Rolak Garros

Kto pyta, ten błądzi

Zacznę od cytatu. Proszę przeczytać uważnie: „Na wczorajszym Walnym Zgromadzeniu Delegatów PZT poprosiłam członków zarządu, żeby każdy w kilku zdaniach opowiedział, co zrobił w tym roku. Niestety nie uzyskałam żadnej odpowiedzi; poza jedną (…) – jeden z członków zarządu honorowo odpowiedział, że nie zrobił nic, sensownie zresztą argumentując, dlaczego. A na koniec, mimo bardzo długiej dyskusji o konieczności profesjonalizacji zarządu, usłyszeliśmy od kolejnego z jego członków, że to działacze są kluczowi dla rozwoju sportu”.

Też tam byłem, też to słyszałem. Autorką cytowanego wpisu na Facebooku jest Magdalena Rejniak-Romer. Dla mnie Magda, bo znamy się chyba ze 20 lat. Dla większości delegatów to ta, która rok temu chciała zostać prezesem, ale słusznie się jej nie udało.

Przez większą część zjazdu dyskutowano o tym, czy w ogóle – a jeśli tak, to jaki – miało sens założenie spółki Tenis Polski. Jej prezes wszystko widzi i przedstawia w różowych barwach. Jedynym błędem, jego zdaniem, ale nie do przewidzenia, był wybór Piotra Gadomskiego na twarz kanału tenispolski.tv. Poza tym jest, a jeśli jeszcze nie jest, to na pewno będzie wspaniale.

Pytania o ważne konkrety nie doczekały się odpowiedzi. Nadal nie wiemy, jakie cele biznesowe ma osiągnąć spółka; wiemy tylko, że musimy na nie poczekać ze trzy lata. Ten termin jakoś dziwnie zbiega się z końcem kadencji obecnych władz związku…

Prezes PZT, dość oszczędny w słowach przez całe obrady, podsumował je stwierdzeniem, że pewna grupa ludzi zwęszyła w związku pieniądze i koniecznie chce się do nich dorwać. Magdzie Rejniak-Romer nie jest potrzebny adwokat ani rzecznik, sama sobie nieźle radzi z wystąpieniami publicznymi, ale przyzwoitość wymaga, aby zwrócić uwagę na absurdalność tego zarzutu.

W 2014 roku, tak wynika ze sprawozdania finansowego (m.in. w celu jego przyjęcia ponownie spotkali się delegaci; nawiasem mówiąc, wielu z nich średnio ten związek obchodzi, bo dopiero za drugim razem, a i tak z trudem, udało się zebrać quorum), PZT zarobił nieco ponad 20 tysięcy złotych. To na co robić ten skok? Czym tu się dzielić?

Magda ma hopla. I na zjazdach, i na portalach społecznościowych, i nawet w rozmowach prywatnych opowiada, jak wielka szansa – dzięki programom ministerialnym – stoi przed tenisem. Wystarczy napisać dobry program i wyciągnąć rękę po kasę z Senatorskiej. Ale trzeba umieć to zrobić. W budżecie państwa jest 13 milionów złotych na rozwój sportu powszechnego. Inne związki i organizacje sportowe czerpią z tej puli garściami, tylko nie PZT. To znaczy PZT próbował, lecz jego wniosek został przez ministerstwo odrzucony. Czyli co – tak wybitni działacze nie potrafią przygotować dokumentu, z napisaniem którego inni radzą sobie bez trudu?

Ma pan rację, szanowny panie prezesie, że działacze są niezbędni. Ale z działaczami jest tak samo jak ze sportowcami – na dole piramidy potrzeba ich wielu, żeby sport w ogóle mógł funkcjonować. Im wyżej będziemy się wspinali, tym mniej spotkamy ludzi uprawiających sport dla czystej przyjemności, a na samym szczycie zastaniemy tylko zawodową elitę – mistrzów olimpijskich, rekordzistów świata. Im działacze społeczni już nie są do niczego potrzebni; im potrzebni są zawodowi menedżerowie, którzy potrafią sprawnie zarządzać strukturą organizacyjną, tworzyć i sprzedawać sponsorom produkty, jakimi dysponuje dana dyscyplina.

To oczywiste, że nie można wymagać od spółki, aby po czterech miesiącach przyprowadziła za rączkę sponsora, który obsypie związek złotem, skoro nie udało się to czterem ostatnim prezesom PZT. Można jednak pytać, czy pieniędzy włożonych w tę spółkę nie można było wydać z większym pożytkiem. Można pytać, dlaczego nadal tak mało pieniędzy PZT ma do wydania. Można pytać, czy przez ostatni rok naprawdę zrobiono wszystko, aby tych pieniędzy było więcej.

