkoszlemowego. W kolejnym sezonie wygrała dwa – Australian Open i Wimbledon. Miała wtedy 26 lat…



Sztuka porażki

Nie zamierzam analizować porażek Agnieszki Radwańskiej z Marią Szarapową i Flavią Pennettą. Kto oglądał te spotkania, wie, co się stało. Kto zna tylko wynik, w połączeniu z relacjami wie wszystko, co wiedzieć powinien.

Awans Polki do półfinału pozostaje kwestią otwartą. Kiedyś reporter telewizyjny zapytał Simona Ammanna, czy może jeszcze odebrać Puchar Świata Adamowi Małyszowi. Odpowiedział: „matematyka podpowiada mi, że tak”. Dopóki więc matematyka pozwala nam wierzyć w wyjście krakowianki z grupy, nie ma potrzeby ocenianiać występu. I ja też nie będę tego robił przedwcześnie.

***

Radwańska zachowała się dziś jak prawdziwa mistrzyni wbrew odbierającym jej ten szlachetny tytuł. Wyszła i nie owijała na konferencji prasowej w bawełnę. Całą winę za porażki wzięła na siebie. Powiedziała wręcz, oczywiście inaczej dobierając słowa, że zawaliła. Nie było tłumaczenia, że kort za wolny, że oświetlenie źle na nią działo, że to czy tamto. Owszem, mówiła o zmęczeniu, ale w kontekście braku koncentracji, który też sobie wytknęła.

Sportowcem łatwo być, gdy wszystko idzie jak z płatka, a komplementy i gratulacje sypią się z każdej strony. Znacznie trudniej, kiedy mimo wcześniejszych aspiracji i rozbudzonych apetytów porażka podąża za porażką, a w kraju spada fala krytyki. Wtedy poznaje się wielkiego sportowca.

Pod adresem Rafaela Nadala w Madrycie, a potem Paryżu kierowana naprawdę trudne pytania. Momentami nieprzyjemne – nie dlatego, że złośliwe czy obrażające, ale dotyczące jego porażek. Potrafił odpowiedzieć z wielką klasą, spokojnie tłumacząc przyczyny i szukając ich raczej we własnych słabościach, aniżeli otaczającej go rzeczywistości. Radwańska sukcesów Hiszpanowi może pozazdrościć – klasy na pewno nie.

***

Na Wimbledonie, na kortach Rolanda Garrosa czy Flushing Meadows zagwarantowany występ ma około 100 czołowych tenisistek. Ale do WTA Finals zakwalifikowało się tylko osiem najlepszych w tym sezonie. Kiedy piłkarze wywalczyli awans do finałów mistrzostw Europy obok 22 innych drużyn (Francja jako gospodarz występ ma zapewniony), trafili na pierwsze strony gazet. Radwańska prędzej trafi na czołówki, przegrywając.

Kwalifikacja do WTA Finals ucieszyła, ale przeszła bez takiego echa jak porażka z Marią Szarapową. A usta krytykom Polki spróbowała zamknąć sama Rosjanka, w fantastycznym stylu rozbijając dwa dni później Simonę Halep i pokazując, że nie przyjechała do Singapuru na poły zdrowa. Potwierdzała to także Flavia Pennetta. Losy jej kariery spoczęły w rękach właśnie Szarapowej, która może już w piątek odesłać Włoszkę na emeryturę.

Niedzielni krytycy po imponującej wygranej Rosjanki z Rumunką, wiceliderką światowego rankingu, w dużej mierze zamilkli. Nie podkreślali, że może to nie Polka była tak słaba, ale rywalka tak mocna? Nawet jeśli do szczytu formy sporo jej brakuje, co oddał pojedynek z Pennettą, porażka z Szarapową ujmy nie przynosi. Bo tak grająca „Masza” to w tym momencie główna faworytka do zwycięstwa w całej imprezie.

***

Nic nie trwa wiecznie, także kariera Radwańskiej. Za kilka lat, kiedy za sukces będzie brany awans którejś z polskich tenisistek do czołowej „50”, na co się niestety zapowiada, smutna rzeczywistość rzuci inne światło na wyniki krakowianki. I pozwoli części krytyków dojść do wniosku, że może ten finał i dwa półfinały Wimbledonu, półfinał Australian Open, 16 tytułów, pięć występów z rzędu w WTA Finals i kilka lat regularnie w Top 10 nie były jednak takie złe…



Szczęśliwe czas liczą

Agnieszce Radwańskiej i Belindzie Bencic finał w Tokio odbijał się czkawką w Wuhan. Ale Polka i Szwajcarka nie były w tym sezonie osamotnione. Żadna zawodniczka walcząca w weekend o tytuł nie przełożyła tego na dobre występy po niedzieli.

Życie tenisistki, jak i tenisisty, do łatwych nie należy. Podróże, przesiadki, wieczne pakowanie – a sum na koncie pozazdrościć można tylko kilku, no, kilkudziesięciu. Regulamin i grafik pozostają nieubłagane. Nikt terminarza całej imprezy nie zmieni dla jednej zawodniczki, jeśli mowa o turnieju z 64 uczestniczkami, nawet jeśli nazywa się Agnieszka Radwańska i kilkanaście godzin wcześniej zachwycał się nią cały tenisowy świat.

