Archiwa kategorii: Tenis bez piłki



Maria, co dalej?

Dwa lata. Dwa sezony. Maria Szarapowa nie wróci szybko, jak zapowiadała ironicznym doborem koszulek, w których pokazywała się na salonach. Uratować może ją tylko ostatnia instancja.

„Wrócę za pięć minut” – o koszulkę z tymi napisem chodzi przede wszystkim. Ale i o serię działań. O zdjęcia z Paryża, o wzmianki o męczącym tourze. Wszystko z podtekstem. Zbyt inteligentną kobietą jest Rosjanka, by uznać to za niewinne zbiegi okoliczności. Trybunał ITF do żartów już nie był skłonny i z 5 minut wyszły dwa lata. Dużo czy mało?

Serena Williams wygrywała turnieje wielkoszlemowe w wieku prawie 34 lat. Marina Hingis wróciła na kort, a jej gwiazda na nowo rozbłysła w deblu. 35 wiosen dla niej przeszkody nie stanowi. Szarapowa wróci najpóźniej jako niespełna 31-latka, a w Roland Garros wystąpiłaby już po urodzinach. Czemu miałaby nie wygrywać, skoro inne potrafiły? Jest jedno ale. Nawet nie jedno.

Tym, co zrobi Sportowy Sąd Arbitrażowy na razie nie ma się co sugerować. To wróżenie z fusów, zwykłe gdybanie. Werdykt zapadł: 2 lata dyskwalifikacji. Odnosić więc – przynajmniej do momentu decyzji CAS – trzeba się do tego, a nie innego wyroku. Powrót Hingis nie spalił na panewce, bo gra w deblu. Jak byłoby w singlu, nie sposób przewidzieć, ale dwa mecze zagrała i dwa przegrała – z Agnieszką i Urszulą Radwańską w Pucharze Federacji. Williams z kortów znikała, kiedy się leczyła. Zdrowa wracała do rywalizacji.

Dwa lata biegania po korcie, wyciskania ciężarów w siłowni wysiłek na korcie może stymulować, rywalizacji nie zastąpi. Dwa lata to szmat czasu. Sabine Lisicki pod koniec ubiegłego sezonu dosięgły problemy zdrowotne. W rankingu leci na łeb, na szyję, a pauzowała znacznie krócej niż 24 miesiące. A Szarapowa za okaz zdrowia też nie uchodziła. Wyrok trybunału ITF daje jej możliwość wyprostowania wszelkich zdrowotnych spraw, pozbawia jednak tego, co dla sportowca najważniejsze – gry. Skrócenie kary byłoby zbawienne. Rok bez rywalizacji, takiej o stawkę, a dwa lata to różnica kolosalna.

Jaka Szarapowa może wrócić na kort w 2018 roku? I jaka bez Meldonium? Trybunał ITF uznał, że nie zażywała leku intencjonalnie, w celu poprawy osiągów. Tylko kto rozstrzygnie, jaki wpływ rzeczywiście miał Mildronat. Rosjanka zażywała lek przez 10 lat. To nie ogólnodostępna witamina C, więc poważniejszy ślad w organizmie musi zostawiać. Po prostu musi, zresztą tak jak każda substancja przyjmowana przez zwykłego Kowalskiego, któremu nie w głowie występy na Roland Garros. Trybunał przyznał wszak, że tenisistka przyjechała Meldonium nieintencjonalnie. A to nie to samo co: bez wpływu na wyniki.

Nie ma wzoru ani lekarza, który cofnąłby się w przeszłość i zbadał, czy bez Mildronatu Masza też zdobyłaby pięć wielkoszlemowych tytułów. Napisałem na Twitterze, że jedyna Szarapowa oczyszczona z podejrzeń, to Szarapowa, która wróci zwycięsko. I z dumą powie: patrzcie, nie biorę Meldonium, a też wygrywam. O ile początkowe pasmo porażek, gdyby takie się przytrafiło, łatwo byłoby wytłumaczyć długim rozbratem z tenisem, to wyraźnie słabsze lata po dyskwalifikacji zapewne wzbudziłyby podejrzenia, że sukcesy były budowane w oparciu o wspomaganie.

29-latka na pewno bierze pod uwagę różne scenariusze. Także takie mniej optymistyczne. Kto jak kto, ale ona o wizerunek dba, wyłączając wpadkę dopingową, która w jej image uderzyła potężnie. Przekalkuluje, co najbardziej jej się opłaca. Kocha tenis, ale kocha też biznes. A może siądzie któregoś wieczoru z filiżanką pysznej kawy bądź dobrą brytyjską herbatą i zastanowi się: po co mi to wszystko? Zakończyłaby karierę w aurze wpadki dopingowej, ale jako znakomita tenisistka.

Może wrócić i udowodnić, że jest wielka. Podjąć ryzyko, które nie musi się opłacić. Słabsza gra po pewnym czasie, odpowiednim na ponowną aklimatyzację w rytmie meczowym, nie zostałaby zrzucona na karb wieku, ale tezy, że Szarapowa biorąca Meldonium to inna tenisistka niż Szarapowa czysta jak łza.



Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?

Nie mam pretensji do Agnieszki Radwańskiej i Magdy Linette, że z Tajwanem nie zagrają. Tym bardziej do Bogu ducha winnych Magdaleny Fręch i Katarzyny Kawy, które je zastapią. Mam za to spore do Polskiego Związku Tenisowego, bo dobrze znając sytuację, do końca szedł w zaparte.