To nie ja o to pytam – jestem dziennikarzem, nie delegatem. Wczoraj jednak byłem świadkiem, że ci, którzy mieli prawo zadawać takie pytania, nie na wszystkie dostali odpowiedź. A na odchodnym jeszcze usłyszeli, że tylko o kasę im chodzi…

Skurcze portfela

Wczoraj wieczorem wdałem się na Twitterze w interesującą dyskusję na temat epidemii, która dopadła uczestników US Open już na starcie turnieju. Meczów pierwszej rundy nie dokończyło aż dziesięciu tenisistów i dwie tenisistki. Czy wszyscy mogą mówić o pechu?

Moim zdaniem – nie wszyscy. Nie zamierzam czepiać się – ten zarzut padł pod moim adresem – tych, którzy podczas gry doznali urazów mięśni lub stawów. Z naderwanym dwugłowym lub skręconą kostką nie da się uprawiać żadnego sportu wymagającego ruchu, więc tych graczy usprawiedliwiam. Skurcze natomiast, nie tylko moim zdaniem, to wcale nie kontuzja, lecz efekt braku odpowiedniego przygotowania do tak trudnych zawodów, jakimi są turnieje Wielkiego Szlema.

Twitterowa polemika zaczęła się od kreczu Thanasiego Kokkinakisa. Napisałem, że powodem przedwczesnego zakończenia meczu było lenistwo Australijczyka. Wcale nie twierdzę, że zszedł z kortu, bo na początku piątego seta odechciało mu się grać. Twierdzę, że nie mógł grać dalej, ponieważ obijał się na treningach. Jest zawodowym tenisistą, dla którego US Open to jeden z czterech najważniejszych startów w sezonie. Do turnieju Wielkiego Szlema powinien zatem przygotować się pod każdym względem. Nawet najlepszy serwis, forhend i bekhend nie pomogą, jeśli nogi odmówią posłuszeństwa.

Zawsze bardzo mi bliska była i jest lekka atletyka. Wyobraziłem sobie Kokkinakisa jako czterystumetrowca. Stanął w blokach, skupił na sobie wszystkie oczy i obiektywy obecne na stadionie, ruszył tuż po strzale startera i błyskawicznie zyskiwał przewagę nad rywalami. Na ostatnią prostą wbiegł pierwszy i wtedy złapał go skurcz…

Mnie też łapały skurcze, kiedy pierwszy raz w życiu zachciało mi się przebiec maraton. Przez ponad 30 kilometrów wszystko było pięknie, ale ostatnie 10 to już droga przez mękę. Moja wina – przygotowałem się nie dość starannie i drugi raz tego błędu nie popełniłem. Z trasy jednak nie zszedłem. Starszemu panu, który wyprzedzał mnie już na bieżni, chciałem przegryźć krtań, ale nie byłem w stanie go dogonić. Za linią mety już tylko uścisnąłem mu dłoń.

Kokkinakisa skrytykował – chociaż nie wprost – Andy Roddick. Krótko, bo miał na to tylko 140 znaków, zwrócił uwagę na konieczność właściwego nawadniania organizmu podczas turnieju oraz przestrzegania sportowej diety na co dzień. To też są elementy profesjonalizmu. Amerykanin wie, o czym pisze. 12 lat temu rozegrał mecz, który przeszedł do historii nie tylko Australian Open. Roddick pokonał Younesa El Aynaouiego 21:19 w piątym secie. W następnej rundzie tylko snuł się po korcie, ale meczu nie poddał, chcociaż był to już półfinał (pięć pojedynków w nogach), a nie początek turnieju.

Nagły wzrost liczby niedokończonych meczów pierwszej rundy w turniejach Wielkiego Szlema wiąże się także ze zmianą siatki płac. Od kilku lat największymi beneficjentami podnoszenia puli nagród są przecież pokonani w pierwszych i drugich rundach. W szatniach szepcze się o przypadkach, że pan X lub pani Y (nikt głośno nie poda nazwisk) przyjeżdża tylko po to, aby zagrać dwa, może cztery gemy i zgłosić się do kasy po 39 500 dolarów. Tyle na ukojenie bólu dostał Kokkinakis.

Z jednej strony doskonale rozumiem argument – i nawet się z nim zgadzam – że kariera sportowa jest krótka. Po zejściu z kortu, bieżni albo innego boiska nie każdy potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Tenisista nie ma czasu na skończenie studiów w Cambridge, Oxfordzie czy chociaż w Warszawie, więc brak wykształcenia musi mu zrekompensować kapitał założycielski na dalszą część życia. Z drugiej strony jednak coraz częściej skłaniam się ku tezie, że pieniądze w tenisie nie są dzielone – nie, nie napiszę „sprawiedliwie” – nie są dzielone mądrzej.

Kibice, media i sponsorzy pasjonują się rywalizacją w Wielkich Szlemach, a mało kogo – nawet WTA i ATP – obchodzi, skąd wziąć następców Sereny Williams i Novaka Dżokovicia. W 2014 roku ponad 13 300 osób rywalizowało w turniejach ITF Circuit dla kobiet i mężczyzn o łączną pulę nagród… (w tym przypadku jeden trzykropek może być za mało) … 18 000 000 dolarów. To dużo mniej niż w każdym z osobna turnieju Wielkiego Szlema! WTA i ATP wciąż nie dostrzegają problemu i dbają tylko o gwiazdy. ITF jako pierwsza przestała udawać, że to nie jej zmartwienie, i podjęła decyzję o podniesieniu minimalnej puli nagród, która od kilkudziesięciu lat pozostawała na poziomie 10 tysięcy dolarów na turniej. Podwyżka odbędzie się stopniowo.

