Wimbledon 29

Głos wewnętrzny

Kodeks pracy jednoznacznie określa, po jakim czasie zatrudnionemu należy się odpoczynek dobowy, po jakim tygodniowy, a po jakim urlop. W WTA i ATP te przepisy nie obowiązują, ale nikt przecież nie powie, że tenisiści są zmuszani do pracy na „umowach śmieciowych”.

WTA i ATP mówią jednak najlepszym tenisistkom i tenisistom, kiedy muszą przyjść do roboty, a każdą nieusprawiedliwioną nieobecność traktują jak naruszenie obowiązków pracowniczych, wpisując w rankingu zero punktów za każdy turniej z kategorii obowiązkowych. Niby są tam związki zawodowe, ale przypominają one raczej CRZZ sprzed Sierpnia ’80 niż pierwszą „Solidarność”.

Załoga czasem głośno ponarzeka, to jeszcze jej wolno, że sezon długi i wyczerpujący, że turniej goni turniej, a roboty tyle, że nie ma kiedy załadować taczek. Protestem jednak nie postraszy, a o strajku nawet boi się pomyśleć. A gdyby nawet gracze oflagowali szatnie – kortów nikt by im nie pozwolił, żeby transparenty z nawet najsłuszniejszymi postulatami nie zasłaniały reklam – to naraziliby się na kontrargument pracodawców. Wszyscy przecież wiedzą, kibice także, iż tenisistki i tenisiści nie stronią od chałtur dużych i małych. Dużych za setki tysięcy dolarów, małych za kilkaset.

Ta wiosna pokazuje jednak, że u niektórych rozsądek wygrywa z chciwością. W Australian Open, Dubaju i Doha Petra Kvitova wygrała zaledwie cztery mecze. Czuła, że nie jest dobrze przygotowana, więc zrobiła sobie aż dwa miesiące przerwy i nie przejmowała się jakimś Indian Wells czy Miami. Dała organizmowi trochę odpocząć, potem spokojnie potrenować, a efekt potwierdził słuszność tej decyzji – pierwsze w karierze zwycięstwo nad Sereną Williams i tytuł w Madrycie.

Z Madrytu do Rzymu z całym cyrkiem nie zabrała się Agnieszka Radwańska. Oficjalnie zasłoniła się zwolnieniem lekarskim, ale jakiś powód musiała przecież podać. Mogła wyjść na kort, aby pokwitować 6000 euro z groszami, jednak Roland Garros coraz bliżej, a czołowa dziesiątka rankingu WTA coraz dalej, więc lepiej nie tracić czasu.

Novak Dżoković, po wygraniu trzech kolejnych turniejów rangi Masters 1000 (Indian Wells, Miami, Monte Carlo), nie szukał wymówek i powiedział wprost, że jeśli ma się liczyć na Roland Garros, to koniecznie musi sobie zrobić przerwę. Zamiast do Madrytu pojechał na krótkie wczasy z żoną i synkiem, czym nie zapomniał pochwalić się na Twitterze.

Andy Murray miał miesiąc wolnego, który można potraktować jak urlop okolicznościowy. Przecież nie co dzień człowiek się żeni. Na miesiąc miodowy pan młody nie miał jednak czasu. Kiedy w ciągu dwóch tygodni zdobył pierwszy i drugi w karierze tytuł na nawierzchni ziemnej, z wlaściwym sobie poczuciem humoru oświadczył, że po prostu małżeństwo mu służy. Służy mu tak dobrze, że nawet z Rafaelem Nadalem rozprawił się na mączce 6:3, 6:2.

Wspomniane przykłady (trzy, bo na efekt nieobecności Agnieszki Radwańskiej w Rzymie musimy jeszcze poczekać) pokazują, że nie warto być niewolnikiem kalendarza turniejowego, że warto wsłuchiwać się w to, co ma do powiedzenia własny organizm, że na kort lepiej wychodzić także dla przyjemności, a nie tylko z obowiązku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>