Działalność PZT od dłuższego czasu przypomina odgrywany w rzeczywistości – oczywiście trochę alternatywnej – film reżyserii Stanisława Barei. To rzeczywistość naszpikowana paradoksami, działaczy bezczelnym śmianiem się w twarz i – co rzecz jasna najważniejsze – dbaniem o własny interes. Kibice? Potrzebni, kiedy zaczyna się sprzedaż biletów. Produkt trzeba dobrze opakować, cenę rzucić tak wysoką, by towar udawał luksusowy, i odpowiednio rozreklamować.

Nawet jak reklama traci na aktualności, a prawie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ta reklama i tak leci w najlepsze. Bo może ktoś się nabierze. Radwańska i Linette są dorosłe, podjęły decyzje takie, jakie uważały za słuszne, a nie nam to oceniać. Lekarzami nie jesteśmy, a jeśli jakiś lekarz już się tu trafił, wyników badań żadna z nich nie upubliczniała. Jak każdy z nas. A kto widział w Katowicach Linette, wiedział, że w Spodku za okaz zdrowia nie robiła. Dla przyjemności nikt z ręką obłożoną lodem nie chodzi. Radwańska z barkiem oklejonym plastrami też wychodzi na kort od dłuższego czasu, a za nią rzeczywiście intensywny czas występów w Stanach.

Jeśli kogoś brak obu zdziwił, to chyba tylko dlatego, że bezgranicznie ufa PZT który sam strzelił sobie w kolano. I akurat pod adresem PZT można kierować pretensje. Najpierw rozśmianymi emotikonami opatrywał zdjęcie Radwańskiej trenującej z Michałem Przysiężnym, nie myśląc o kibicach, którzy w Spodku obeszli się smakiem występu idolki. Komuś nie przyszło do głowy, że jeśli krakowianki zabrakłoby jeszcze w Inowrocławiu – co już wtedy wydawało się bardzo prawdopodobne – to wizerunkowy samobój.

Kolejnym samobójem było promowanie spotkania z Tajwanem przy pomocy wizerunku wyłącznie najlepszej polskiej tenisistki. Tak jakby Magda Linette czy Paula Kania i Klaudia Jans-Ignacik znalazły się w składzie, jak to mówił stosunkowo nie tak dawno Jerzy Janowicz, „na doczepkę”. A już w trakcie trwania Katowice Open kto lepiej zorientowany, wiedział, że to one będą podporami reprezentacji w Inowrocławiu. I nagle, na trzy dni przed meczem, na wszystkich filmach, zdjęciach publikowanych na oficjalnym związkowym profilu pojawiają się już tylko Kania i Jans-Ignacik.

Znów zabrakło cywilizowanego sposobu podania informacji. Takiego jak choćby w Szwajcarii, gdzie Szwajcarski Związek Tenisowy o kontuzji Belindy Bencic powiadomił na oficjalnej stronie internetowej, nie mówiąc nawet o mediach społecznościowych. A na portalu PZT jeszcze dwie godziny (w momencie pisania) po ogłoszeniu, że ani Radwańska, ani Linette nie zagrają, wchodzących wita film z Agnieszką zapraszającą do Inowrocławia. O choćby krótkiej wzmiance na stronie, Facebooku czy Twitterze można zapomnieć. Ba, PZT nawet nie zauważył konferencji Polek.

Chowanie głowy w piasek zwolenników nie przysporzy. Tak, związek wyciągnął wnioski i zabrnął w kompletną dezinformację. Przed Pucharem Davisa zorganizowano konferencję, genialną zasłonę dymną. Jerzy Janowicz opowiadał o powołaniu, choć jak pokazała przyszłość, jego gra była wykluczona od samego początku. Tym razem obeszło się bez konferencji. Miała być, ale okazało się, że kapitan w tym czasie wystąpi w turnieju w Katowicach. Tak jakby impreza w Spodku znalazła się w kalendarzu ni stąd, ni zowąd.

Polityka dezinformacji trwała w najlepsze. O składzie wszyscy szeptali, wręcz go podawali. Na Facebookowym profilu OSIR Inowrocław już rano bez skrępowania ktoś umieścił zdjęcie Kani i …Fręch. Przecież miało jej nie być, oczywiście według oficjalnej wersji. PZT nie zadbał, by jednak poinformować kibiców o zmianach w składzie. Nie, po prostu na konferencję wyszły inne zawodniczki niż miały, inne niż były powołane, a i tak nikogo to nie zdziwiło. Pół biedy, byle na kort wyszły te, które zostaną wpisane do oficjalnego protokołu. Bo chyba nikt nie zapomniał zgłosić zmian w składzie? To już poruszanie się w oparach absurdu, ale takiego scenariusza nie powstydziłby się nawet Stanisław Bareja.



Wybaczyć nie znaczy zapomnieć

Maria Szarapowa powiedziała „zawiodłam” i wzięła pełną odpowiedzialność za to, co się stało. Taki już los tenisisty, że sam dobiera sobie ludzi, którymi się otacza, i ponosi konsekwencje ich działań. Nawet te najbardziej bolesne.

