Archiwa kategorii: Rolak Garros



Dajmy im wędkę

W zeszłym tygodniu znalazłem na Twitterze taką informację: „Natalia Siedliska will represent Germany now, her nationality switch becoming effective with this week’s tournament (March 16)”. WTA nie publikuje rankingu w połowie turnieju w Indian Wells, więc dopiero za tydzień zniknie z niego kolejna Polka.

Od razu wyjaśniam, że nie zamierzam krytykować Natalii Siedliskiej. Urodziła się wprawdzie w Polsce, ale wychowała i ukształtowała jako tenisistka już w Niemczech, dokąd wyemigrowała z mamą. Zainteresowałem się jej karierą, ponieważ przez prawie trzy lata Natalia była najmłodszą Polką co tydzień zauważaną przez ranking WTA. Wielkiej kariery – skoro już padło to słowo, to się go trzymajmy – Siedliska nie zrobiła: wygrała jeden turniej singlowy i siedem deblowych na poziomie ITF Women’s Circuit, nie podskoczyła powyżej 626. miejsca, a ma już 19 lat.

Zmiana obywatelstwa przez tę tenisistkę nie jest żadnym problemem dla polskiego tenisa; problemem jest natomiast malejąca liczba Polek klasyfikowanych przez WTA. Z Polakami w ATP tej liczby nie można porównywać, ponieważ oba rankingi prowadzone są na nieco innych zasadach. Największe różnice dotyczą nie szczytów, lecz najniższego poziomu. Jeśli z braku miejsca nie zajmiemy się wyjątkami, to wystarczy powiedzieć, że na listę ATP wchodzi się już z jednym oczkiem z jednego turnieju, natomiast w WTA trzeba zapunktować trzykrotnie.

A gdzie mają punktować Polki? Chodzą słuchy, że w tym roku będą nowe turnieje tu i tam. Będą albo i nie będą… Nie zajmujmy się więc gdybaniem, lecz porozmawiajmy o faktach. Poza zawodami WTA w Katowicach, do których tylko Agnieszka Radwańska nie potrzebowała „dzikiej karty”, w zeszłym roku rozegrano w Polsce cztery turnieje ITF, ale tylko jeden (powtórzę: jeden!) z 10 tysiącami dolarów w puli nagród.

To i tak ogromny postęp w stosunku do sezonu 2013, kiedy w kalendarzu utrzymały się jedynie imprezy w Toruniu i Zawadzie. Obie oferują po 25 tysięcy USD, po które ustawia się zwykle kolejka Czeszek, Słowaczek, Ukrainek i Niemek z polskimi korzeniami… Polek, które mogłyby tam powalczyć nie tyle o pieniądze, co o punkty, ze świecą szukać. Pierwsza piątka jest za mocna, aby grać na tak niskim poziomie, kilka następnych próbuje, ale jakoś bez sukcesów, natomiast pozostałe mają za słaby ranking, aby dostać się do tych turniejów głównymi drzwiami.

Trzeba by to przeanalizować, stosując bardziej naukowe metody niż moje przeczucie, ale wydaje mi się, że liczba zawodniczek sklasyfikowanych w rankingu WTA zależy od liczby turniejów ITF organizowanych w danym kraju. Nie trzeba mieć Nobla z ekonomii, aby zauważyć, że punkt rankingowy zdobyty u siebie jest znacznie tańszy od punktu przywiezionego z zagranicy, choć dla WTA ma taką samą wartość. A kogo by nie posłuchać, z kim by nie porozmawiać, wszyscy mówią o tym samym: że trudno się przebić w zawodowym tenisie bez wsparcia finansowego. Jeśli nie możemy dać ryby, podarujmy im wędkę – tuzin turniejów.