Właśnie o coś takiego kilka miesięcy temu postulował Andy Roddick. Na Twitterze zamieścił grafikę przedstawiającą koszty i przychody tenisisty, który rok 2014 zakończył pod koniec piątej setki rankingu. Ów zawodnik (nie Roddick przecież) zagrał w 24 turniejach singlowych i 15 deblowych. Zarobił niewiele ponad 12 tysięcy dolarów, a na udział w turniejach, sprzęt i trenera wydał prawie 30 tysięcy.

Efekt jest taki, że do czołówki przebijają się niekoniecznie najzdolniejsi, lecz raczej bogaci z domu. Weźmy to pod uwagę oglądając mecze, nawet wielkoszlemowe, których poziom nie zawsze nas satysfakcjonuje.

W czasie suszy ranking suchy

„Stan wody (10.08.2015) w dorzeczu Wisły układa się w strefie wody niskiej” – głosi dzisiejszy komunikat Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Nie będę wyliczał, w której rzece i ile wody ubyło, bo wcześniej czy później aura psiknie wszędzie deszczem i jeszcze gdzieniegdzie postraszy powodzią. Chciałbym tylko przekazać komunikat, że stan polskich tenisistek w rankingu singlowym WTA układa się w strefie niskiej. Właśnie ubyła kolejna…

Od dziś na liście światowej mamy zaledwie 15 zawodniczek. A właściwie 14, bo tylko WTA nadal uważa Natalię Siedliską za reprezentantkę Polski. Dla ITF jest ona Niemką, a i jej samej ostatnio do nowej ojczyzny znacznie bliżej niż do starej.

Patrzę w lustro i na zdziwionego raczej nie wyglądam. Od pewnego czasu, również na tym blogu, zwracam uwagę, że najmłodsze pokolenie polskich kandydatek na zawodowe tenisistki nie ma podstawowych warunków rozwoju. Mógłbym nawet co miesiąc otwierać jeden z tych tekstów i robić ctrl+C i ctrl+V. Co z tego, że czytelnicy – raczej wcześniej niż później – zorientowaliby się, że już kiedyś to czytali, skoro sam tekst – w wersji oryginalnej czy po kilku kosmetycznych przeróbkach – ciągle byłby aktualny?

Mamy do pokazania światu zaledwie tuzin kobiet i dwie nastoletnie dziewczyny (Siedliskiej już nie liczymy). Czesi, którym tak ochoczo staramy się pomóc – argumenty przedstawiłem w „Spojrzeniu pesymisty” – mają, trzeba przyznać, kłopot do pozazdroszczenia: chcieliby 50 przedstawicielek w rankingu WTA, a zatrzymali się na 49. Pewnie jakoś się pocieszą – zresztą naszym, czyli Agnieszki Radwańskiej, kosztem – wprowadzeniem już trzeciej zawodniczki do czołowej dziesiątki świata.

Dolarów przeciwko orzechom nie postawię, ale jestem dziwnie spokojny, że prędzej Czesi doczekają się 50. reprezentantki niż my 15. Oni samych nastolatek jeszcze przez kilka dni (14 sierpnia Petra Rohanova skończy 20 lat) będą mieli w rankingu więcej niż my wszystkich tenisistek!

Kiedy na rankingi WTA i ATP patrzy się z góry – na pierwszą dziesiątkę, najdalej na drugą setkę – można odnieść wrażenie, że różnią się jedynie detalami. Największa różnica jest schowana na samym dnie. Młody chłopak wygra jeden mecz w turnieju głównym najniższej rangi i już jest na liście. Młoda dziewczyna musi zdobyć punkty w trzech turniejach albo od razu aż 10, aby przebić się na lepszą stronę tego dna.

10 punktów – powie ktoś – to niewiele. Żeby za jednym zamachem trafić na listę, trzeba wygrać turniej ITF z pulą nagród 10 000 dolarów, dojść do półfinału „25” lub przejść rundę takiej „75” jak w Sobocie, o której pisałem dwa tygodnie temu. Nie udało się to ani Katarzynie Piter, ani Magdalenie Fręch. Pierwsza ma ponad dwustu-, a druga prawie stupunktowy dorobek, więc jak można oczekiwać, by takiej sztuki dokonała dziewczyna dopiero wchodząca na zawodowe korty?