Winnego w sprawie Szarapowej wcale nie trzeba szukać daleko. Winna sama sobie jest Szarapowa. Bez względu na to, czy wiedziała czy też nie; czy świadomie przyjmowała lek, czy przeoczyła listę, czy może bezgranicznie zaufała komuś, komu przytrafiło się to fatalne w skutkach niedopatrzenie. Taki już los tenisisty, że sam dobiera sobie ludzi, którymi się otacza, i ponosi konsekwencje ich działań. Rosjance można nawet współczuć. Opowieści o nieprzeczytanym liście odkładam na bok – to usprawiedliwienie rodem z podstawówki, kiedy pies zjadał zadania domowe. Dlaczego winię Szarapową, a jednocześnie potrafię jej współczuć? Płaci ogromną cenę – nie za darmo, za błędy. To ona firmuje swoim nazwiskiem nienaganną dotychczas machinę, której sama nie tworzy.

Pozytywny wynik kontroli antydopingowej i całej zamieszanie musi rzutować na jej całą karierę. Po prostu musi. Nawet jeśli nie ma dowodów, że Meldonium poprawiał jej osiągi w poprzednich latach, że przyczynił się do wielkich sukcesów, to tak wielkiej plamy nie da się zmazać. To substancja, która poprawia regenerację, ale i na wydolność wpływa korzystnie. Szarapowa przyjmowała ją od 2006 roku. Zakazana jest od 1 stycznia 2016 roku, ale jej działanie się nie zmieniło. Skoro pomaga teraz, pomagała i wcześniej. Dlatego jak najbardziej zrozumiałe sugestie, że grała nie fair, pojawiają się i będą się pojawiać. Rywalki, które wspomagania nawet legalnego się wystrzegały, mają prawo czuć się oszukane.

Pokorne przyznanie się do błędu i skrucha, mocne postanowienie poprawy i ta poprawa nie wymarzą z biografii 28-letniej businesswoman tenisowego światka takiego incydentu. Jej nazwisko już zawsze będzie się pojawiać przy okazji największych skandali dopingowych, a władze tenisowe użyją tego przypadku jako doskonałego alibi. Kiedy ktoś zarzuci zamiatanie afer pod dywan, powiedzą: Marię Szarapową zdyskwalifikowaliśmy. O mocniejszy i bardziej przekonujący przykład działań programu antydopingowego naprawdę trudno.

12834585_10207407569619006_1140644978_n

Pięciokrotna triumfatorka turniejów wielkoszlemowych otrzymała cios nokautujący, okropnie bolesny. A najbardziej ucierpiał jej wizerunek, czyli to, co tak pielęgnowała. Kariera karierą, dyskwalifikacja sama w sobie „Maszy” aż tak nie zaszkodzi. Formę można odbudować, nikt trenować jej przecież nie zakaże, Wielkie Szlemy są co roku, medal olimpijski już ma. Ale rysy na kryształowym wizerunku wyszlifować już się nie da. Pozostanie mniej lub bardziej przypudrowana.

Natychmiast od Szarapowej odwrócili się sponsorzy. TAG Heuer i Nike podjęły radykalne kroki, Porsche „tylko” wstrzymał zaplanowane działania, których częścią miała być Rosjanka. Oni – w przeciwieństwie do kibiców, którzy potrafili wybaczyć i usprawiedliwić – patrzą tylko na swój interes. Wybaczają nie z dobroci serca, a wyliczeń marketingowców i dyrektorów finansowych. Można to uznać za niemoralne, bo jedna z twarzy Nike to Justin Gatlin, którego przeszłość jest naszprycowana wpadkami. Pierwszą zaliczył jeszcze w 2001 roku, druga w 2006. Wystarczyło, by zaczął wygrywać, i Nike w 2015 roku zaproponowała mu kontrakt. Ale wtedy, kiedy był najszybszy, a występy na bieżni przyćmiły skandale.

Nie trudno sobie więc wyobrazić koncern Nike witający Rosjankę z otwartymi rękoma i oferujący jej kolejny lukratywny kontrakt – oczywiście, po świetnym powrocie i kilku zwycięstwach.

Jeden punkt Szarapowa już zdobyła. O aferze poinformowała sama, przeprosiła i przyznała się do błędu. Ile było w tym sprawnych działań PR-owych nie roztrząsam. Lance Armostrong speców od wizerunku z najwyższej półki też miał do dyspozycji bez liku, ale „przepraszam” i „przyznaję się” przez gardło już mu nie przeszły. Rysa na wizerunku legendy to nie legenda rozmieniona na drobne.



Czeski sen

Czeski film, „Czeski sen” (jeśli ktoś oglądał), czeski błąd – czyli specyficzna, na poły poważna, czasem irracjonalna rzeczywistość. W tenisie „czeski” znaczy wspaniały. Jak triumf reprezentacji Czech w Fed Cup odniesiony w magicznej scenerii.

Nasi południowi sąsiedzi zbudowali prawdziwe imperium kobiecego tenisa. Świadczy o tym światowy ranking, w którym 3 z czołowych 11 lokat zajmują Petra Kvitova, Lucie Szafarzova i Karolina Pliszkova. Świadczy o tym czwarty w ostatnich pięciu latach triumf w Fed Cup. I wreszcie świadczą obrazki z O2 Areny z minionego weekendu. Imperium nie tworzą tylko tenisistki. Potrzeba zaplecza, kortów, ale przede wszystkim zainteresowania i miłości do tenisa.

Nie ukrywałem na Twitterze, że wspieram Czeszki. Nie miało to absolutnie nic wspólnego z sympatią bądź antypatią do rosyjskich zawodniczek, którym notabene należą się brawa za klasowe zachowanie. Czesi urzekli mnie pasją, z jaką wspierali zespół. Zorganizowaniem, żywiołowością i czynnym uczestnictwem w imprezie. Nie byli zwykłymi świadkami, a sami tworzyli do spółki z tenisistkami całe wydarzenie.