W 2005 roku, kiedy wyszedł pierwszy numer „Tenisklubu” (żal nie skorzystać z okazji, aby pochwalić się, że od jubileuszu dzielą nas już tylko miesiące), w krajowym kalendarzu Polki mogły znaleźć aż osiem imprez rangi ITF Circuit, a wcale nie był to najlepszy sezon pod tym względem. W efekcie pod koniec roku na liście WTA mieliśmy aż 21 reprezentantek.

A dziś? Dziś tylko 15. Albo aż 15, bo do niedzieli liczymy jeszcze z Natalią Siedliską.



Historia pewnej fotografii

Wiem, że Łukasz Kubot odebrał tę nagrodę pięć dni temu i wszyscy – mam nadzieję, bo ten facet naprawdę na to zasłużył – już o tym napisali. A co będę się ścigał z całym Internetem – pomyślałem – i odłożyłem pisanie do czasu, gdy uścisnę prawicę laureata.

Było dokładnie tak, jak można było przypuszczać. Pogratulowałem Łukaszowi Kubotowi Nagrody Fair Play Polskiego Komitetu Olimpijskiego i podziękowałem za to, że podtrzymuje w ludziach wiarę w to, co w sporcie najważniejsze. On też podziękował, ale jakoś tak nieśmiało; jakby wstydził się tego zamieszania, jakie wywołał jego piękny gest.

Sam tego zamieszania Łukasz Kubot nigdy by nie wywołał, więc ktoś musiał zrobić to za niego. Profesor Halina Zdebska-Biziewska z AWF w Krakowie, przewodnicząca Klubu Fair Play PKOl, wie, że nie każdy tenisista w trzecim secie ćwierćfinału turnieju Wielkiego Szlema przyznałby się rywalom i sędziom do popełnienia błędu, którego nikt poza nim samym w ogóle nie zauważył. Mogła zgłosić kandydaturę Kubota do tej nagrody, jednak mogłaby też poczuć się dość niezręcznie, gdyby potem miała ją wręczać sportowcowi zgłoszonemu przez siebie.

Doktorantką Haliny Zdebskiej-Biziewskiej jest Joanna Sakowicz-Kostecka (sympatykom tenisa przedstawiać na pewno nie trzeba). Pani profesor poprosiła o pomoc panią (jeszcze) magister, która z kolei wpadła na pomysł, aby wciagnąć do spisku Marka Furjana, dziennikarza i blogera. Marek miał tę frajdę, że był wtedy w Melbourne i gest Łukasza Kubota widział na własne oczy. Aby dać świadectwo prawdzie, złożył w PKOl wniosek o uhonorowanie postawy polskiego tenisisty. Takie są kulisy tej nagrody.

Autorem fotografii, o której wspomniałem w tytule, jest Adam Nurkiewicz (muszę o tym wspomnieć, bo jeśli nie, to „Tenisklub” straci u niego rabat). Zdjęcie nie zrobiło się jednak samo. Wymagało współpracy Łukasza Kubota. Trzeba go było prosić, przypominać i zachęcać, aby zabrał puchar na trening i schował go (puchar, nie trening) do torby ze sprzętem. Ten kadr wymyśliliśmy sobie jako symbol, bo zasadom fair play Kubot jest wierny na co dzień, a nie tylko od święta.

Na polskich kortach już rosną jego następcy. Podczas poniedziałkowej gali Polski Komitet Olimpijski wyróżnił także Martę Bogucką, która nie chciała wykorzystać spóźnienia rywalki, aby wygrać mecz walkowerem. Poprosiła sędziego o przełożenie pojedynku, który następnie przegrała. W aktualnym numerze „Tenisklubu” (lutowo-marcowym) chwalimy natomiast Weronikę Falkowską za to, że w ćwierćfinale halowych mistrzostw Polski kadetek wzięła przykład z Łukasza Kubota.

Powie ktoś, że nie ma za co chwalić, bo tak przecież powinno być. Zgadzam się, że powinno, ale niestety nie jest. A jak jest, można się łatwo przekonać na turniejach dowolnej rangi i w każdej kategorii wiekowej. Im niższy poziom rozgrywek, tym mniej sędziów i większe pole do „popisu” dla zawodników uczciwych inaczej.

