11950936_10206265279622470_1485434054_n

Odkurzyć Wielkiego Szlema

Australian Open ma inaugurację, Roland Garros francuską tradycję, Wimbledon najsłynniejsze truskawki świata, ale żaden z tych turniejów nie ma tego co US Open. Bez zwycięstwa na Flushing Meadows Klasycznego Wielkiego Szlema skompletować się nie da. W Melbourne można odpaść w przedbiegach, w Paryżu nie zrobić kolejnego kroku (zwłaszcza jeśli ma się na nazwisko Dżoković), a w Londynie stracić szansę. Ale tylko w Nowym Jorku jest się zarazem tak blisko i tak daleko od tenisowego raju.

Najtrudniejszy pierwszy krok? Utarte powiedzenie w wyścigu po Wielkiego Szlema (jakim tam wyścigu notabene) nie znajduje potwierdzenia. Wraz z drugim i trzecim krokiem nachylenie drogi wzrasta, staje coraz bardziej kręta, a za każdym zakrętem czyha rywalka, która chce udaremnić wysiłek i choć tak, jeśli samej nie stać na triumf, przejść do historii. Podobno nie ważne jak piszą, ważne, żeby pisali. Aczkolwiek poskromienie Amerykanki pędzącej po Wielkiego Szlema brzmi dumnie w tenisowym CV. Przed Sereną Williams nie jeden krok, a jeszcze sześć – druga runda, trzecia, czwarta (wierzę, że tu się zatrzyma), ćwierćfinał, półfinał i dopiero wtedy raj będzie na wyciągnięcie ręki.

O Williams i jej czasem dziwnych przypadłościach, nagłych zapaściach i triumfalnych powrotach do gry śmiało można byłoby napisać kilkutomową powieść, którą czytałoby się z zapartym tchem jak dobry thriller. Można też ją uwielbiać albo i nienawidzić, bo przecież wielcy zawsze wzbudzają skrajne emocje. Można jej kibicować albo trzymać kciuki za każdą rywalkę z nadzieją, że wreszcie liderce światowego rankingu powinie się noga. Ale wielkości nie sposób jej odmówić. Na pewno jest godna Klasycznego Wielkiego Szlema. Trudno być niegodnym, wszak czterech największych turniejów nie wygrywa się ot tak, przypadkiem.

Nie ma i nie będzie drugiej takiej tenisistki jak Serena Williams. Nie, nie dyskredytuję Steffi Graf, Margaret Smith Court, ani Maureen Catherine Connolly Każda z nich napisała własny, odrębny rozdział w historii kobiecego tenisa. Amerykanka także. Nie dokończyła tylko ostatniego zdania. Nie postawiła jeszcze kropki. W innym miejscu niż Nowy Jork tego nie zrobi. A kiedy indziej może jej to już nie być dane. Niech kończy dzieło i potwierdza swój prymat po raz setny, ale w ten sposób po raz pierwszy.

Dziennikarz też człowiek, też kibic (bo jak kochać sport, nie będąc kibicem?). I jako fan białego sportu życzę Amerykance z całego serca, by jeśli już ma pokonać Agnieszkę Radwańską, był to jedynie jej przystanek na drodze do Klasycznego Wielkiego Szlema. A zagorzałym przeciwnikom Sereny zostaje schowanie do kieszeni złowrogich uczuć i radość z tego, że być może przyszło nam żyć w historycznych czasach i oglądać historyczny US Open. Oby, bo wyczyn Steffi Graf już nieco się zakurzył..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>