Nie przechodzi łatwo przez gardło stwierdzenie, że w porównaniu z sąsiadami wypadamy niestety blado. W lutym w Krakowie – w analogicznej sytuacji, bo też za rywalki mieliśmy Rosjanki – pojedynek Agnieszki Radwańskiej z Marią Szarapową oglądało na żywo więcej osób niż finał Fed Cup w Pradze. Oglądało – jak w kinie, bo na pewno nie w teatrze, gdzie cichutka publiczność, skoro już nie reaguje żywiołowo na wydarzenia na scenie (bo po prostu nie wypada), to przecież nie opycha się popcornem czy hot dogami.

Atmosfera w praskiej hali wzbudzała podziw. Była przytykiem i świetnym kontrargumentem dla głoszących tezy, jakoby tenis potrzebował wodzirejów, wynajętych osób do prowadzenia dopingu. 10 tysięcy osób – bez względu na to, czy mowa o czeskich fanach czy rosyjskich – głośno komentowało każde zagranie. Raz jękiem zachwytu, raz rozczarowania. Co jednak najważniejsze, publiczność rzeczywiście wspierała zawodniczki. Poza pewnymi wyjątkami, robiła to kulturalnie, a przy tym bardzo energicznie – nie tylko bijąc brawo. Oklaski też były, ale tylko akompaniowały śpiewom, skandowaniu nazwisk tenisistek.

***

O triumfie gospodyń zadecydował piąty mecz. Nie ukrywam, że i w zapowiedzi na łamach Tenisklubu, i na Twitterze, w Rosjankach upatrywałem faworytek, gdyby doszło do spotkania deblowego.

Życie napisało jednak całkiem inny scenariusz, niż przewidywano. Zamiast awizowanej na początku pary Jelena Wiesnina – Jekaterina Makarowa, na kort wyszły Wiesnina oraz Anastazja Pawluczenkowa. To automatycznie zmieniło obraz i układ sił. Nie dość, że nie zagrał czwarty debel poprzedniego sezonu, to zastępująca Makarową tenisistka kilkadziesiąt minut przed decydującym meczem uległa Karolinie Pliszkovej. Jej morale musiało ucierpieć.

Ale trzeciej najlepszej czeskiej tenisistki, jedenastej singlistki w całym tourze, też miało w ogóle nie być w grze podwójnej. Zanim jednak doceni się geniusz taktyczny Petra Pali, trzeba wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności. Sam kapitan reprezentacji w wywiadzie z CT Sport motywował decyzję o wystawieniu Pliszkovej trudnym i wyczerpującym pojedynkiem, jaki Kvitova stoczyła z Szarapową. Szafarzova, jedna z czołowych deblistek świata, nie była więc brana pod uwagę. Czyli nie była do dyspozycji.

Nawet ta mała łyżka dziegciu nie jest w stanie zdyskredytować wyczynu Pali. Komentator czeskiej telewizji, kiedy kapitan zwycięskiej drużyny wchodził na podium, ozłocił go mianem „nieśmiertelnego”. Cztery triumfy na pięć ostatnich podejść mówią same za siebie. Czeskiemu imperium bez wątpienia nie grozi widmo upadku. Wypadnięcie jednej zawodniczki, nawet Kvitovej, nie osłabia bezlitośnie drużyny, nie zabiera połowy jej potencjału. Czasem, jak w weekend, staje się atutem.

***

Niedzielną odsłoną finału na najwyższy tenisowy poziom wreszcie weszła wspominana Pliszkova. Wcześniej padały pod jej adresem różne zarzuty – że najlepiej gra, kiedy po drugiej stronie siatki stoją średnie, co najwyżej dobre tenisistki. Że niby już należy do światowej czołówki, ale poza rankingiem nic na to nie wskazuje. Że zwycięża, ale wtedy, kiedy rywalki szykują się do ważniejszej imprezy i dają sobie taryfę ulgową. Jej triumf w US Open Series przeszedł bez echa. A jeśli ktoś o tym mówił, to raczej podważając sens cyklu, skoro wygrała go tenisistka, która nie zdobyła ani jednego tytułu.

Sam często powątpiewałem, czy 23-latkę stać na coś więcej. Ranking rankingiem, ale karierę zawodniczki, jeśli jej aspiracje sięgają topu, ocenia się przez pryzmat sukcesów. To trochę analogiczna sytuacja do tej, w której od lat znajdowała się Agnieszka Radwańska. Aż do turnieju w Singapurze, zawsze czegoś brakowało, tej kropki nad „i”. Oczywiście, nie sposób przykładać jednej miary do nowicjuszki Pliszkovej (z całym szacunkiem dla jej talentu i wyników) i należącej do ścisłej, ale to ścisłej światowej czołówki Polki.

Wielkie imprezy, występy obarczone szczególną presją budują gwiazdy. Lub obnażają prawdę. Finał Fed Cup zbudował 23-latkę z Loun. Udowodniła, że stać ją na zwycięstwa w meczach najważniejszych, nie tylko, kiedy na szali znajduje się tytuł w Pradze, Seulu, Linzu czy Kuala Lumpur. Zaprzeczyła temu, co można było sądzić po nieudanych turniejach wielkoszlemowych. Błyszczała na korcie, a po dobrze wykonanej robocie (i to jak!) mogła spokojnie błyszczeć na zespołowej kolacji. Talentu jej nie brakuje, wdzięku też.