Wielki Szlem, sędziowie liniowi i „Jastrzębie oko” też nie gwarantują gry fair. W 2011 roku w finale US Open (przeciwko Mariuszowi Fyrstenbergowi i Marcinowi Matkowskiemu) Philipp Petzschner miał okazję zachować się jak Łukasz Kubot, ale z niej nie skorzystał. Ugryzł się w język tak mocno, że pewnie jeszcze ma bliznę.



Koniec epoki

Wojciech Bukat z „Expressu Wieczornego” (gazety też umierają) pół żartem, pół serio prosił, aby każdy z nas na wszelki wypadek trzymał w szufladzie nekrolog i wspomnienie napisane własnoręcznie. W ten sposób zmarły nie stawiałby kolegów w niezręcznej sytuacji. Dziś od rana czytam, jak świat mediów i tenisa przyjął wiadomość o śmierci Bohdana Tomaszewskiego, i nie mam wątpliwości, że Pan Bohdan (wolno mi było tak się do Niego zwracać) sam o sobie tak ciepło by nie pisał. Uznałby, że nie wypada…

Pana Bohdana poznałem, kiedy On o moim istnieniu nie mógł mieć pojęcia. Byłem jednym z milionów wsłuchujących się w głos opowiadający o największych imprezach sportowych rozgrywanych hen, daleko, gdzieś po drugiej stronie globusa. I jednym z setek tysięcy zaczytujących się Jego książkami. Miałem nawet Jego autograf, lecz w przeprowadzkowym zamieszaniu ta książka zaginęła. Może były to „Milczące stadiony”, może „Romantyczne mecze”, a może „Proszę o klucz”.

Przeczytałem nie tylko te, ale tytuły tych chyba najlepiej oddają stosunek Pana Bohdana do sportu i dziennikarstwa sportowego. Przypominał nam, że sport to nie tylko wyniki, rekordy, tabele. Że w sporcie chodzi o coś więcej, a kto tego nie rozumie albo nie dostrzega, jest człowiekiem uboższym.

W jednym z wywiadów pięknie powiedział, że cisza też jest elementem komentarza, że z radości głos może nawet zamilknąć. Dziś, w czasach powodzi gadulstwa tych, którzy mają do powiedzenia znacznie mniej niż miał Pan Bohdan, tej ciszy będzie szczególnie brakowało. Już brakuje.

Dziennikarz, który nie przepracował w zawodzie co najmniej trzech cykli olimpijskich, ciągle jest dziennikarzem młodym niezależnie od tego, co mówi jego metryka. Miałem wtedy niewiele ponad 30 lat, siedziałem w biurze prasowym lekkoatletycznych mistrzostw świata (lekka atletyka również była Jego wielką miłością) i pisałem kolejną korespondencję. Jerzy Chromik, kierownik działu sportowego „Expressu Wieczornego”, przekazał mi (nie pamiętam, w jaki sposób; telefonów komórkowych jeszcze nie było), że Pan Bohdan czytał mój tekst i pochwalił pomysł konstrukcyjny. Tylko pomysł, ale jaka to była dla mnie nobilitacja!

Pan Bohdan potrafił chwalić, potrafił nie chwalić, ale chyba nie potrafił krytykować. Nawet jeśli tenisista – że ograniczę się do tej dyscypliny, dzięki której ten głos poznali także najmłodsi fani sportu – zepsuł łatwą piłkę, jeśli zagrał bezmyślnie lub zachowywał się na korcie jak na bazarze, Pan Bohdan zawsze szukał wytłumaczenia, dawał drugą szansę.

