Australian Open

Finał bez tego „czegoś”

Przez osiem tygodni każdego roku myśli tenisowych zapaleńców skupione są na jednym – na kolejnych imprezach wielkoszlemowych. Jest to fenomen, który bardzo ciężko wytłumaczyć. Na logikę, cztery imprezy sportowe, rozgrywane każdego roku, trwające łącznie blisko dwa miesiące, nie powinny budzić za każdym razem aż takiej ekscytacji.

Osobom niezwiązanym bliżej z naszą dyscypliną, trudno wytłumaczyć fakt, że dla każdego tenisisty znacznie większym prestiżem jest jeden wielkoszlemowy tytuł niż na przykład olimpijskie złoto. Mniemam jednak, że czytają to osoby, którym tej „specyfiki” tłumaczyć nie trzeba.

 

Trywialnym stwierdzeniem będzie również to, że każda impreza wielkoszlemowa ma swoją specyfikę. Mowa jednak nie tylko o tak oczywistych rzeczach jak nawierzchnia, czy różne kontynenty na których te turnieje się  odbywają, ale o szeroko pojmowanej „otoczce”. Jak powszechnie wiadomo  Australian Open określany jest mianem „Happy Slam”. Wystarczy spojrzeć na obrazki ze słynnych już „Kids day”, czy nawet poszczególnych konferencji prasowych, by znaleźć tego potwierdzenie. W Melbourne tenisiści dobrze się bawią nie dlatego, że muszą, a dlatego, że chcą.

Specyfiką Australian Open jest nie tylko ta doskonała atmosfera, ale w mojej ocenie również najwyższy poziom sportowy spośród wszystkich turniejów wielkoszlemowych. Spowodowane jest to przede wszystkim świeżością tenisistów i „głodem” rywalizacji na najwyższym poziomie. Przyznać muszę również, że mam pewien osobisty sentyment do turnieju w Melbourne. Po półfinale Australian Open w 2000 roku, pomiędzy Andre Agassim a Petem Samprasem wiedziałem, że większej pasji od tenisa w moim życiu nie będzie. Tych niesamowitych spotkań na Antypodach była zresztą cała masa, jak chociażby w ostatnich lata dwa mecze Rafaela Nadala – wygrany półfinał z Fernando Verdasco w 2009 roku i przegrany wycieńczający finał z Novakiem Dżokoviciem trzy lata temu.

Tegoroczny turniej niestety takich wrażeń nie dostarczył. Jak zwykle pięciosetowych horrorów trochę było – na pewno w pamięci pozostanie konfrontacja Janowicza z Monfilsem, przedziwne zwycięstwo Nadala nad Smyczkiem, czy atmosfera jaka towarzyszyła rywalizacji Kyrgiosa z Seppim. Do wspominanych powyżej spotkań tym tegorocznym sporo jednak brakowało. Oczywiście przed nami jeszcze niedzielny finał. Pytanie tylko czy dwudziesty czwarty mecz pomiędzy Dżokoviciem a Murrayem może czymś zaskoczyć?

Trochę właśnie tej „świeżości” zabrakło mi w tegorocznej rywalizacji panów w Melbourne Park. Przed turniejem sądziłem, że Nishikori, czy Raonic są już gotowi by walczyć o najwyższe laury, a może pojawi się ktoś na miarę chociażby Baghdatisa czy Gonzaleza. Niestety.

Pozostaje więc przygotować się na niedzielną rywalizację na wyniszczenie, bardzo możliwe, że będzie to pięciosetowa walka gladiatorów, ze sporą dozą dramaturgii, z pewnością nie zabraknie „kosmicznych” wymian. Mam jednak nieodparte wrażenie, że zabraknie tego „czegoś”.

Jedna myśl nt. „Finał bez tego „czegoś””

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>