Archiwa kategorii: Rolak Garros



Quinze-zéro

Nikt, kto zna mnie choć trochę, ani nikt, z kim wymieniłem kilka dowcipów, raczej nie powie, że jestem frankofilem. Wielu zapewne stwierdzi, że wręcz przeciwnie. Dziś, żeby odeprzeć zarzut frankofobii, staję w obronie Roland Garros.

Wczoraj rozdano karty do drugiej w corocznym kalendarzu lewy Wielkiego Szlema. Zaglądam na Twittera, czytam wpisy na Facebooku, przeglądam inne strony w polskiej części Internetu i prawie wszędzie widzę informacje z jakiegoś French Open. Nie wiem, nie znam takiego turnieju. Tylko intuicja podpowiada mi, że chodzi chyba o Roland Garros.

Nie wiem, skąd się wziął ten „Frencz”. To znaczy domyślam się, że maczali w tym palce, a raczej język, Amerykanie i Anglicy, a za nimi, bo tak wygodniej, zaczął to powtarzać prawie cały świat. Nawet Roger Federer, choć francuski jest jednym z języków urzędowych używanych w jego kraju, chyba nigdy nie powiedział o paryskim turnieju „Roland Garros”, tylko zawsze „French Open”.

Oficjalna i niezmiernie rzadko używana nazwa tych zawodów to Championnats Internationaux de France – Międzynarodowe Mistrzostwa Francji. Przyznaję – nazwa długa, zbyt skomplikowana i niepasująca do czasów, kiedy wszyscy gdzieś się śpieszą nawet podczas mówienia. Francuzi znaleźli na to receptę – i w adresie oficjalnej strony internetowej, i w logotypie imprezy podają po prostu nazwę kortów. Znają ją kibice nie tylko tenisa, choć nie można mieć pewności, że także w Stanach Zjednoczonych, o czym świadczą wyniki sprzedaży wysyłkowej pamiątek turniejowych. Jeśli więc nie Championnats Internationaux de France, to Roland Garros, a nie żaden French Open, którego nie znajdziecie na stronie turniejowej nawet w jej wersji anglojęzycznej. Jest też wersja chińska, lecz i w tym przypadku mogę się jedynie domyślać, że autorzy witryny nie poszli na kompromis.

US Open, Australian Open, Katowice Open… – ta lista jest bardzo długa i otwarta, bo jedne turnieje upadają, a na ich miejsce wchodzą nowe. Jeśli organizator imprezy, zwykle odpowiadając na prośbę nie do odrzucenia wyrażoną przez sponsora, godzi się na nazwę angielską, to nam nic do tego. Nie sądziłem, że kiedyś coś takiego powiem albo napiszę, ale może warto wziąć przykład z Rosjan? Na potrzeby wewnętrzne mają Кубок Кремля (czyta się Kubok Kriemlia), a na eksport Kremlin Cup. Można?

Organizatorzy Roland Garros są tak konsekwentni w ochronie ojczystego języka, że wymusili na ITF, WTA i ATP, aby sędziowie ogłaszali wyniki wyłącznie po francusku. Na wszystkich pozostałych turniejach – niezależnie od ich rangi (od „dziesiątek” po Wielkie Szlemy) i miejsca rozgrywania (nawet we Francji) – zasada jest prosta: najpierw 15-0 w języku miejscowym, a potem fifteen-love dla pewności, że gracze też zrozumieli.



Przed Roland Garros

Zapewne zauważyliście, że „Tenisklub” – i ten tradycyjny, i ten elektroniczny, dostępny na monitorze komputera lub ekranie tabletu – nie chce być dziesięcioletnim staruszkiem. Na portalu możecie poczytać blogi, a w wydaniu papierowym, w rubryce „Obok kortów”, pojawiła się nowa stała pozycja – „Gem, set, tweet”. I właśnie jednym takim tweetem, wypatrzonym kilka dni temu, chciałbym się dzisiaj zająć.

