219006_bigpicture

Czeski sen

Czeski film, „Czeski sen” (jeśli ktoś oglądał), czeski błąd – czyli specyficzna, na poły poważna, czasem irracjonalna rzeczywistość. W tenisie „czeski” znaczy wspaniały. Jak triumf reprezentacji Czech w Fed Cup odniesiony w magicznej scenerii.

Nasi południowi sąsiedzi zbudowali prawdziwe imperium kobiecego tenisa. Świadczy o tym światowy ranking, w którym 3 z czołowych 11 lokat zajmują Petra Kvitova, Lucie Szafarzova i Karolina Pliszkova. Świadczy o tym czwarty w ostatnich pięciu latach triumf w Fed Cup. I wreszcie świadczą obrazki z O2 Areny z minionego weekendu. Imperium nie tworzą tylko tenisistki. Potrzeba zaplecza, kortów, ale przede wszystkim zainteresowania i miłości do tenisa.

Nie ukrywałem na Twitterze, że wspieram Czeszki. Nie miało to absolutnie nic wspólnego z sympatią bądź antypatią do rosyjskich zawodniczek, którym notabene należą się brawa za klasowe zachowanie. Czesi urzekli mnie pasją, z jaką wspierali zespół. Zorganizowaniem, żywiołowością i czynnym uczestnictwem w imprezie. Nie byli zwykłymi świadkami, a sami tworzyli do spółki z tenisistkami całe wydarzenie.

Nie przechodzi łatwo przez gardło stwierdzenie, że w porównaniu z sąsiadami wypadamy niestety blado. W lutym w Krakowie – w analogicznej sytuacji, bo też za rywalki mieliśmy Rosjanki – pojedynek Agnieszki Radwańskiej z Marią Szarapową oglądało na żywo więcej osób niż finał Fed Cup w Pradze. Oglądało – jak w kinie, bo na pewno nie w teatrze, gdzie cichutka publiczność, skoro już nie reaguje żywiołowo na wydarzenia na scenie (bo po prostu nie wypada), to przecież nie opycha się popcornem czy hot dogami.

Atmosfera w praskiej hali wzbudzała podziw. Była przytykiem i świetnym kontrargumentem dla głoszących tezy, jakoby tenis potrzebował wodzirejów, wynajętych osób do prowadzenia dopingu. 10 tysięcy osób – bez względu na to, czy mowa o czeskich fanach czy rosyjskich – głośno komentowało każde zagranie. Raz jękiem zachwytu, raz rozczarowania. Co jednak najważniejsze, publiczność rzeczywiście wspierała zawodniczki. Poza pewnymi wyjątkami, robiła to kulturalnie, a przy tym bardzo energicznie – nie tylko bijąc brawo. Oklaski też były, ale tylko akompaniowały śpiewom, skandowaniu nazwisk tenisistek.

***

O triumfie gospodyń zadecydował piąty mecz. Nie ukrywam, że i w zapowiedzi na łamach Tenisklubu, i na Twitterze, w Rosjankach upatrywałem faworytek, gdyby doszło do spotkania deblowego.

Życie napisało jednak całkiem inny scenariusz, niż przewidywano. Zamiast awizowanej na początku pary Jelena Wiesnina – Jekaterina Makarowa, na kort wyszły Wiesnina oraz Anastazja Pawluczenkowa. To automatycznie zmieniło obraz i układ sił. Nie dość, że nie zagrał czwarty debel poprzedniego sezonu, to zastępująca Makarową tenisistka kilkadziesiąt minut przed decydującym meczem uległa Karolinie Pliszkovej. Jej morale musiało ucierpieć.

Ale trzeciej najlepszej czeskiej tenisistki, jedenastej singlistki w całym tourze, też miało w ogóle nie być w grze podwójnej. Zanim jednak doceni się geniusz taktyczny Petra Pali, trzeba wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności. Sam kapitan reprezentacji w wywiadzie z CT Sport motywował decyzję o wystawieniu Pliszkovej trudnym i wyczerpującym pojedynkiem, jaki Kvitova stoczyła z Szarapową. Szafarzova, jedna z czołowych deblistek świata, nie była więc brana pod uwagę. Czyli nie była do dyspozycji.

Nawet ta mała łyżka dziegciu nie jest w stanie zdyskredytować wyczynu Pali. Komentator czeskiej telewizji, kiedy kapitan zwycięskiej drużyny wchodził na podium, ozłocił go mianem „nieśmiertelnego”. Cztery triumfy na pięć ostatnich podejść mówią same za siebie. Czeskiemu imperium bez wątpienia nie grozi widmo upadku. Wypadnięcie jednej zawodniczki, nawet Kvitovej, nie osłabia bezlitośnie drużyny, nie zabiera połowy jej potencjału. Czasem, jak w weekend, staje się atutem.

***

Niedzielną odsłoną finału na najwyższy tenisowy poziom wreszcie weszła wspominana Pliszkova. Wcześniej padały pod jej adresem różne zarzuty – że najlepiej gra, kiedy po drugiej stronie siatki stoją średnie, co najwyżej dobre tenisistki. Że niby już należy do światowej czołówki, ale poza rankingiem nic na to nie wskazuje. Że zwycięża, ale wtedy, kiedy rywalki szykują się do ważniejszej imprezy i dają sobie taryfę ulgową. Jej triumf w US Open Series przeszedł bez echa. A jeśli ktoś o tym mówił, to raczej podważając sens cyklu, skoro wygrała go tenisistka, która nie zdobyła ani jednego tytułu.

Sam często powątpiewałem, czy 23-latkę stać na coś więcej. Ranking rankingiem, ale karierę zawodniczki, jeśli jej aspiracje sięgają topu, ocenia się przez pryzmat sukcesów. To trochę analogiczna sytuacja do tej, w której od lat znajdowała się Agnieszka Radwańska. Aż do turnieju w Singapurze, zawsze czegoś brakowało, tej kropki nad „i”. Oczywiście, nie sposób przykładać jednej miary do nowicjuszki Pliszkovej (z całym szacunkiem dla jej talentu i wyników) i należącej do ścisłej, ale to ścisłej światowej czołówki Polki.

Wielkie imprezy, występy obarczone szczególną presją budują gwiazdy. Lub obnażają prawdę. Finał Fed Cup zbudował 23-latkę z Loun. Udowodniła, że stać ją na zwycięstwa w meczach najważniejszych, nie tylko, kiedy na szali znajduje się tytuł w Pradze, Seulu, Linzu czy Kuala Lumpur. Zaprzeczyła temu, co można było sądzić po nieudanych turniejach wielkoszlemowych. Błyszczała na korcie, a po dobrze wykonanej robocie (i to jak!) mogła spokojnie błyszczeć na zespołowej kolacji. Talentu jej nie brakuje, wdzięku też.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>