Pana Bohdana spotykałem – niestety coraz rzadziej – na turniejach tenisowych różnej rangi. Puchar Jego Imienia, choć wędrował po całej Warszawie, wrósł w jej sportowy krajobraz. Bardzo żałuję, że nigdy nie udało mi się dotrzeć na Jego spotkanie z uczestnikami. Wiem jednak, że potrafił te 14-, 15- i 16-letnie dzieciaki, wychowane już nawet nie na telewizji, ale na internecie, zainteresować opowieściami, jak to dawniej na kortach bywało.

10 lat temu był gościem turnieju ITF kobiet Olecko Cup. Witany jak gwiazda, wyglądał na speszonego. Dopiero z mikrofonem w dłoni, przemawiając do zawodniczek oraz publiczności, czuł się w swoim żywiole. Z wielkim zainteresowaniem słuchali go dziennikarze lokalnych mediów. Ja też, choć miałem możliwość spotykania się i rozmawiania z Nim znacznie częściej niż koledzy z Olecka, Suwałk czy Białegostoku.

Marek Kaczmarczyk, mój kolega ze studiów, napisał dziś na Facebooku, że dzięki Panu Bohdanowi w swoim małym domku w swoim małym miasteczku był i małym Szurkowskim, i małym Kozakiewiczem, i małym Fibakiem… Świetnie powiedziane, ponieważ Pan Bohdan potrafił pięknie opowiadać. Wystarczyło mieć odrobinę wyobraźni i po prostu na chwilę przymknąć oczy, aby przenieść się w świat sportu, o którym jako małe dzieci mogliśmy tylko marzyć. Opowiadał o tym naprawdę piękną polszczyzną, o jaką dziś w radiu i telewizji niezmiernie trudno.

Bohdan Tomaszewski chorował od dawna. Od kilku dni docierały głosy, że Jego stan jest poważny, wręcz krytyczny. Ciągle jednak miałem nadzieję, że jeszcze nie czas na pisanie tego tekstu… Jeśli komuś wydał się chaotyczny, to przepraszam. Nie co dzień odchodzi taki Mistrz. Dziś skończyła się pewna epoka.

Tomku, nie zważaj na jawnych krytyków i pseudoprzyjaciół. Komentuj tenis, dopóki zdrowie ci pozwoli. Niech chociaż twój głos przypomina nam twojego Tatę!



Urodzeni 13 listopada

Prawie rok temu, po meczu Polska – Chorwacja, zadałem pytanie Radosławowi Szymanikowi, czy oczekiwanie awansu do Grupy Światowej Pucharu Davisa nie jest przypadkiem na wyrost. Jerzy Janowicz, choć niepytany, przejął mikrofon i powiedział, co mu leżało na wątrobie. Gdybym wtedy wiedział, jaką karierę zrobi to pytanie, zastrzegłbym je najpierw w urzędzie patentowym, opatrzył „copywrite’m”, a dziś byłbym bogatym człowiekiem i nie musiał pisać tego blogu.

Radosław Szymanik, gdy już został dopuszczony do głosu, odpowiedział, że nasze – bo przecież nie tylko moje – oczekiwania wcale nie były wygórowane, że prowadzoną przez niego drużynę naprawdę stać na to, aby znaleźć się w światowej elicie. Kilka dni później napisałem tekst, którego nie będę tu cytował – kto chce, niech zajrzy i przeczyta jeszcze raz: http://www.tenisklub.pl/publicystyka/felietony/22615/szosty-set/ . Dodam tylko, że dziś nie zmieniłbym w nim nawet przecinka.

Urodziłem się 13 listopada, jestem więc zodiakalnym Skorpionem. Kiedyś wpadł mi w ręce taki horoskop – nie pamiętam, czyjego autorstwa, na pewno z ilustracjami Andrzeja Mleczki: „Skorpion ma manię prześladowczą. Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam. Ze strachu atakuje pierwszy i od tyłu. Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO”.