Sztuka porażki

Nie zamierzam analizować porażek Agnieszki Radwańskiej z Marią Szarapową i Flavią Pennettą. Kto oglądał te spotkania, wie, co się stało. Kto zna tylko wynik, w połączeniu z relacjami wie wszystko, co wiedzieć powinien.

Awans Polki do półfinału pozostaje kwestią otwartą. Kiedyś reporter telewizyjny zapytał Simona Ammanna, czy może jeszcze odebrać Puchar Świata Adamowi Małyszowi. Odpowiedział: „matematyka podpowiada mi, że tak”. Dopóki więc matematyka pozwala nam wierzyć w wyjście krakowianki z grupy, nie ma potrzeby ocenianiać występu. I ja też nie będę tego robił przedwcześnie.

***

Radwańska zachowała się dziś jak prawdziwa mistrzyni wbrew odbierającym jej ten szlachetny tytuł. Wyszła i nie owijała na konferencji prasowej w bawełnę. Całą winę za porażki wzięła na siebie. Powiedziała wręcz, oczywiście inaczej dobierając słowa, że zawaliła. Nie było tłumaczenia, że kort za wolny, że oświetlenie źle na nią działo, że to czy tamto. Owszem, mówiła o zmęczeniu, ale w kontekście braku koncentracji, który też sobie wytknęła.

Sportowcem łatwo być, gdy wszystko idzie jak z płatka, a komplementy i gratulacje sypią się z każdej strony. Znacznie trudniej, kiedy mimo wcześniejszych aspiracji i rozbudzonych apetytów porażka podąża za porażką, a w kraju spada fala krytyki. Wtedy poznaje się wielkiego sportowca.

Pod adresem Rafaela Nadala w Madrycie, a potem Paryżu kierowana naprawdę trudne pytania. Momentami nieprzyjemne – nie dlatego, że złośliwe czy obrażające, ale dotyczące jego porażek. Potrafił odpowiedzieć z wielką klasą, spokojnie tłumacząc przyczyny i szukając ich raczej we własnych słabościach, aniżeli otaczającej go rzeczywistości. Radwańska sukcesów Hiszpanowi może pozazdrościć – klasy na pewno nie.

***

Na Wimbledonie, na kortach Rolanda Garrosa czy Flushing Meadows zagwarantowany występ ma około 100 czołowych tenisistek. Ale do WTA Finals zakwalifikowało się tylko osiem najlepszych w tym sezonie. Kiedy piłkarze wywalczyli awans do finałów mistrzostw Europy obok 22 innych drużyn (Francja jako gospodarz występ ma zapewniony), trafili na pierwsze strony gazet. Radwańska prędzej trafi na czołówki, przegrywając.

Kwalifikacja do WTA Finals ucieszyła, ale przeszła bez takiego echa jak porażka z Marią Szarapową. A usta krytykom Polki spróbowała zamknąć sama Rosjanka, w fantastycznym stylu rozbijając dwa dni później Simonę Halep i pokazując, że nie przyjechała do Singapuru na poły zdrowa. Potwierdzała to także Flavia Pennetta. Losy jej kariery spoczęły w rękach właśnie Szarapowej, która może już w piątek odesłać Włoszkę na emeryturę.

Niedzielni krytycy po imponującej wygranej Rosjanki z Rumunką, wiceliderką światowego rankingu, w dużej mierze zamilkli. Nie podkreślali, że może to nie Polka była tak słaba, ale rywalka tak mocna? Nawet jeśli do szczytu formy sporo jej brakuje, co oddał pojedynek z Pennettą, porażka z Szarapową ujmy nie przynosi. Bo tak grająca „Masza” to w tym momencie główna faworytka do zwycięstwa w całej imprezie.

***

Nic nie trwa wiecznie, także kariera Radwańskiej. Za kilka lat, kiedy za sukces będzie brany awans którejś z polskich tenisistek do czołowej „50”, na co się niestety zapowiada, smutna rzeczywistość rzuci inne światło na wyniki krakowianki. I pozwoli części krytyków dojść do wniosku, że może ten finał i dwa półfinały Wimbledonu, półfinał Australian Open, 16 tytułów, pięć występów z rzędu w WTA Finals i kilka lat regularnie w Top 10 nie były jednak takie złe…



Szczęśliwe czas liczą

Agnieszce Radwańskiej i Belindzie Bencic finał w Tokio odbijał się czkawką w Wuhan. Ale Polka i Szwajcarka nie były w tym sezonie osamotnione. Żadna zawodniczka walcząca w weekend o tytuł nie przełożyła tego na dobre występy po niedzieli.

Życie tenisistki, jak i tenisisty, do łatwych nie należy. Podróże, przesiadki, wieczne pakowanie – a sum na koncie pozazdrościć można tylko kilku, no, kilkudziesięciu. Regulamin i grafik pozostają nieubłagane. Nikt terminarza całej imprezy nie zmieni dla jednej zawodniczki, jeśli mowa o turnieju z 64 uczestniczkami, nawet jeśli nazywa się Agnieszka Radwańska i kilkanaście godzin wcześniej zachwycał się nią cały tenisowy świat.