„Zabawne, że kiedy Roger przegrał kilka meczów, wszyscy mówili, że jest skończony. Teraz, kiedy Rafa przegrywa na mączce, wszyscy pozostają optymistami”. Ciekawe spostrzeżenie, prawda? Nie wypada nie przedstawić jego autora – to Serhij Stachowski, którego w połowie lipca będziemy mogli zobaczyć na własne oczy w Szczecinie w meczu Pucharu Davisa.

Przyznaję, że ja też nie wierzyłem w renesans formy niezbyt już przecież młodego Rogera Federera. Kiedy na początku 2014 roku Szwajcar stoczył się (proszę nie odczytywać tego zwrotu w negatywnym znaczeniu!) na ósme miejsce w rankingu ATP, wszyscy – powtarzam za Serhijem Stachowskim – ze zrozumieniem kręcili głowami. A ten mistrz nad mistrzami potrafił znaleźć sobie nowe cele (Puchar Davisa!), potrafił je osiagnąć i nadal potrafi wygrywać z najlepszymi.

Czy potrafi wygrać kolejny turniej Wielkiego Szlema? Stawiając takie pytanie niecały tydzień przed rozpoczęciem Roland Garros i odpowiadając, że chyba nie, niczym nie ryzykuję, bowiem – chyba się zgodzicie? – rok 2009 już się nie powtórzy. 2006, 2007, 2008 i 2011 też raczej nie. Sukcesem byłaby dla Szwajcara powtórka z 2005 i 2012. Co się kryje za tymi datami, sprawdźcie sami. Naprawdę chciałbym się mylić, bo Federera-człowieka nie można nie lubić, a za Federerem-tenisistą jeszcze będziemy tęsknili.

Żeby nie było niedomówień – Rafael Nadal to też sympatyczny, dobrze wychowany i nienagannie zachowujący się sportowiec. Za jego tenisem, muszę przyznać, jednak nie przepadam. Każdy, kto próbował lub próbuje naśladować Hiszpana, od razu powinien zaopatrzyć się w skierowanie do ortopedy, które może się przydać w każdej chwili. To nie jest przypadek, że po poważnej kontuzji (2012) i powrocie na szczyt rankingu (2013) Rafael Nadal znów ma kłopoty ze zdrowiem. Niby nie tak poważne jak wtedy, bo gra, ale w hierarchii najlepszych tenisistów świata spadł jeszcze niżej niż wtedy, kiedy przez prawie osiem miesięcy nie grał w ogóle.

Jeśli dobrze zrozumiałem, Serhij Stachowski nie podziela powszechnego optymizmu, natomiast ja podzielam pesymizm Ukraińca.



Głos wewnętrzny

Kodeks pracy jednoznacznie określa, po jakim czasie zatrudnionemu należy się odpoczynek dobowy, po jakim tygodniowy, a po jakim urlop. W WTA i ATP te przepisy nie obowiązują, ale nikt przecież nie powie, że tenisiści są zmuszani do pracy na „umowach śmieciowych”.

WTA i ATP mówią jednak najlepszym tenisistkom i tenisistom, kiedy muszą przyjść do roboty, a każdą nieusprawiedliwioną nieobecność traktują jak naruszenie obowiązków pracowniczych, wpisując w rankingu zero punktów za każdy turniej z kategorii obowiązkowych. Niby są tam związki zawodowe, ale przypominają one raczej CRZZ sprzed Sierpnia ’80 niż pierwszą „Solidarność”.

Załoga czasem głośno ponarzeka, to jeszcze jej wolno, że sezon długi i wyczerpujący, że turniej goni turniej, a roboty tyle, że nie ma kiedy załadować taczek. Protestem jednak nie postraszy, a o strajku nawet boi się pomyśleć. A gdyby nawet gracze oflagowali szatnie – kortów nikt by im nie pozwolił, żeby transparenty z nawet najsłuszniejszymi postulatami nie zasłaniały reklam – to naraziliby się na kontrargument pracodawców. Wszyscy przecież wiedzą, kibice także, iż tenisistki i tenisiści nie stronią od chałtur dużych i małych. Dużych za setki tysięcy dolarów, małych za kilkaset.