Kiedyś żartowałem w gronie przyjaciół (mam kilkoro!), że mój charakter jest „do rany przyłóż”. Ktoś od razu dodał, że „gangrena gotowa”. Wszystko składa się więc w logiczną całość, ponieważ od byłego wiceprezesa PZT dowiedziałem się niedawno, że „potrafię tylko jątrzyć”.

Zgadzam się, że potrafię; nie zgadzam, że tylko. Ponieważ w przyszłym tygodniu zaczyna się sezon rozgrywek o Puchar Davisa, chciałem, korzystając z czyjegoś pośrednictwa, podrzucić Jerzemu Janowiczowi pomysł, że to dobra okazja do zakończenia nikomu niepotrzebnego sporu. Ja znowu zadałbym jakieś pytanie, on dowcipnie by odpowiedział, Internet doceniłby jego ciętą ripostę i sprawę moglibyśmy uznać za zamkniętą. Zanim jednak zdążyłem wysłać ten sygnał, odebrałem inny.

Dowiedziałem się mianowicie, że nie tylko najlepszy dziś polski tenisista, ale także jego otoczenie nie jest jeszcze gotowe na rozejm. Ktoś – domyślam się kto – doniósł rodzicom Jerzego Janowicza, jakoby podczas ubiegłorocznego Wimbledonu trzech panów R nie potrafiło ukryć radości z jego porażki. Panią Annę oraz panów Jerzego-seniora i Jerzego-juniora informuję, że Wasz informator źle zinterpretował sytuację. Owszem, prawie tarzaliśmy się ze śmiechu, jednak przyczyną naszej wesołości nie był wynik meczu Jerzego Janowicza z Tommy’m Robredo, lecz lektura tekstów Waszego informatora. Nie jest przypadkiem, że ten pan nigdy nie publikował na łamach „Tenisklubu” i – dopóki ja jestem sekretarzem redakcji – nie będzie. Na razie nie zanosi się na zmianę, ale na wszelki wypadek przez kilka dni nie będę odbierał telefonów od redaktora naczelnego, zresztą jednego z trzech panów R.

Nie potrafię sobie wyjaśnić, kiedy wepchnąłem się do pierwszego szeregu „fałszywych przyjaciół” Jerzego Janowicza. Już po owej konferencji prasowej oraz publikacji „Szóstego seta” spotkałem się z ojcem tenisisty podczas turnieju Tennis Europe w Łodzi i nawet gestem nie dał mi do zrozumienia, że ma żal czy to o pytanie, czy o tekst. Największą złośliwością (przecież uprzedzałem, że jestem Skorpionem, prawda?), na jaką od tego czasu pozwoliłem sobie pod adresem tenisisty, był śródtytuł reportażu z Wimbledonu: „W świecie ciszy”. Wyjaśniam, że nawiązywał on do całkiem już jawnej niechęci Jerzego Janowicza do rozmów z dziennikarzami. Zapewniam, i łatwo mi będzie to udowodnić, że w innych mediach ukazały się – i nadal ukazują – znacznie bardziej krytyczne opinie. Komentarzami „hejtowej” części Internetu nie warto się zajmować.

Dziś na ławie oskarżonych Jerzy Janowicz sadza trzech panów R. Jutro, być może, nie spodoba mu się głos spikera, pojutrze kapitan reprezentacji, a za tydzień prezes związku. Nie mam powodu skarżyć się na to towarzystwo. Mam natomiast podstawy sądzić, że niedługo nie będzie nam na tej ławce tak wygodnie, bo będziemy musieli zrobić miejsce także dla panów C, dwóch G, S, T, W, Z, Ż…

Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem.

PS. To są wyłącznie moje opinie, których nie musi podzielać ani redakcja „Tenisklubu”, ani żadna osoba wspomniana w tym tekście z nazwiska lub jego pierwszej litery.



