Tomaszewski B. 84 tk

Koniec epoki

Wojciech Bukat z „Expressu Wieczornego” (gazety też umierają) pół żartem, pół serio prosił, aby każdy z nas na wszelki wypadek trzymał w szufladzie nekrolog i wspomnienie napisane własnoręcznie. W ten sposób zmarły nie stawiałby kolegów w niezręcznej sytuacji. Dziś od rana czytam, jak świat mediów i tenisa przyjął wiadomość o śmierci Bohdana Tomaszewskiego, i nie mam wątpliwości, że Pan Bohdan (wolno mi było tak się do Niego zwracać) sam o sobie tak ciepło by nie pisał. Uznałby, że nie wypada…

Pana Bohdana poznałem, kiedy On o moim istnieniu nie mógł mieć pojęcia. Byłem jednym z milionów wsłuchujących się w głos opowiadający o największych imprezach sportowych rozgrywanych hen, daleko, gdzieś po drugiej stronie globusa. I jednym z setek tysięcy zaczytujących się Jego książkami. Miałem nawet Jego autograf, lecz w przeprowadzkowym zamieszaniu ta książka zaginęła. Może były to „Milczące stadiony”, może „Romantyczne mecze”, a może „Proszę o klucz”.

Przeczytałem nie tylko te, ale tytuły tych chyba najlepiej oddają stosunek Pana Bohdana do sportu i dziennikarstwa sportowego. Przypominał nam, że sport to nie tylko wyniki, rekordy, tabele. Że w sporcie chodzi o coś więcej, a kto tego nie rozumie albo nie dostrzega, jest człowiekiem uboższym.

W jednym z wywiadów pięknie powiedział, że cisza też jest elementem komentarza, że z radości głos może nawet zamilknąć. Dziś, w czasach powodzi gadulstwa tych, którzy mają do powiedzenia znacznie mniej niż miał Pan Bohdan, tej ciszy będzie szczególnie brakowało. Już brakuje.

Dziennikarz, który nie przepracował w zawodzie co najmniej trzech cykli olimpijskich, ciągle jest dziennikarzem młodym niezależnie od tego, co mówi jego metryka. Miałem wtedy niewiele ponad 30 lat, siedziałem w biurze prasowym lekkoatletycznych mistrzostw świata (lekka atletyka również była Jego wielką miłością) i pisałem kolejną korespondencję. Jerzy Chromik, kierownik działu sportowego „Expressu Wieczornego”, przekazał mi (nie pamiętam, w jaki sposób; telefonów komórkowych jeszcze nie było), że Pan Bohdan czytał mój tekst i pochwalił pomysł konstrukcyjny. Tylko pomysł, ale jaka to była dla mnie nobilitacja!

Pan Bohdan potrafił chwalić, potrafił nie chwalić, ale chyba nie potrafił krytykować. Nawet jeśli tenisista – że ograniczę się do tej dyscypliny, dzięki której ten głos poznali także najmłodsi fani sportu – zepsuł łatwą piłkę, jeśli zagrał bezmyślnie lub zachowywał się na korcie jak na bazarze, Pan Bohdan zawsze szukał wytłumaczenia, dawał drugą szansę.

Pana Bohdana spotykałem – niestety coraz rzadziej – na turniejach tenisowych różnej rangi. Puchar Jego Imienia, choć wędrował po całej Warszawie, wrósł w jej sportowy krajobraz. Bardzo żałuję, że nigdy nie udało mi się dotrzeć na Jego spotkanie z uczestnikami. Wiem jednak, że potrafił te 14-, 15- i 16-letnie dzieciaki, wychowane już nawet nie na telewizji, ale na internecie, zainteresować opowieściami, jak to dawniej na kortach bywało.

10 lat temu był gościem turnieju ITF kobiet Olecko Cup. Witany jak gwiazda, wyglądał na speszonego. Dopiero z mikrofonem w dłoni, przemawiając do zawodniczek oraz publiczności, czuł się w swoim żywiole. Z wielkim zainteresowaniem słuchali go dziennikarze lokalnych mediów. Ja też, choć miałem możliwość spotykania się i rozmawiania z Nim znacznie częściej niż koledzy z Olecka, Suwałk czy Białegostoku.

Marek Kaczmarczyk, mój kolega ze studiów, napisał dziś na Facebooku, że dzięki Panu Bohdanowi w swoim małym domku w swoim małym miasteczku był i małym Szurkowskim, i małym Kozakiewiczem, i małym Fibakiem… Świetnie powiedziane, ponieważ Pan Bohdan potrafił pięknie opowiadać. Wystarczyło mieć odrobinę wyobraźni i po prostu na chwilę przymknąć oczy, aby przenieść się w świat sportu, o którym jako małe dzieci mogliśmy tylko marzyć. Opowiadał o tym naprawdę piękną polszczyzną, o jaką dziś w radiu i telewizji niezmiernie trudno.

Bohdan Tomaszewski chorował od dawna. Od kilku dni docierały głosy, że Jego stan jest poważny, wręcz krytyczny. Ciągle jednak miałem nadzieję, że jeszcze nie czas na pisanie tego tekstu… Jeśli komuś wydał się chaotyczny, to przepraszam. Nie co dzień odchodzi taki Mistrz. Dziś skończyła się pewna epoka.

Tomku, nie zważaj na jawnych krytyków i pseudoprzyjaciół. Komentuj tenis, dopóki zdrowie ci pozwoli. Niech chociaż twój głos przypomina nam twojego Tatę!

4 myśli nt. „Koniec epoki”

  1. Latem 1966 roku znalazłem się (znając przypadkiem język węgierski i polski)- podczas lekkoatletycznych ME na Népstadionie w Budapeszcie – wśród polskich dziennikarzy. Jakiejś deszczowej chwili usłyszałem tuż nad uchem głos znajomy z radia… redaktora Bogdana Tomaszewskiego! Prosił, bym udał się z nim do bufetu dla żurnalistów, bo dzień wcześniej nacięto go na rachunku…Więc jako węgierski paź polskiego bratanka towarzyszyłem mu w owej knajpce …ten zza kontuaru śmiechnął się – widząc znów p. Bogdana, który zamówił coś (m.in parówki oraz koniak) po polsku i na migi – ale stężała mu mina, gdy wyjaśniłem to madziarsku…a po jakiejś chwili zmagań z samym z sobą przeprosił za wcześniejszą pomyłkę w rachunku.
    PS.1 Dorzucę tylko. iż w latach 50-ych i 60-ych telewizja była w powijakach, więc słuchało się stacji radiowych – Wolną Europę dla polityki, Luxemburg dla rock and rolla, polskie by posłuchać komentarze „na żywo” z zawodów sportowych…
    PS.2 Za ową pomoc w bufecie na Népstadionie dostałem szklaneczkę wody mineralnej…ale i tak pozostali polscy dziennikarzy twierdzili, że opowiadam bajki…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>