Ta wiosna pokazuje jednak, że u niektórych rozsądek wygrywa z chciwością. W Australian Open, Dubaju i Doha Petra Kvitova wygrała zaledwie cztery mecze. Czuła, że nie jest dobrze przygotowana, więc zrobiła sobie aż dwa miesiące przerwy i nie przejmowała się jakimś Indian Wells czy Miami. Dała organizmowi trochę odpocząć, potem spokojnie potrenować, a efekt potwierdził słuszność tej decyzji – pierwsze w karierze zwycięstwo nad Sereną Williams i tytuł w Madrycie.

Z Madrytu do Rzymu z całym cyrkiem nie zabrała się Agnieszka Radwańska. Oficjalnie zasłoniła się zwolnieniem lekarskim, ale jakiś powód musiała przecież podać. Mogła wyjść na kort, aby pokwitować 6000 euro z groszami, jednak Roland Garros coraz bliżej, a czołowa dziesiątka rankingu WTA coraz dalej, więc lepiej nie tracić czasu.

Novak Dżoković, po wygraniu trzech kolejnych turniejów rangi Masters 1000 (Indian Wells, Miami, Monte Carlo), nie szukał wymówek i powiedział wprost, że jeśli ma się liczyć na Roland Garros, to koniecznie musi sobie zrobić przerwę. Zamiast do Madrytu pojechał na krótkie wczasy z żoną i synkiem, czym nie zapomniał pochwalić się na Twitterze.

Andy Murray miał miesiąc wolnego, który można potraktować jak urlop okolicznościowy. Przecież nie co dzień człowiek się żeni. Na miesiąc miodowy pan młody nie miał jednak czasu. Kiedy w ciągu dwóch tygodni zdobył pierwszy i drugi w karierze tytuł na nawierzchni ziemnej, z wlaściwym sobie poczuciem humoru oświadczył, że po prostu małżeństwo mu służy. Służy mu tak dobrze, że nawet z Rafaelem Nadalem rozprawił się na mączce 6:3, 6:2.

Wspomniane przykłady (trzy, bo na efekt nieobecności Agnieszki Radwańskiej w Rzymie musimy jeszcze poczekać) pokazują, że nie warto być niewolnikiem kalendarza turniejowego, że warto wsłuchiwać się w to, co ma do powiedzenia własny organizm, że na kort lepiej wychodzić także dla przyjemności, a nie tylko z obowiązku.



Ani w Pradze, ani na Pradze

Ktoś na Facebooku tęsknie westchnął, że w finale turnieju WTA w Pradze spotkały się dwie Czeszki. „Dożyjemy czegoś takiego w Polsce?” – zadał pytanie. Klawiatura mojego laptopa jakoś tak sama z siebie wystukała ni to odpowiedź, ni to komentarz: „Tak. Jeśli turniej będzie na warszawskiej Pradze, to też Czeszka wygra z Czeszką”. Kilka osób, które łaskawie „zalajkowały”, widocznie podziela mój sceptycyzm; pozostałym postaram się go uzasadnić.

Dwie Czeszki w finale, trzy w jednej drugiej, sześć w jednej czwartej… Mało! Reprezentantki gospodarzy już wcześniej mogłyby pożegnać zagraniczne rywalki, gdyby nie zapobiegliwy los. Otóż do drugiej ćwiartki drabinki turnieju głównego nie trafiła żadna Czeszka, więc osiem „obcych” musiało wytypować jedną, aby postawiła się trzem spośród pięciu „-ovych” i jednej „-eckiej”, które również między sobą walczyły o awans do półfinału.