Agnieszkę właśnie i Bencic połączył ostatnio nie tylko finał w Tokio, a wcześniej jeszcze w Eastbourne, ale i fatalny występ w Wuhan. Polka gorzej nie mogła wylosować, bo w pierwszej rundzie trafiła na Venus Williams. I odpadła, grając bezbarwnie, walcząc nie z rywalką, a z samą sobą; pewnie ze zmęczeniem i fizycznym, i psychicznym, bo przecież to nie tour robotów ani niezawodnych maszyn (jeśli w ogóle ktoś kiedyś takową stworzył). Szwajcarka wytrwała niewiele dłużej. Pierwszą rywalkę (Alję Tomljanović) jeszcze pokonała, w drugim meczu przeciwko Camili Giorgi ciało zmusiło ją do kreczu.

Kiedy na Twitterze pisałem, że nasza tenisowa chluba wyraźnie pecha, w odpowiedzi otrzymałem, że Bencic też grała w finale w Tokio, też musiała wsiąść do samolotu i odbyć równie długą podróż, a jednak nie przeszkodziło jej to w odniesieniu zwycięstwa. Zaznaczyłem, że Williams i Tomljanović, z całym szacunkiem dla tej drugiej, to trochę inna półka. Ktoś przypomniał ubiegłoroczny Roland Garros na poparcie swej tezy, zapominając chyba, że na Wimbledonie ta sama dziewczyna z Zagrzebia urwała krakowiance ledwie dwa gemy.

Statystyki oddają tendencje – grasz w finale, nie licz na kolejny dobry turniej, zwłaszcza jeśli to rozgrywki z sześcioma etapami. Przeanalizowałem: z 22 finalistek w branych przeze mnie pod uwagę zawodach tylko jedna – Carla Suarez Navarro na początku sezonu – dotarła po kilku dniach w 64-osobowych rozgrywkach do ćwierćfinału. Reszta kończyła zmagania najczęściej w pierwszej lub drugiej rundzie. Pomijając kilka tenisistek o niższej renomie lub generalnie nie błyszczących na przestrzeni całego sezonu, mowa o wspominanych Radwańskiej i Bencic, Caroline Wozniacki, Karolinie Pliszkovej, Jelenie Janković, Andrei Petkovic czy Elinie Switolinie. Czyli topowych tenisistkach, które zawsze wymienia się w kontekście walki o tytuły.

Ofiar finałów było więcej i to nie tylko w turniejach z 64-osobową stawką. Nie tak dawno w Seulu życiowe rezultaty uzyskiwała Aljaksandra Sasnowicz. Tydzień życia – grała jak z nut, a jeszcze potrafiła powiedzieć, że w sumie to nie do końca jest zadowolona ze swojej postawy. Dopiero w finale zatrzymała ją Irina-Camelia Begu. Białorusinka do Taszkientu mogła jechać z podniesioną głową, ale wyjeżdżała na tarczy. Poddała mecz drugiej rundy. Zdarzały się i twardsze lądowania. Lucie Hradecka w maju, po turnieju w Pradze, w którym musiała uznać wyższość jedynie rodaczki Pliszkovej, pojechała do Trnavy, żeby zagrać w rozgrywkach ITF. Nie wygrała nawet jednego spotkania, a jej pogromczynią okazała się Chorwatka z trzeciej setki.

Czas w tenisie się nie zatrzymuje – nigdy. Nie ma chwili wytchnienia, bo punkty uciekają, a punkty to też pieniądze, to ranking czy przepustka do WTA Finals w przypadku niektórych z wyżej wymienionych. Im zawodniczka dalej zajdzie w obecnym turnieju, tym częściej i bardziej nerwowo musi spoglądać na zegarek, spiesząc na kolejne rozgrywki. Gdzieś między tym wszystkim zaczyna gubić się radość z tenisa. Ale jak tu się dziwić, skoro czas to pieniądz?



Odkurzyć Wielkiego Szlema

Australian Open ma inaugurację, Roland Garros francuską tradycję, Wimbledon najsłynniejsze truskawki świata, ale żaden z tych turniejów nie ma tego co US Open. Bez zwycięstwa na Flushing Meadows Klasycznego Wielkiego Szlema skompletować się nie da. W Melbourne można odpaść w przedbiegach, w Paryżu nie zrobić kolejnego kroku (zwłaszcza jeśli ma się na nazwisko Dżoković), a w Londynie stracić szansę. Ale tylko w Nowym Jorku jest się zarazem tak blisko i tak daleko od tenisowego raju.

Najtrudniejszy pierwszy krok? Utarte powiedzenie w wyścigu po Wielkiego Szlema (jakim tam wyścigu notabene) nie znajduje potwierdzenia. Wraz z drugim i trzecim krokiem nachylenie drogi wzrasta, staje coraz bardziej kręta, a za każdym zakrętem czyha rywalka, która chce udaremnić wysiłek i choć tak, jeśli samej nie stać na triumf, przejść do historii. Podobno nie ważne jak piszą, ważne, żeby pisali. Aczkolwiek poskromienie Amerykanki pędzącej po Wielkiego Szlema brzmi dumnie w tenisowym CV. Przed Sereną Williams nie jeden krok, a jeszcze sześć – druga runda, trzecia, czwarta (wierzę, że tu się zatrzyma), ćwierćfinał, półfinał i dopiero wtedy raj będzie na wyciągnięcie ręki.