Zawód dyrektor

Kiedyś do biura J&S Cup zatelefonowała dziennikarka z prasy kobiecej. Na celebrytach znała się zapewne wybornie, natomiast na sporcie nie za bardzo. Zatelefonowała we wtorek, może w środę, w każdym razie już po losowaniu turnieju głównego. Po zrobieniu dobrego wrażenia zapytała wprost: – A kto zagra w finale?

Nie chciała uwierzyć, że nikt w biurze tego nie wiedział. Minęło mnóstwo czasu, więc nie jestem już pewien, czy nie zażądała nawet natychmiastowego połączenia z dyrektorem turnieju. Uznała, że nikt z dyrektorem na czele nie chce jej tego powiedzieć, aby aż do końca trzymać ją, jej czytelników i w ogóle wszystkich zainteresowanych w niepewności aż do samej niedzieli.

Kim Clijsters, była liderka rankingu WTA i zwyciężczyni 41 turniejów, w tym trzech wielkoszlemowych oraz J&S Cup (być może właśnie tego wspomnianego wcześniej) nie potrafi usiedzieć w domu z mężem, prawie siedmioletnią córeczką, 16-miesięcznym synkiem i trzema psami (tu akurat mogłem przegapić zmianę, bo na stronie internetowej Belgijki czas zatrzymał się prawie dwa lata temu). Po urodzeniu pierwszego dziecka jeszcze wróciła na kort i wygrała US Open 2009 i Australian Open 2011, ale jako mama dwojga już raczej nie dałaby rady nawiązać walki z rywalkami, które mają na głowie tylko tenis, pokazy pody i działalność autopromocyjną.

Clijsters bez tenisa żyć jednak nie potrafi. Po siedmiu latach wrócił do Antwerpii, miasta najlepszych na świecie szlifierzy diamentów, turniej, który kiedyś kusił zawodniczki możliwością wygrania złotej rakiety wysadzanej brylantami. Warunek był trudny, lecz możliwy do spełnienia – trzy zwycięstwa w ciągu pięciu lat. Nie udało się Venus Williams (2002-03), dała za to radę Amelie Mauresmo (2005-07). Clijsters też triumfowała, ale tylko raz (2004). W zeszłym roku dała się namówić, żeby zostać dyrektorem reaktywowanego turnieju.

Dyrektorowanie ogranicza się zwykle do pracy biurowej, brania pod włos sponsorów, namawiania tenisistek, udziału w przyjęciach i konferencjach prasowych oraz robieniu dobrego wrażenia, jeśli coś wymyka się spod kontroli. Telefonów z pytaniami takimi jak na wstępie asystentka raczej nie łączy… Dyrektor ma wpływ niemal na wszystko, łącznie z kolorem papieru toaletowego w szatni zawodniczek, nie może jednak zagwarantować, kto z kim zmierzy się w finale, ani czy w ogóle finał się odbędzie.

Właśnie taka przykrość spotkała wczoraj Kim Clijsters. Z powodu kontuzji Carla Suarez-Navarro poddała się jeszcze przed ostatnim meczem turnieju. Żeby jakoś to wynagrodzić zawiedzionej publiczności, pani dyrektor (była przygotowana, ponieważ nieco wcześniej wzięła udział w pokazówce mikstowej) rozegrała mecz z Andreą Petkovic. Skończyło się 5:3 dla szefowej zawodów.

Niemka pokonana przez Belgijkę nie miała powodów do niezadowolenia. Wraz z turniejem wróciła bowiem do Antywerpii wyjątkowa nagroda – 4,5-kilogramowa złota rakieta wysadzana 2008 brylantami, warta na oko 1,5 miliona dolarów. Na razie Petkovic mogła ją tylko potrzymać podczas dekoracji i pozować z nią do zdjęć. Wystarczy jednak, że wygra ten turniej za rok lub dwa, a wtedy organizatorzy będą musieli ufundować nowe cacko. Teraz już nie trzy zwycięstwa w ciągu pięciu lat, lecz dwa triumfy w ciągu trzech sezonów dają rakietę na własność.