Turniej dla reszty świata wygrała Yanina Wickmayer. Gdyby nazywała się Sztrosmajer… Ci, którzy z przełomu lat 70. i 80. pamiętają bardzo popularny w Polsce czechosłowacki serial „Szpital na peryferiach”, mogliby podejrzewać, że Belgijka ma czeskie korzenie. Sztrosmajer to oczywiście nazwisko bohatera filmu, nie zaś aktora, ale i tak szkoda, że ten trop prowadzi donikąd.

Pożartowaliśmy, więc teraz trochę poważniej. W zeszłym tygodniu, kiedy był rozgrywany J&T Banka Open, w czołowej setce rankingu WTA było aż dziewięć tenisistek czeskich (pod tym względem ustępowały tylko jedenastu Amerykankom i wyprzedzały osiem Rosjanek). I nie wszystkie pojawiły się na kortach Sparty – zabrakło Petry Kvitovej (pierwszej) i Petry Cetkovskiej (dziewiątej rakiety tego kraju). Wystąpiła za to Denisa Allertova (nr 103 na świecie i 10 w Czechach), która „dziką kartę” – podobnie jak Klara Koukalova – wymieniła na ćwierćfinał.

Praktycznie co dziesiąta tenisistka w Top-100 jest Czeszką, więc nie ma co się dziwić, że w jedynym turnieju WTA na swoich śmieciach wystartowało ich aż osiem (główna drabinka): pięć weszło prosto z rankingu, jedna z eliminacji, a dwie potrzebowały pomocy w postaci „dzikiej karty”. Nie tak dawno temu w Katowicach było bardzo podobnie – również jedna Polka zwycięsko przeszła przez kwalifikacje i również dwie kuchennymi drzwiami. Kłopot w tym, że naszą odpowiedzią na pięć Czeszek może być tylko Agnieszka Radwańska. Skoro nawet jej nie udało się w Spodku zagrać w finale, to na jakiej podstawie możemy poważnie mówić o dwóch Polkach zmagających się o tytuł?

W czołowej setce dzisiejszej listy WTA nadal jest dziewięć Czeszek (Denisa Allertova wypchnęła z niej Petrę Cetkowską, która spadła na 101. miejsce). Nasza rakieta numer 10 – Natalia Siedliska – zajmuje 787. pozycję. W rankingu singlowym jest tylko 15 Polek (w „Tenisklubie” od dawna alarmujemy, że powoli, ale systematycznie ich ubywa), a tenisistek z Pragi, Prościejowa, Przerowa czy Liberca (proszę nie wytykać mi polskiej pisowni, bo odeślę do wpisu sprzed dwóch tygodni ;-) ) dokładnie tyle, ile liczb do wyboru na kuponie Lotto.

Tak, w Pradze to my na pewno nie wygramy. Na Pradze też raczej nie… Nie chcę znowu się powtarzać, więc tylko przypomnę: http://blog.tenisklub.pl/dajmy-im-wedke.



Wiktorowski (nie) musi odejść

Słuchy o tej dymisji dochodziły nie tylko z Krakowa. Robert Radwański – trudno mu się dziwić jako ojcu i trenerewi, który wprowadził córki na salony światowego tenisa – po porażce reprezentacji Polski w Pucharze Federacji publicznie zażądał rezygnacji Tomasza Wiktorowskiego z funkcji kapitana w szczególe oraz pracy z Agnieszką Radwańską w ogóle.

Trochę się spóźnił, ponieważ jeszcze w Zielonej Górze Tomasz Wiktorowski umówił się na spotkanie z prezesem Jackiem Muzolfem. Rozmowa – nie o pogodzie przecież – nie mogła jednak odbyć się w pośpiechu, więc została odłożona do powrotu trenera i jego zawodniczki z turnieju w Stuttgarcie.