O Williams i jej czasem dziwnych przypadłościach, nagłych zapaściach i triumfalnych powrotach do gry śmiało można byłoby napisać kilkutomową powieść, którą czytałoby się z zapartym tchem jak dobry thriller. Można też ją uwielbiać albo i nienawidzić, bo przecież wielcy zawsze wzbudzają skrajne emocje. Można jej kibicować albo trzymać kciuki za każdą rywalkę z nadzieją, że wreszcie liderce światowego rankingu powinie się noga. Ale wielkości nie sposób jej odmówić. Na pewno jest godna Klasycznego Wielkiego Szlema. Trudno być niegodnym, wszak czterech największych turniejów nie wygrywa się ot tak, przypadkiem.

Nie ma i nie będzie drugiej takiej tenisistki jak Serena Williams. Nie, nie dyskredytuję Steffi Graf, Margaret Smith Court, ani Maureen Catherine Connolly Każda z nich napisała własny, odrębny rozdział w historii kobiecego tenisa. Amerykanka także. Nie dokończyła tylko ostatniego zdania. Nie postawiła jeszcze kropki. W innym miejscu niż Nowy Jork tego nie zrobi. A kiedy indziej może jej to już nie być dane. Niech kończy dzieło i potwierdza swój prymat po raz setny, ale w ten sposób po raz pierwszy.

Dziennikarz też człowiek, też kibic (bo jak kochać sport, nie będąc kibicem?). I jako fan białego sportu życzę Amerykance z całego serca, by jeśli już ma pokonać Agnieszkę Radwańską, był to jedynie jej przystanek na drodze do Klasycznego Wielkiego Szlema. A zagorzałym przeciwnikom Sereny zostaje schowanie do kieszeni złowrogich uczuć i radość z tego, że być może przyszło nam żyć w historycznych czasach i oglądać historyczny US Open. Oby, bo wyczyn Steffi Graf już nieco się zakurzył..



Nawet wdzięczne „dzień dobry”…

Zastanawiałem się, o czym dziś napisać. Miałem trzy pomysły. O szacunku w tenisie – można za tydzień, to temat ponadczasowy. O piłkach – można i za miesiąc, w sam raz na wakacje. O Wimbledonie, który już nigdy nie będzie taki, jaki był – nie ma co zwlekać.

Nie pojechałem na Wimbledon. Na początku, kiedy pierwsze piłki latały nad trawiastymi kortami All England Club zrobiło mi się przykro. Mogłem wsiąść do samolotu nawet w ostatniej chwili i stanąć choćby raz czy dwa w chyba najsłynniejszej kolejce świata, czekając aż kupię upragnioną wejściówkę i trafię na jeden z kortów. Ale dzięki temu, że zostałem w domu, zobaczyłem, jak zmienił się Wimbledon. W Londynie na pewno bym tego nie dostrzegł, a raczej nie usłyszał.

Nie mam na myśli obiektów, bramek wejściowych, trybun, biura pasowego czy jeszcze innych składowych najsłynniejszego tenisowego klubu na świecie. To się zmienia – normalne. Coś dobudują, coś wyremontują. Dzisiejsze Wembley ma niewiele wspólnego z tym, na którym Jan Tomaszewski zatrzymał Anglię. Poza nazwą, miejscem i takimi tam. A jednak to Wembley.

Wimbledon zmienił się nieodwracalnie. Dla nas – dla polskich miłośników tenisa. W naszych umysłach. Nie pamiętam, który mecz The Championships był dla mnie tym pierwszym. Nie pamiętam też, czy obejrzałem wszystkie spotkania Agnieszki Radwańskiej w 2012 roku, kiedy dochodziła do finału. Ale pamiętam jedno. I zawsze z tym utożsamiałem Wimbledon. „Halo Łymbledon” – wybrzmiewało na początku transmisji. Choć słyszało się codziennie, nigdy się nie nudziło. Ba, czasem warto było włączyć telewizor tylko dla tego powitania.

Wimbledon i „Halo Łymbledon” Bohdana Tomaszewskiego były nierozłączne. Chciałoby się napisać nierozerwalne. Dwa słowa, niby tak proste, prozaiczne, a napisały równie piękną historię w dziejach polskiego sportu co najwybitniejsi sportowcy. Współistniały z niedawnymi sukcesami Agnieszki Radwańskiej, Jerzego Janowicza. Z najpiękniejszymi wspomnieniami i chwilami, których polski tenis dawno nie doświadczył i (obym się mylił) szybko nie doświadczy.

Rozpoczęcie tegorocznych The Championships na nowo wzbudziło uczucie pustki. Uwydatniło je. I przypomniało, jak wielką stratę ponieśliśmy my, wielbiciele tenisa i nie tylko. Żadne, nawet wypowiedziane najcudowniejszym, najdelikatniejszym i najbardziej wdzięcznym głosem „dzień dobry” bądź „witam państwa” nie zastąpi „Halo Łymbledon”…



Za wysokie szpilki

Chodzenie w szpilkach nie jest zbyt zdrowe dla stóp, czego wielokrotnie dowodzili specjaliści od medycyny. Zresztą, panie pewnie wiedzą na ten temat więcej. Znają się przecież na tym doskonale. Przeszukując Internet, nie natknąłem się jednak na artykuły, które traktowałyby o wysokich obcasach i tenisie. Nie dziwi to specjalnie – na pozór, trudno o związek, no może poza Players’ Party.

Posypię głowę popiołem i przyznam bez bicia: nie zadałem sobie trudu, by dotrzeć do statystyk i dowiedzieć się, ilu paniom szpilki zaszkodziły. Skoncentrowałem się na jednym przykładzie. Potwierdzonym i świeżym, bo nawet z pierwszej rundy Rolanda Garrosa.