Agnieszkę właśnie i Bencic połączył ostatnio nie tylko finał w Tokio, a wcześniej jeszcze w Eastbourne, ale i fatalny występ w Wuhan. Polka gorzej nie mogła wylosować, bo w pierwszej rundzie trafiła na Venus Williams. I odpadła, grając bezbarwnie, walcząc nie z rywalką, a z samą sobą; pewnie ze zmęczeniem i fizycznym, i psychicznym, bo przecież to nie tour robotów ani niezawodnych maszyn (jeśli w ogóle ktoś kiedyś takową stworzył). Szwajcarka wytrwała niewiele dłużej. Pierwszą rywalkę (Alję Tomljanović) jeszcze pokonała, w drugim meczu przeciwko Camili Giorgi ciało zmusiło ją do kreczu.

Kiedy na Twitterze pisałem, że nasza tenisowa chluba wyraźnie pecha, w odpowiedzi otrzymałem, że Bencic też grała w finale w Tokio, też musiała wsiąść do samolotu i odbyć równie długą podróż, a jednak nie przeszkodziło jej to w odniesieniu zwycięstwa. Zaznaczyłem, że Williams i Tomljanović, z całym szacunkiem dla tej drugiej, to trochę inna półka. Ktoś przypomniał ubiegłoroczny Roland Garros na poparcie swej tezy, zapominając chyba, że na Wimbledonie ta sama dziewczyna z Zagrzebia urwała krakowiance ledwie dwa gemy.

Statystyki oddają tendencje – grasz w finale, nie licz na kolejny dobry turniej, zwłaszcza jeśli to rozgrywki z sześcioma etapami. Przeanalizowałem: z 22 finalistek w branych przeze mnie pod uwagę zawodach tylko jedna – Carla Suarez Navarro na początku sezonu – dotarła po kilku dniach w 64-osobowych rozgrywkach do ćwierćfinału. Reszta kończyła zmagania najczęściej w pierwszej lub drugiej rundzie. Pomijając kilka tenisistek o niższej renomie lub generalnie nie błyszczących na przestrzeni całego sezonu, mowa o wspominanych Radwańskiej i Bencic, Caroline Wozniacki, Karolinie Pliszkovej, Jelenie Janković, Andrei Petkovic czy Elinie Switolinie. Czyli topowych tenisistkach, które zawsze wymienia się w kontekście walki o tytuły.

Ofiar finałów było więcej i to nie tylko w turniejach z 64-osobową stawką. Nie tak dawno w Seulu życiowe rezultaty uzyskiwała Aljaksandra Sasnowicz. Tydzień życia – grała jak z nut, a jeszcze potrafiła powiedzieć, że w sumie to nie do końca jest zadowolona ze swojej postawy. Dopiero w finale zatrzymała ją Irina-Camelia Begu. Białorusinka do Taszkientu mogła jechać z podniesioną głową, ale wyjeżdżała na tarczy. Poddała mecz drugiej rundy. Zdarzały się i twardsze lądowania. Lucie Hradecka w maju, po turnieju w Pradze, w którym musiała uznać wyższość jedynie rodaczki Pliszkovej, pojechała do Trnavy, żeby zagrać w rozgrywkach ITF. Nie wygrała nawet jednego spotkania, a jej pogromczynią okazała się Chorwatka z trzeciej setki.

Czas w tenisie się nie zatrzymuje – nigdy. Nie ma chwili wytchnienia, bo punkty uciekają, a punkty to też pieniądze, to ranking czy przepustka do WTA Finals w przypadku niektórych z wyżej wymienionych. Im zawodniczka dalej zajdzie w obecnym turnieju, tym częściej i bardziej nerwowo musi spoglądać na zegarek, spiesząc na kolejne rozgrywki. Gdzieś między tym wszystkim zaczyna gubić się radość z tenisa. Ale jak tu się dziwić, skoro czas to pieniądz?



Nawet wdzięczne „dzień dobry”…

Zastanawiałem się, o czym dziś napisać. Miałem trzy pomysły. O szacunku w tenisie – można za tydzień, to temat ponadczasowy. O piłkach – można i za miesiąc, w sam raz na wakacje. O Wimbledonie, który już nigdy nie będzie taki, jaki był – nie ma co zwlekać.

Nie pojechałem na Wimbledon. Na początku, kiedy pierwsze piłki latały nad trawiastymi kortami All England Club zrobiło mi się przykro. Mogłem wsiąść do samolotu nawet w ostatniej chwili i stanąć choćby raz czy dwa w chyba najsłynniejszej kolejce świata, czekając aż kupię upragnioną wejściówkę i trafię na jeden z kortów. Ale dzięki temu, że zostałem w domu, zobaczyłem, jak zmienił się Wimbledon. W Londynie na pewno bym tego nie dostrzegł, a raczej nie usłyszał.