Wśród dyrektorów turniejów WTA jest sporo kobiet, natomiast w ATP (konkretnie w Memphis) – tylko jedna (zresztą bardzo ładnie się nazywa: Erin Mazurek). Piszę o tym dopiero pod koniec, wy też nie rozpowiadajcie tego głośno, bo jak Billie-Jean King się o tym dowie, to i tu zażąda parytetu.

Parytet w korpusie dyrektorów turniejów ATP jest absolutnie niepotrzebny. Gdyby bowiem w dniu finału któregoś z nich spotkała taka przykrość jak Kim Clijsters, to wielu – i to bez większego uszczerbku dla widowiska! – mogłoby wyjść na kort: Manuel Santana w Madrycie, Guy Forget w Paryżu (hala), Albert Costa w Barcelonie, Michael Stich w Hamburgu, Richard Krajicek w Rotterdamie, Juan Carlos Ferrero w Walencji, Martin Jaite w Buenos Aires, Todd Martin w Newport czy – to wcale nie jest pełna lista – Robin Soederling w Sztokholmie.

Niedawno krążył po Facebooku taki żart rysunkowy (muszę go opowiedzieć po angielsku, ponieważ po polsku straciłby cały urok):

– Nationality? – pyta ofiber straży granicznej.

– Russian – odpowiada przybysz.

– Occupation? – kontynuuje funkcjonariusz.

– No, no! Just visiting!

Prawidłowa odpowiedź, na potrzeby tego tekstu, powinna brzmieć „Director”. Są bowiem w świecie tenisowym rodziny, w których poniżej pewnego poziomu schodzić nie wypada. Nie od razu przecież można być prezesem federacji czy członkiem komitetu olimpijskiego, dlatego Amir Tarpiszczew jest dyrektorem Pucharu Kremla (ale tylko jego męskiej części). Jaki tam nepotyzm? Drugi syn Szamila Anwiarowicza, Filip, już mógłby być dyrektorem turnieju WTA, chociaż ma dopiero 20 lat, a nie jest. Czy myślicie, że wiedziałby, kto zagra w tegorocznym finale w Moskwie?



Dwa metry słodyczy

Przyznaję, że zaraz po losowaniu par ćwierćfinałowych byłem sceptykiem. Rzut oka na ranking i pozycje Marii Szarapowej i Jekateriny Makarowej nie zachęcał do optymizmu. Kiedy ktoś zauważył, że te dwie panie darzą się sympatią chyba jeszcze mniejszą niż strony konfliktu w Donbasie, zaświtała nadzieja – jedna z nich nie przyjedzie!

Nie przyjechała Makarowa. Zamiast niej Anastazja Myskina zabrała do Krakowa Swietłanę Kuzniecową, z którą sama kiedyś biegała po kortach Warszawy i Sopotu. Swieta (żeby tylko komputer samodzielnie nie poprawiał mi jej imienia na „Święta”!) potrafi ładnie przywitać się po polsku i pomaga przywołać wspomnienia o wielkich turniejach rozgrywanych w Polsce.

Po meczu z Agnieszką Radwańską nie podjęła tematu zaproponowanego przez jedną z rosyjskich dziennikarek. Wiem, ponieważ przysłuchiwałem się – za zgodą rzeczniczki reprezentacji – rozmowie Kuzniecowej z rodzimymi mediami. W pytaniu kryła się sugestia, że krakowska publiczność jest nieprzychylna Rosji z wiadomego wszystkim powodu. Swietłana zrobiła zdziwioną minę i odparła, że doping dla Polki był w normie. Dziennikarka chyba już nie wróciła do tematu, bo Szarapowa przy każdej okazji chwaliła ciepłe (nie mylić z pogodą) przyjęcie.