Te początkujące – raz jeszcze skorzystam z kombinacji ctrl+C plus ctrl+V – nie potrzebują turniejów rozdających na prawo i lewo 75 tysięcy dolarów. Bez „dzikiej karty” nie dostaną się nawet do 25-tysięczników. One – jak rzeki w strefie wody niskiej deszczu – potrzebują jak najwięcej „dziesiątek”. „Dziesiątek”, czyli turniejów najniżej płatnych i najniżej punktowanych, ale uchylających furtkę do zawodowego tenisa. Czy poza kilkoma wyjątkami – organizatorami i sponsorami turniejów w Puszczykowie, Zielonej Górze, Szczawnie Zdroju i Zawadzie (w tym roku redukcja puli nagród z 25 do 10 tys. USD) – nikomu już na tym nie zależy?

Spojrzenie pesymisty

Patrzę sobie na drabinkę turnieju Powiat Poznański Open i zastanawiam się, gdzie podziała się wielkopolska gospodarność. Pula nagród wynosi 75 tysięcy dolarów (prawie 280 tysięcy złotych licząc po dzisiejszym kursie), a w singlu grają tylko dwie Polki. Jeśli nawet Katarzyna Piter i Magdalena Fręch spotkają się w półfinale, to jaką korzyść będzie miał z tego polski tenis? Obawiam się, że niewielką, jeśli sprawdzi się ten optymistyczny scenariusz; żadną, jeśli obie Polki szybko odpadną w rywalizacji z wyżej notowanymi rywalkami.

Patrzę sobie na drabinki turniejów ITF Women’s Circuit we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Czechach, wybiegam poza Europę do Indii, Chin, Brazylii… Nigdzie – czy w puli jest tylko 10 tysięcy, czy aż 75 – nie znalazłem tylko dwóch zawodniczek miejscowych. Bo jeśli tam ktoś decyduje się wydać pieniądze czy to prywatne, czy publiczne, najpierw zadaje sobie pytanie, kto na tym skorzysta. Kto skorzysta w Sobocie, wiadomo było praktycznie od początku. Rok temu pula nagród wynosiła „tylko” 50 tysięcy, a i tak żadna z trzech Polek obdarowanych „dzikimi kartami” nie przebrnęła przez pierwszą rundę. Po co więc podniesiono poprzeczkę wymagań?

Patrzę sobie na te „dzikie karty” i rozumiem jeszcze mniej. Pierwsza tenisistka reprezentuje Niemcy, druga Stany Zjednoczone, trzecia Czechy, a tylko jedna Polskę. Niech mnie ktoś przekona, że było warto aż tak mocno zachęcać do przyjazdu do Soboty Natalie Suk i Nicole Vaidiszovą! Kim jest Amerykanka, nie mam pojęcia. Może krewną Heleny Sukovej? Jeśli tak, to co z tego? A ile osób przyciąga na trybuny Vaidiszova? Tak, to półfinalistka Roland Garros i Australian Open, ale z 2006 i 2007 roku! Uważam, że w turniejach tej rangi „dzikie karty” powinny dostawać wyłącznie Polki lub tenisistki związane z Polską rodzinnie. W samym powiecie poznańskim kilka by się znalazło. Jestem również przekonany, że 75 tysięcy dolarów przyniosłoby więcej pożytku wtedy, gdyby organizatorzy rozłożyli te pieniądze na pięć kupek. Przez pięć tygodni, nie zaś przez siedem dni, sponsorzy mieliby wcale nie mniejszą ekspozycję w mediach, a polskie tenisistki większą szansę uszczknięcia czegoś z puli nagród i, co nawet ważniejsze, zdobycia punktów rankingowych.

Patrzę sobie także na ranking. Jeśli pominiemy Natalię Siedliską, która dla ITF (w WTA trudniej przeprowadzić zmianę obywatelstwa) jest już reprezentantką Niemiec, to między Justyną Jegiołką (nr 413, w Sobocie odpadła w drugiej rundzie eliminacji) a Anną Korzeniak (nr 840) zobaczymy głęboką przepaść. Od jej ścian jak echo odbija się dźwięk dzwonka alarmowego, na który jednak nikt nie reaguje. Oczywiście nie mamy aż tylu tenisistek, żeby – jak to się zdarza gdzie indziej – wypełniły prawie całą drabinkę „dziesięcio-„ czy „piętnastotysięcznika”. A może nie mamy ich aż tylu, bo wiele z nich nie ma gdzie zdobyć pierwszych punktów rankingowych? Na „dzikie karty”, jak widać, też nie zawsze mogą liczyć.

Mało turniejów – źle; duże – też niedobrze… Może ja nie jestem pesymistą. a po prostu malkontentem?

 

Doktor Jerzy i pan Janowicz

Szkoda, że Pucharu Davisa jest w kalendarzu tak mało – dwa, najwyżej trzy terminy w roku, a tylko finaliści muszą sobie zarezerwować aż cztery weekendy. Takiego Jerzego Janowicza jak dziś – a nawet jak w piątek – chciałbym bowiem oglądać na co dzień.