Nie mam na myśli obiektów, bramek wejściowych, trybun, biura pasowego czy jeszcze innych składowych najsłynniejszego tenisowego klubu na świecie. To się zmienia – normalne. Coś dobudują, coś wyremontują. Dzisiejsze Wembley ma niewiele wspólnego z tym, na którym Jan Tomaszewski zatrzymał Anglię. Poza nazwą, miejscem i takimi tam. A jednak to Wembley.

Wimbledon zmienił się nieodwracalnie. Dla nas – dla polskich miłośników tenisa. W naszych umysłach. Nie pamiętam, który mecz The Championships był dla mnie tym pierwszym. Nie pamiętam też, czy obejrzałem wszystkie spotkania Agnieszki Radwańskiej w 2012 roku, kiedy dochodziła do finału. Ale pamiętam jedno. I zawsze z tym utożsamiałem Wimbledon. „Halo Łymbledon” – wybrzmiewało na początku transmisji. Choć słyszało się codziennie, nigdy się nie nudziło. Ba, czasem warto było włączyć telewizor tylko dla tego powitania.

Wimbledon i „Halo Łymbledon” Bohdana Tomaszewskiego były nierozłączne. Chciałoby się napisać nierozerwalne. Dwa słowa, niby tak proste, prozaiczne, a napisały równie piękną historię w dziejach polskiego sportu co najwybitniejsi sportowcy. Współistniały z niedawnymi sukcesami Agnieszki Radwańskiej, Jerzego Janowicza. Z najpiękniejszymi wspomnieniami i chwilami, których polski tenis dawno nie doświadczył i (obym się mylił) szybko nie doświadczy.

Rozpoczęcie tegorocznych The Championships na nowo wzbudziło uczucie pustki. Uwydatniło je. I przypomniało, jak wielką stratę ponieśliśmy my, wielbiciele tenisa i nie tylko. Żadne, nawet wypowiedziane najcudowniejszym, najdelikatniejszym i najbardziej wdzięcznym głosem „dzień dobry” bądź „witam państwa” nie zastąpi „Halo Łymbledon”…



Nie tylko nazwiska

Dwa lata temu, przystępując do rozgrywek eliminacyjnych w strefie euro-afrykańskiej Fed Cup’u, mogliśmy tylko pomarzyć o spotkaniu, które czeka nas już w najbliższy weekend. Wyłącznie osoby z najbujniejszą wyobraźnią mogły z kolei liczyć na taką otoczkę tego wydarzenia.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że mecz w Kraków Arena to najważniejsze tenisowe wydarzenie w całej historii naszego kraju. Nie chodzi tu tylko o magię nazwisk Radwańskiej i Szarapowej (kolejność nieprzypadkowa…), ale przede wszystkim o wagę spotkania. Oczywiście Fed Cup’owi brakuje nieco do prestiżu starszego brata „Davisa”, niemniej to wciąż jedne z najbardziej prestiżowych rozgrywek w tenisie.

Otoczka towarzysząca spotkaniu w Krakowie sprawia, że trochę umyka nam fakt obecności reprezentacji Polski w elitarnej ósemce tych drużynowych rozgrywek. Co więcej, całkiem realny wydaje się występ w kwietniowym półfinale (z Niemcami lub Australią, ale na pewno na wyjeździe). Chciałbym wierzyć, że gdybyśmy grali np. z Włoszkami to na mecze sióstr Radwańskich z Sarą Errani i Robertą Vinci także stawiłoby się piętnaście tysięcy kibiców.

Daleki jestem od szukania dziury w całym. Wręcz przeciwnie – sam odczuwam ekscytację zbliżającym się weekendem. Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że chodzi nie tylko o zobaczenie na korcie Agnieszki Radwańskiej czy Marii Szarapowej (notabene wcale nie jest powiedziane, że do bezpośredniej rywalizacji tych tenisistek dojdzie), ale przede wszystkim o walkę polskiej reprezentacji o półfinał najbardziej prestiżowych drużynowych rozgrywek w kobiecym tenisie.

Mam gorącą nadzieję, że z jednej strony kibice stworzą w Kraków Arena niezapomnianą atmosferę i w pełni zaangażują się w doping, a z drugiej strony nie poddadzą się niebezpiecznemu trendowi „schamszczania” zachowań na tenisowych stadionach, jaki w ostatnich latach ma miejsce. Pamiętajmy o podstawowej zasadzie kodeksu tenisowego kibica: „po pierwsze nie przeszkadzaj!”.

Korzystając z okazji chciałbym też gorąco zaprosić na łamy portalu Tenisklub, gdzie już od jutra liczne korespondencje z Krakowa. Pierwsza z nich po godzinie 13, prosto z Centrum Kongresowego ICE, w którym odbędzie się losowanie kolejności spotkań. Warto nadmienić, że uświetni je m.in. prezydent Międzynarodowej Federacji Tenisowej – Francesco Ricci-Bitti. Szczęśliwych posiadaczy biletów zapraszam także na stoisko Tenisklubu w Kraków Arena – warto!