Jak można było przewidzieć, pojawiły się jakieś przecieki, ponieważ już w zeszłym tygodniu media zaczęły przedstawiać rezygnację Tomasza Wiktorowskiego jako fakt. Akurat miałem okazję spotkać się z nim w Stuttgarcie, gdzie potwierdził, że odejdzie, ale nie chciał, aby prezes PZT dowiadywał się o tym z internetu.

Kto zastąpi Tomasza Wiktorowskiego na kapitańskiej ławce? To kłopot Jacka Muzolfa. Wiadomo tylko, że musi to być obywatel Polski. Ten wymóg ITF bardzo zawęża grupę kandydatów/kandydatek. Czasu na rozmowy jest niby mnóstwo (następny mecz Polek za ponad dziewięć miesięcy), ale to mogą być tylko pozory i Jackowi Muzolfowi nie ma czego zazdrościć. Może się bowiem okazać, że na swoje propozycje usłyszy grzeczne, lecz stanowcze odpowiedzi odmowne albo sam będzie musiał uprzejmie podziękować tym, którzy zgłoszą się na ochotnika.

Pierwszy postulat Roberta Radwańskiego został więc praktycznie zrealizowany, zanim jeszcze został zgłoszony. Na spełnienie drugiego na razie się nie zanosi. Można zabawić się w mnożenie powodów, dla których Tomasz Wiktorowski pozostanie trenerem Agnieszki Radwańskiej, ale naprawdę istotne wydają się dwa.

Po pierwsze – w tenisie pracodawcą jest zawodnik; on zatrudnia, on zwalnia, z nim negocjuje się wysokość wynagrodzenia zasadniczego i ewentualnych premii. Wszystkie znaki na niebie i korcie wskazują, że Agnieszka Radwańska jest zadowolona z obecnego układu. Po drugie – rezygnacja szkoleniowca w tej chwili, czyli kilka dni albo nawet tygodni po rezygnacji Martiny Navratilovej, byłaby czynem godnym Marka Juniusza Brutusa; oczywiście z zastrzeżeniem, że wbicie Agnieszce Radwańskiej noża w plecy służyłoby słusznej sprawie.

Kto zastąpiłby Tomasza Wiktorowskiego, gdyby jednak sam zrezygnował z dalszej współpracy z Agnieszką Radwańską albo został przez tenisistkę zwolniony? Takich trenerów, którzy mogliby rzucić dotychczasowe zajęcia i podjąć nowe wyzwanie, na rynku praktycznie nie ma. Tym, którzy są akurat bezrobotni, widocznie coś „dolega”, skoro nie mogą znaleźć zajęcia.

A Carlos Rodriguez? Ktoś, kto ma w cv rozdziały bogate w sukcesy Justine Henin czy Na Li, na pewno zna się na tym fachu. Obecnie nie pracuje z żadną tenisistką, więc – teoretycznie, gdyby komuś bardzo na tym zależało – Argentyńczyk mógłby znowu ruszuć w trasę z WTA Tour. Tyle tylko, że bardzo się zaangażował w Chinach, więc tenisistka, która chciałaby go mieć w swojej loży, musiałaby najpierw wykupić jego kontrakt. Mówi się o milionie dolarów. Jeśli dodamy do tego pobory Carlosa Rodrigueza, to szybko dojdziemy do wniosku, że mało którą zawodniczkę stać na tego szkoleniowca. Raczej żadnej spoza czołowej „10” rankingu (na koniec zeszłego roku dziesiąta była Andżelika Kerber, która nie dobiła nawet do 1,9 mln dolarów z samej gry, bez reklam).

Wychodzi na to, że Tomasz Wiktorowski wcale nie musi odejść. I nie wygląda na to, aby chciał.



Polacy nie gęsi

„A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”… Mikołaj Rej, herbu Oksza, nie był kibicem tenisa, był za to kibicem, wręcz fanatykiem, języka polskiego. Walczył z łaciną, która dla jemu współczesnych była tym samym, czym język angielski jest dla nas – chwastem na polszczyźnie.