Dziś, podczas pojedynku z Serhijem Stachowskim, był doktorem Jekyllem. Nie pytał „how many times?”, nie wytykał sędziom błędów, nie ciskał rakietą, nie rzucał „mięsem”, nie denerwował się ani na siebie, ani na kibiców, szybko zapominał o nielicznych błędach, pamiętał o taktyce, nie rozpraszał uwagi na rzeczy nieistotne, był skupiony na grze i odpowiedzialny za drużynę, doskonale radził sobie z presją, okazywał jedynie pozytywne emocje. Pokonał nie tylko Stachowskiego, ale przede wszystkim swoje drugie, „hyde’owskie” ja.

W Londynie byłem, wimbledoński występ Janowicza widziałem. Na konferencję prasową – wiadomo którą – jednak nie poszedłem, bo po co? Co się wydarzyło, wiem, ponieważ koledzy dali mi do odsłuchania zapis swych pytań i odpowiedzi tenisisty.

Do Szczecina nie pojechałem, a gdybym nawet pojechał, to na pomeczowe konferencje Janowicza na pewno też bym się nie wybrał. Było przecież do przewidzenia, że na pytania będzie odpowiadał jak zwykle – monosylabicznie w treści i arogancko w formie. Jego prawo – on nie musi lubić nas, my nie musimy lubić jego.

Uważam jednak, że na takie reakcje internautów, jakie przeczytałem w piątek wieczorem, Janowicz nie zasłużył. To prawda, że zagrał słabo, ale on sam wie o tym najlepiej i chyba nie próbował nikomu udowadniać, że było inaczej. Na nagraniu widać mężczyznę walczącego o to, aby publicznie – oko w oko z obiektywami kamer – nie rozkleić się, wręcz nie rozpłakać. Bo Janowicz, wbrew pozorom, to człowiek bardzo wrażliwy i głęboko przeżywający niepowodzenia, a przy tym szalenie ambitny i nienawidzący okazywania jakichkolwiek słabości. Stąd właśnie ta buta, zuchwałość, pewność siebie, nieuznawanie jakichkolwiek autorytetów.

Janowicz chyba nie potrafi być inny i raczej już się nie zmieni. Trudno, niech więc będzie nawet panem Hyde’em, jeśli to ma mu pomóc na korcie. Gdy będzie wygrywał, kibice wybaczą mu wszystkie grzechy. My, dziennikarze, bez entuzjazmu pójdziemy na kolejne konferencje prasowe, aby zanotować, co on ma – lub nie ma – do powiedzenia, bo na tym polega nasza praca.

Raz jeszcze prosiłbym tylko – najbardziej uprzejmie, jak potrafię – aby nikt nie próbował mi wmawiać, że porażki Jerzego Janowicza sprawiają mi przyjemność. I mnie, i każdego innego dziennikarza, cieszą zwycięstwa wszystkich polskich sportowców – i tych, z którymi się przyjaźnię, i tych, których w ogóle nie znam osobiście, i nawet tych, którzy widzą we mnie wroga.

Sory, Magda!

To nie ja przepraszam, to prezes. Jacek Muzolf przeprosił Magdalenę Rejniak-Romer za to, że odpowiadał na jej pytania, nie czekając aż skończy. Przepraszana nie wyglądała na obrażoną z tego powodu, na szczęśliwą też chyba jednak nie.

Dzisiejsze zgromadzenie miało być walne i sprawozdawcze. Gdyby również wyborcze, to delegatów raczej by nie zabrakło. Każdy chciałby przecież dopilnować, aby wszystko poszło zgodnie z jego oczekiwaniami, a przynajmniej nie wbrew nim. A tak – jak po naradzie ze związkowym prawnikiem zauważył prezes PZT – skończyło się na „spotkaniu zarządu z delegatami”.

Nie będę się wypierał, że to moje blogowanie ma styl najczęściej ironiczny. Właśnie dlatego pozwolę sobie na tezę, że najważniejszą zmianą, na jaką w najbliższym czasie zanosi się w polskim tenisie, będzie zmiana nazw kategorii wiekowych. Już nie będzie skrzatów (podobno nie lubią tego określenia), młodzików, kadetów i juniorów – teraz będzie bardziej światowo: U-12, U-14, U-16 i U-18. Ups, przepraszam, zapomniałbym o młodzieżowcach. Oni będą nazywali się U-23. Do tej pory była to kategoria do lat 21. Ta zmiana wydaje się akurat całkiem sensowana.

Wszyscy, którzy mieli (albo tak się im wydawało, że mają) coś do powiedzenia, przez wszystkie przypadki odmieniali słowa „upowszechnianie”, „Tenis 10”, „amatorzy”, „produkt”. Nawet ci, którzy dziewięć miesięcy temu w ogóle nie chcieli o tym słyszeć. Teraz obie strony zjazdowego sporu mówiły już o tym samym, a mimo to Olaf Jarzemski, prezes Tenisa Polskiego (duża litera jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ chodzi o spółkę powołaną przez PZT) – wtrącił tę uwagę chyba ze trzy razy – dostrzegł podziały w środowisku.