Pewnej kanadyjskiej tenisistce na zdrowie nie wyszły może nie tyle same szpilki, co kariera modelki. Mowa o Eugenie Bouchard. Momentami trudno nie odnieść wrażenia, że zajmuje się wszystkim, tylko nie tenisem. Właściwie to do takich wniosków skłaniają jej wyniki. Poza pierwszym i dotychczas najważniejszym turniejem sezonu, Australian Open, Bouchard grała znacznie poniżej oczekiwań. Od stycznia wygrała trzy (!) mecze.

Gwoli ścisłości, problemy nowej gwiazdy kobiecego tenisa zaczęły się już pod koniec ubiegłego roku. Zrzucano to jednak na karb długiego, wyczerpującego, a przecież tak udanego sezonu w wykonaniu „Genie”. Kiedy w grudniu podpisała kontrakt z agencją WME-IMG, wreszcie mogła realizować się jako modelka. Znamienne, że mówiła wtedy o „realizacji celów biznesowych”czy „zwiększeniu wartości jej marki”. Ani słowa o tenisie.

Bouchard do światowej czołówki weszła z przytupem. Półfinał Australian Open, półfinał Rolanda Garrosa i w końcu finał Wimbledonu. Sezon marzeń. Szybko, bo już po kilku miesiącach zaczęto ją porównywać do Marii Szarapowej, naczelnej businesswoman tenisowego światka. A „Genie” poszła w jej ślady. Równie chętnie co na korcie, pokazywała się poza nim – w różnych okolicznościach, na pokazach, imprezach.

Kort pokazał jednak, że nie każdy może łączyć grę z biznesem z takim powodzeniem jak Rosjanka, nawet jeśli zajmuje się pierwsze miejsce na liście 50 najbardziej perspektywicznych sportowców z marketingowego punktu widzenia (więcej w tekście: Eugenie Bouchard w cenie). Nawet jeśli w tym samym rankingu wyprzedza się piłkarskie gwiazdy pokroju Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. Coś musi ucierpieć, a jak nie trudno przewidzieć, kiedy myśli są gdzie indziej, kiedy brakuje koncentracji, boleje na tym tenis.



Tenis z zegarkiem w ręku

Imię i nazwisko „Rafael Nadal” im bliżej Rolanda Garrosa tym częściej jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Co też nie dziwi, bo Hiszpan na paryskiej mączce czuł się ostatnimi laty lepiej niż ryba w wodzie.

W Madrycie o „Rafie” było, rzecz jasna, najgłośniej. Trudno żeby nie było – wszak grał przed własną publicznością. W myśl powiedzenia, „co wolno wojewodzie…”, Nadal (oczywiście po wygranym meczu) dał upust swojej, nazwijmy to, złości na przepisy. Nie po raz pierwszy oberwało się 25-sekundowym odstępowi pomiędzy jednym a drugim punktem. To wpis do regulaminu, który jednemu z najlepszych tenisistów naszych czasów szczególnie daje się we znaki. Wynika po części z jego charakteru i pieczołowitego powtarzania pewnych rytualnych wręcz zachowań.

28-latek w meczu ćwierćfinałowym z Grigorem Dimitrowem za rzekome przedłużanie gry stracił pierwszy serwis. Zapytany o to zdarzenie na konferencji prasowej odpowiedział wyczerpująco, poświęcając tematowi kilka minut. – Najważniejszy w tenisie stał się czas. Od 8-9 lat serwis zabiera mi tyle samo czasu, ale kiedyś otrzymywałem bardzo mało ostrzeżeń – tłumaczył. – Nie wiem, komu zależało na tym, żeby zacząć patrzeć rygorystycznie na przepisy. Bo zasady nie uległy zmianie.

Ekonomiści odpowiedzą Nadalowi, że czas to pieniądz. Współczesny sport będzie wtórował. Tyle że mecze koszykarskiej ligi NBA czy Super Bowl trwałyby pewnie znacznie krócej, gdyby nie przerwy reklamowe. Hiszpanowi za przygotowania do serwisu nikt jednak nie płaci, więc czas antenowy zabiera. Inaczej niż sponsorzy.

Wielokrotny mistrz Rolanda Garrosa zwraca uwagę na przesadnie nieproporcjonalne traktowanie przepisów. – Wygląda, jakby sędziowie patrzyli jedynie na zegarek, a powinni dbać nie tylko o to. Wydaje mi się, że często na korcie dochodzi do scen, które nie powinny służyć za przykład dla dzieci – uważa. Trudno nie przyklasnąć. Ale to też kwestia finansów. Sędzia, nawet chcąc dać kolejne ostrzeżenie, w efekcie którego pojedynek zostałby przerwany, pewnie dwa razy się zastanowi. Co powiedzą kibice? Co napiszą media? I wreszcie: co na to sponsorzy turnieju?

W sądzie Nadal na pewno by nie wygrał sprawy o odebranie pierwszego serwisu. Przepis to przepis. Nieważne czy głupi – może, a nawet powinien być egzekwowany. Ale każdy jeden, a nie tylko ten, który wpływa na długość spotkania. Kilka „nadprogramowych” minut tenisa nie wypaczy charakteru młodego adepta sportu bardziej niż soczysta kortowa wiązanka lub zachowanie po prostu nie fair play.