passport

Dajmy im wędkę

W zeszłym tygodniu znalazłem na Twitterze taką informację: „Natalia Siedliska will represent Germany now, her nationality switch becoming effective with this week’s tournament (March 16)”. WTA nie publikuje rankingu w połowie turnieju w Indian Wells, więc dopiero za tydzień zniknie z niego kolejna Polka.

Od razu wyjaśniam, że nie zamierzam krytykować Natalii Siedliskiej. Urodziła się wprawdzie w Polsce, ale wychowała i ukształtowała jako tenisistka już w Niemczech, dokąd wyemigrowała z mamą. Zainteresowałem się jej karierą, ponieważ przez prawie trzy lata Natalia była najmłodszą Polką co tydzień zauważaną przez ranking WTA. Wielkiej kariery – skoro już padło to słowo, to się go trzymajmy – Siedliska nie zrobiła: wygrała jeden turniej singlowy i siedem deblowych na poziomie ITF Women’s Circuit, nie podskoczyła powyżej 626. miejsca, a ma już 19 lat.

Zmiana obywatelstwa przez tę tenisistkę nie jest żadnym problemem dla polskiego tenisa; problemem jest natomiast malejąca liczba Polek klasyfikowanych przez WTA. Z Polakami w ATP tej liczby nie można porównywać, ponieważ oba rankingi prowadzone są na nieco innych zasadach. Największe różnice dotyczą nie szczytów, lecz najniższego poziomu. Jeśli z braku miejsca nie zajmiemy się wyjątkami, to wystarczy powiedzieć, że na listę ATP wchodzi się już z jednym oczkiem z jednego turnieju, natomiast w WTA trzeba zapunktować trzykrotnie.

A gdzie mają punktować Polki? Chodzą słuchy, że w tym roku będą nowe turnieje tu i tam. Będą albo i nie będą… Nie zajmujmy się więc gdybaniem, lecz porozmawiajmy o faktach. Poza zawodami WTA w Katowicach, do których tylko Agnieszka Radwańska nie potrzebowała „dzikiej karty”, w zeszłym roku rozegrano w Polsce cztery turnieje ITF, ale tylko jeden (powtórzę: jeden!) z 10 tysiącami dolarów w puli nagród.

To i tak ogromny postęp w stosunku do sezonu 2013, kiedy w kalendarzu utrzymały się jedynie imprezy w Toruniu i Zawadzie. Obie oferują po 25 tysięcy USD, po które ustawia się zwykle kolejka Czeszek, Słowaczek, Ukrainek i Niemek z polskimi korzeniami… Polek, które mogłyby tam powalczyć nie tyle o pieniądze, co o punkty, ze świecą szukać. Pierwsza piątka jest za mocna, aby grać na tak niskim poziomie, kilka następnych próbuje, ale jakoś bez sukcesów, natomiast pozostałe mają za słaby ranking, aby dostać się do tych turniejów głównymi drzwiami.

Trzeba by to przeanalizować, stosując bardziej naukowe metody niż moje przeczucie, ale wydaje mi się, że liczba zawodniczek sklasyfikowanych w rankingu WTA zależy od liczby turniejów ITF organizowanych w danym kraju. Nie trzeba mieć Nobla z ekonomii, aby zauważyć, że punkt rankingowy zdobyty u siebie jest znacznie tańszy od punktu przywiezionego z zagranicy, choć dla WTA ma taką samą wartość. A kogo by nie posłuchać, z kim by nie porozmawiać, wszyscy mówią o tym samym: że trudno się przebić w zawodowym tenisie bez wsparcia finansowego. Jeśli nie możemy dać ryby, podarujmy im wędkę – tuzin turniejów.

W 2005 roku, kiedy wyszedł pierwszy numer „Tenisklubu” (żal nie skorzystać z okazji, aby pochwalić się, że od jubileuszu dzielą nas już tylko miesiące), w krajowym kalendarzu Polki mogły znaleźć aż osiem imprez rangi ITF Circuit, a wcale nie był to najlepszy sezon pod tym względem. W efekcie pod koniec roku na liście WTA mieliśmy aż 21 reprezentantek.

A dziś? Dziś tylko 15. Albo aż 15, bo do niedzieli liczymy jeszcze z Natalią Siedliską.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>