W dwugodzinnej dyskusji najwięcej czasu poświęcono właśnie Tenisowi Polskiemu. W kuluarach szeptano, że budżet spółki, głównie na wynagrodzenie prezesa i dwóch pracowników, to 320 tysięcy złotych rocznie. Jacek Muzolf podał kwotę 250 tysięcy i zastrzegł, że może okazać się jeszcze mniejsza. Tej wersji się trzymajmy.

Co za ćwierć „bańki” rocznie ma robić spółka? Niemal dokładnie to samo, co podczas pracy w związku robiła, a na zeszłorocznym zjeździe – walnym, sprawozdawczym i wyborczym – jeszcze raz proponowała, kandydując na stanowisko szefowej związku, Magdalena Rejniak-Romer. Olaf Jarzemski przyznał, że chciałby korzystać z pomysłów i doświadczeń i jej, i tych, którzy ją we wrześniu popierali. Bo to były dobre doświadczenia i pomysły, lecz – cytuję – „czas był nieodpowiedni”.

A może ludzie? Sory, Magda…

List do M.

„Wystarczy pojechać na korty w krótkiej spodniczce, a od razu obcy Pan zaprasza do gry…. ‪#‎men” – poskarżyła się M. Nie będę nadużywał słowa „znajoma”, bo później nie da się go zastąpić. Od razu zastrzegam jednak, że to znajomość wyższej kategorii, ponieważ zaczęła się w czasach mocno przedfacebookowych. I usprawiedliwiam się, że nie zdradzam tajemnicy korespondencji, ponieważ tę skargę odebrałem właśnie na Facebooku.

Tak mi się ten wpis spodobał, że postanowiłem jakoś go „zagospodarować”, żeby się nie zmarnował i żeby przeczytało go więcej niż 453 znajomych M. (w tym 46 wspólnych). Przepraszam i ją, i czytelników bloga (czyli M. podwójnie), że wykorzystuję ten wpis, aby przejść do głównego tematu. Jeśli ktoś dojdzie w którymś momencie do wniosku, że pochwalam seksizm w tenisie, to będzie w błędzie. Ja tylko próbuję zrozumieć, skąd się to zjawisko bierze.

Gdybym napisał, że tenisa kobiecego w ogóle nie da się oglądać, to bym skłamał. Gdybym zrezygnował z zastrzeżenia, że „w ogóle”, to naraziłbym się tenisistkom byłym (z Billie-Jean King na czele; o niej zresztą jeszcze wspomnę), obecnym i przyszłym; zawodowym i niedzielnym; znajomym i obcym – słowem wszystkim. Gdybym zaś, na przykład w przypływie dobrego humoru, stwierdził, że tenis kobiecy niczym nie różni się od męskiego, musiałbym przyłączyć się do chóru tenisistów wyśmiewających się ze mnie. Miotam się więc w tym trójkącie i próbuję znaleźć coś na swą obronę.

W zeszłym tygodniu zmarła Doris Hart. Miała prawie 90 lat (do urodzin zabrakło jej zaledwie kilku dni), więc w tenisie widziała prawie wszystko. Wygrała 35 turniejów Wielkiego Szlema (6 singlowych, 14 deblowych i 15 mikstowych); w 1951 roku zdobyła trzy tytuły mistrzyni Wimbledonu w ciągu jednego dnia; jako pierwsza w historii została mistrzynią wszystkich czterech turniejów we wszystkich trzech konkurencjach; w latach 1951-53 triumfowała dziewięć razy z rzędu w grze podwójnej.

Doris Hart zmarła zapomniana nawet we własnym kraju. Nigdy nie została zaproszona przez US Tennis Association (w którym Billie-Jean King ma do powiedzenia więcej niż prezes, chociaż nie pełni żadnej funkcji w zarządzie) na jakąkolwiek rocznicę hucznie obchodzoną podczas US Open. Vic Seixas, z którym w 1954 roku Doris Hart zdobyła trzy tytuły, został uhonorowany, a ona nie… Czyżby dlatego, iż nie ukrywała, że mecze kobiet ogląda raczej niechętnie? „W ich grze naprawdę nie ma zbyt wiele strategii. To nie jest atrakcyjne widowisko” – powtarzała w wywiadach. Takie słowa na pewno nie podobały się BJK.

Argumentem Richarda Krajicka nie będę się posługiwał; nie zamierzam nawet go przytaczać – kto chce, niech sobie szuka. Przypomnę tylko, że kibice głosują nogami i portfelami. Zwróćcie uwagę na frekwencję na trybunach podczas wspólnych turniejów ATP i WTA. Szkoda miejsca, nawet w przepastnym Internecie, na powtarzanie oczywistości. Czy Billie-Jean King i Stacey Allaster, szefowa WTA, naprawdę nie wiedzą, dlaczego tylko na Wimbledonie organizatorzy mogą sobie pozwolić na rozgrywanie ćwierć- i półfinałów singla kobiet bez żadnego meczu singla mężczyzn tego samego dnia?