Ja też nie narzekam, ponieważ Ola i Tomek zrobili wszystko, abym nie czuł się w Krakowie gorzej od Maszy. Obydwoje bardzo interesują się tenisem, znów chcą być wolontariuszami podczas turnieju w Katowicach, więc niemal od razu zapytali, jakiego wyniku można się spodziewać. – Każdego między 4:1 a 1:4 – odparłem pochopnie, a potem trzymałem się tej wersji.

Dlaczego Polki miałyby tego meczu nie wygrać? Szarapowa, przekonywałem najpierw samego siebie, wróci z Melbourne później niż Agnieszka Radwańska; będzie bardziej zmęczona podróżą i będzie miała mniej czasu na aklimatyzację. A czy krakowianka w ogóle musi aklimatyzować się w Krakowie? Z uprzejmości dla klasy finalistki Australian Open założyłem, że nie przegra wszystkiego, stąd ten honorowy punkt dla Rosji.

Skąd zatem wzięło się to 1:4 w wariancie pesymistycznym? Nie będę gwiazdorzył i nie powiem, że przemyślałem sprawę jeszcze w sobotę przed dwunastą w południe. Staliśmy wtedy w korku i martwiliśmy się raczej o to, gdzie zaparkujemy samochód, bo nawet ten czarny scenariusz miał zacząć się od prowadzenia Polski. Na trybuny weszliśmy przed trzecim gemem. Wiecie, co było dalej.

Narzekałem sobie po cichu na losowanie do czasu, kiedy spojrzałem na drabinkę Grupy Światowej. Bez trudu znalazłem łatwiejsze rywalki dla Polski, ale nie było przy nich literki „s”. Przy Polsce też nie, ponieważ rozstawione były Czechy, Włochy, Niemcy i właśnie Rosja. Czy ktoś kierujący się rozsądkiem może powiedzieć, że w starciu z którąś z tych ekip nasze dziewczyny byłyby faworytkami?

Dlaczego Polki miałyby ten mecz wygrać? – odwróciłem pytanie. Z tenisistek sklasyfikowanych pomiędzy siostrami Radwańskimi Myskina mogłaby zestawić dwie pełne reprezentacje. A jest jeszcze przecież zawodniczka, która wyprzedza liderkę naszego zespołu; jedna z tych, które przyjechały do Krakowa.

Nie przyjechała przecież sprzedawać cukierki. W holu stanęło stoisko marki „Sugarpova”. 127-gramowe opakowanie kosztowało 20 złotych, a płacić można było tylko gotówką. Żartowaliśmy, że Szarapowa nie chce czekać na rozliczenie transakcji bezgotówkowych i wyjeżdżając po prostu zabierze z kasy cały utarg. A nie był mały, skoro w niedzielę zabrakło towaru.

My żartowaliśmy, a ona robiła swoje, czyli udanie łączyła pracę tenisistki i kobiety interesów. Zdradziła, że nie wybiera się na turnieje do Dubaju i Doha. Zgaduję, że tam „Sugarpova” jest już wypromowana, a butiki zaopatrzone. Teraz Szarapowa zagra w Acapulco, być może chcąc podbić nowe rynki zbytu.

Dzień przed rozpoczęciem meczu jeden ochroniarz chwalił się drugiemu, że już widział wszystkie zawodniczki. – Szarapową też? – drugi trochę nie dowierzał. – Też! Mówię ci, ma chyba ze dwa metry. A te nasze to niziutkie, mojego wzrostu.

No i jak tu wygrać z tą Rosją…



Ciszej nad tym kortem!

Jako szczęściarz pracujący w domu, spokojnie oglądam telewizję i nie ukrywam się przed kierownikami, dyrektorami ani naczelnikami. Chcę, to zmieniam kanał albo wdaję się w polemikę z komentatorami. Na przykład Karol Stopa ma bardzo wyrazisty pogląd na temat „jastrzębiego oka”. Chciałby je widzieć na każdym korcie albo na żadnym. Raczej jednak na wszystkich, skoro technika na to pozwala.

Czytaj dalej Ciszej nad tym kortem!