Nigdy nie twierdziłem, że kobiecego tenisa nie da się oglądać. Zawsze, gdy chciałem coś takiego napisać, przypominały mi się mecze, które widziałem z trybun i żałowałem, kiedy się kończyły. Serena Williams z Jeleną Diemientiewą w półfinale Wimbledonu 2009, Agnieszka Radwańska z Na Li w ćwierćfinale Wimbledonu 2013, Andżelika Kerber z Karoliną Woźniacką w tym roku w finale w Stuttgarcie… Tyle mogę wymienić z pamięci własnej, nie komputera.

Doris Hart narzekała, że współczesne tenisistki obijają piłkę spoza linii końcowej, a w pobliżu siatki czują się jak na polu minowym. Z taką mistrzynią należy się zgodzić bez zastrzeżeń. Czasem żałuję, że tenis to nie skoki narciarskie, w których nieco krótszy skok sędziowie mogą zrekompensować wysoką notą za styl. Gdyby mogli, to Agnieszka Radwańska nigdy nie wypadłaby z pierwszej dziesiątki.

A dopóki nie wróci, nie mamy wyboru – ciekawsze od stylu opisanego prez Doris Hart pozostaną spódniczki tenisistek. ‪#‎men…

Niech tylko piłka gra

W zeszłym tygodniu „poznałem” założyciela facebookowej strony skupiającej fanów sportu, którzy zrobią wszystko, aby nie oglądać tenisa z polskim komentarzem. Poznałem w cudzysłowie, ponieważ znamy się od dawna, natomiast dopiero teraz dowiedziałem się, że to właśnie on za tym stoi. Usiedliśmy, wypiliśmy (mało), przekąsiliśmy (niewiele więcej) i pogadaliśmy (dopóki ktoś obok nie zmienił tematu).

Przyznaję, że miałem niewiele argumentów na obronę polskich komentatorów. Niektórych w ogóle nie zamierzałem bronić i nic nie wskazuje na to, abym zamierzał zmienić opinię. Jeden z przykładów – ten najbardziej skrajny – opisałem na blogu http://polish-swoj-polish.blogspot.com/2015/06/ewidentne-wiatraki.html. Nazwisk, proszę wybaczyć, nie podam żadnych – ani na „tak”, ani na „nie”.

Po pierwsze – nie o sensację mi chodzi, nie o dokopanie tym, których nie lubię prywatnie (osoby opisanej w „Ewidentnych wiatrakach” nie lubię bardzo), lecz o język. Jeśli dzięki mojej pisaninie ktoś przestanie popełniać jakiś błąd, to naprawdę warto, bo komentatorów słuchają – często wbrew temu, co deklarują – tysiące, jeśli nie miliony telewidzów.

Po drugie – polski internet, a konkretnie poziom komentarzy na wielu forach dyskusyjnych, przypomina zbiornik szamba. Próbuję trzymać się od niego z daleka, więc jak to by wyglądało, gdybym wrzucił granat i dyskretnie, acz szybko się oddalił, nie zważając na reakcje czytelników?

Po trzecie – chwalić po nazwisku też strach. Nie chciałbym później tłumaczyć się, że przecież chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle, bo bohaterów pozytywnych sieć również nie docenia. Jak jeden pochwali, to pięciu od razu skrytykuje, żeby delikwentowi z wrażenia w głowie się nie poprzewracało.

Komentator jest tylko człowiekiem i zawsze może się pomylić. Dziennikarz piszący ma łatwiej, bo przynajmniej przed popełnieniem błędu ortograficznego ostrzegają go – jeśli włączone – programy edytujące tekst. Słowo rzucone w eter już z niego nie wyparuje – internet odnotuje, zachowa i w każdej chwili pozwoli wykorzystać je przeciwko mówiącemu.

Nie o błędach jednak chcę tu pisać. Jeśli rozbudziłem czyjś apetyt, a zostawiam niedosyt, to polecam „Polish swój Polish” od pierwszego odcinka – o tenisie też coś tam znajdziecie.

Z nowym-starym znajomym porównaliśmy sobie sposób opowiadania o tenisie w stacjach polskich i zagranicznych i wyszło nam na to, że nasi komentatorzy naprawdę bardzo lubią mówić. Tak bardzo, że często zagadują mecz. Rozumiem, że nie co dzień, nie co tydzień nawet, zdarza się taki pojedynek jak wczorajszy Stanislasa Wawrinki z Novakiem Dżokoviciem. Nie znaczy to jednak – tak mi się przynajmniej wydaje – że nawet podczas nudnego i słabego meczu trzeba paplać od pierwszego serwisu do ostatniego meczbola.

Albo plansze ze statystykami… Najpierw komentator z przejęciem opowiada o tym, co i tak widzimy. Może myśli, że przed telewizorem siedzą sami analfabeci? Odczytuje rankingi, statystyki, historię pojedynków graczy przygotowujących się do meczu, a na koniec stwierdza, że to wszystko i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Zamiast tych dupereli wolałbym dowiedzieć się o graczach czegoś, czego być może jeszcze nie wiem.

Większość komentatorów – nie mówię o współkomentatorach, czyli niedawnych zawodnikach w roli ekspertów – podczas meczu opowiada o nim tak, jakby to było radio. Panie, panowie, to telewizja, więc wszystko widzimy i w większości odróżniamy forhend od bekhendu, choć nie wszyscy potrafimy przebić piłkę przez siatkę. Nie trzeba nam po każdym punkcie tłumaczyć, że został zdobyty forhendem po krosie zagranym zza linii końcowej. Jeszcze gorsze wydaje mi się przedwczesne ferowanie wyniku akcji. Był aut czy nie było – niech rozstrzygają sędziowie, nie komentatorzy.

Nie wiem, jak inni telewidzowie, ale ja bym wolał oglądać całą wymianę w kompletnej ciszy – niech tylko piłka gra. Dopiero po zakończeniu akcji komentator i (lub) ekspert wytłumaczą mi, które uderzenie – bo przecież niekoniecznie ostatnie – było najważniejsze i na czym polegała jego trudność. Taki komentarz słyszałem na przykład w BBC i czeskim odpowiedniku TVP Sport.

Dla Wiktorii Azarenki i Marii Szarapowej proszę jednak – koleżanki i koledzy – o wyjątek. Mówcie ile i co chcecie, byle głośniej, niż one stękają. Ich odgłosów nie przykryje żadna plansza i nie zagłuszy żadna pomyłka komentatora.

Przykazanie jedenaste i dwunaste

Już na pierwszy rzut oka jest to turniej inny niż wszystkie. Owszem, gra się i o pieniądze, i o punkty rankingowe, ale organizatorzy skutecznie opierają się temu, co moglibyśmy nazwać przerostem formy nad treścią. Po co komu – na przykład – identyfikatory, skoro wszyscy znakomicie znają się od lat? Po raz pierwszy przyjechali tenisiści ze Sri Lanki i Chorwacji i – choć turniej jeszcze się nie zaczął – już wiedzą, że dobrze trafili.

To nie przypadek, że lista stałych bywalców Płock Orlen Polish Open (nazwa zmieniała się kilka razy po to, aby pokazać, kto za tym stoi) jest naprawdę długa. Wiadomo, że z powodu terminu kolidującego z Roland Garros, nie przyjeżdżają najlepsi na świecie, ale tych z drugiej dziesiątki rankingu ITF nigdy nie brakowało i tym razem również nie brakuje.

Świetnym przykładem są Rick Molier i Martin Legner, zwycięzcy pierwszych pięciu (a w sumie sześciu) turniejów w Płocku. Holender i Austriak zjeździli pół świata i chyba całą Europę, lecz mało gdzie spotykają się z taką życzliwością. Zdarza się, że w krajach znacznie bogatszych od Polski zawodnikom wydziela się nawet wodę mineralną. Nie tutaj – tutaj wszystko jest podporządkowane uczestnikom turnieju. Powiedzenia, że „klient nasz pan” i „czynne do ostatniego gościa” są jak przykazania numer 11 i 12.

Wspomniałem o pieniądzach, ale tego wątku nie będę rozwijał. Wystarczy powiedzieć, że pula nagród wynosi 15 tysięcy euro. Aż głupio ją porównywać z turniejami ATP i WTA. Płock Orlen Polish Open ma drugą kategorię Uniqlo Wheelchair Tennis ITF Tour, czyli ani najwyższą, ani najniższą. Nikt chyba jednak nie powie, że ci dzielni ludzie, tak skrzywdzeni przez los, grają w tenisa dla pieniędzy.

Na pewno grają dla sukcesów. Za rok odbędą się igrzyska paraolimpijskie, a o tym, kto będzie mógł pojechać do Rio de Janeiro, rozstrzygnie ranking ITF. Nie będzie łatwo zmieścić się wśród 48 najlepszych graczy świata. Gdyby lista miała być zamknięta dzisiaj, nominację zdobyłby tylko jeden Polak – Kamil Fabisiak, obecnie sklasyfikowany na 36. miejscu. W czołowej setce mamy jeszcze Tadeusza Kruszelnickiego (69.) i Albina Batyckiego (73.) oraz Lucynę Mietrkiewicz (63.) i Katarzynę Wojcieszak (89.).

Nigdy nie byliście na turnieju tenisa na wózkach? A szkoda, bo warto zobaczyć, jak pięknie można grać jedną ręką trzymając koło, a drugą rakietę. Uczestnicy Płock Orlen Polish Open czekają na was do soboty włącznie.

Artur Rolak

Artur St. Rolak

Ponad 30 lat w zawodzie, w tym 23 lata na Wimbledonie

Sport był zawsze, później było dziennikarstwo, ale tenis najpóźniej.
To Wimbledon mnie wybrał.
Od 2006 roku (numer 4) jestem sekretarzem redakcji papierowego "Tenisklubu" i gościem wirtualnego.

Od dzisiaj już co tydzień.

Jestem również autorem
POLISH-SWOJ-POLISH.blogspot.com
- blogu o polszczyźnie dziennikarzy
(także mojej, bo sam też popełniam błędy)