Piszę o tym dlatego, że nie wszystkim czytelnikom naszego portalu podoba się pisownia nazwisk niektórych tenisistów. Największe razy zbierają ostatnio Novak Dżoković i Marin Czilić, a nawet Maria Szarapowa nie jest w stanie wszystkich zadowolić. Nasi krytycy upierają się przy Djokovicu, Cilicu i Sharapovej, bo tak mówi i pisze cały świat.

Po pierwsze – nie cały. Może Niemcy to nie zawsze jest najlepszy przykład, ale w tej sytuacji wręcz znakomity. W tamtejszych gazetach pisze się Scharapowa. A przy okazji – mecz Pucharu Federacji z Rosją Niemki rozegraly w Sotschi, a nie, jak próbują wmówić im Brytyjczycy, Amerykanie i inni Anglosasi – w Sochi. Jeszcze fajniej wygląda nazwisko Szarapowej po czesku – Šarapovová.

W niemieckich mediach przyjęto zasady pisowni obcych nazwisk i miast zgodnie z zasadami obowiązującymi w języku niemieckim, w czeskich przestrzegają reguł swojego języka, więc dlaczego my mielibyśmy ulegać anglicyzmom? Gdyby przyjąć je, tzn. anglicyzmy, za dogmat w terminologii i pisowni tenisowej, to powinniśmy zgodzić się na Agnieszkę Radwanską, Michala Przysieznego czy Lukasza Kubota. Bo tak piszą inni? Nie, to jeszcze nie jest wystarczający powód.

Przyjrzyjmy się tym nieszczęsnym – z językowego punktu widzenia – Serbom i Chorwatom. Đoković – znajduję na stronie Tenisowego Związku Serbii. Chcę to przepisać, lecz nie mogę, bo na klawiaturze z polskimi znakami nie ma litery Đ. Możemy się spierać, czy odpowiada ona naszej głosce dż czy dź, a może czemuś pośredniemu. Na pewno nie jest to żadne dj, jak chcieliby anglofile.

Jeszcze łatwiej wytłumaczyć, dlaczego piszemy o Cziliciu. W oryginale – za źródło służy nam strona Chorwackiego Związku Tenisowego – pisze się Čilić. Z ć na końcu nie ma problemu, zaś Č na początku to nic innego jak nasze Cz.

Czytelników portalu tenisklub.pl uprzejmie proszę, aby w komentarzach skupili się na tym, co naprawdę istotne. Dyskutujmy – byle kulturalnie – o tenisie, bo na tym polu nasze opinie nie muszą być jednakowe. Jeśli jednak chodzi o język, to zasady pisowni są jednoznaczne. Po polsku można pisać poprawnie lub niepoprawnie – tak samo, jak nie można być w ciąży tylko trochę.

Nieprzekonanych zapraszam na Polish-swoj-Polish.blogspot.com – blog o polszczyźnie dziennikarzy (nie tylko) sportowych.



Magda IX Linette

Tak, wiem – tę tabelkę już kiedyś widzieliście. Wiem nawet, gdzie i kiedy – ponad rok temu w „Tenisklubie”. Jestem przekonany, że nikt w Polsce nie ma nic przeciwko takim powtórkom, bo to oznaczałoby, iż w czołowej setce rankingu WTA pojawiła się kolejna Polka.

Iwona Kuczyńska                   1961                1987                   64               —

Katarzyna Nowak                   1969                1994                   47               —

Magdalena Grzybowska      1978                1995                   30               —

Aleksandra Olsza                    1977                1996                   72               —

Marta Domachowska           1986                2004                   37               —

Agnieszka Radwańska         1989                2006                     2                 9

Urszula Radwańska               1990                2009                   29             114

Katarzyna Piter                        1991                2014                   96             209

Magda Linette                          1992                2015                   99               99

W kolejnych rubrykach: imię i nazwisko tenisistki, rok urodzenia i debiutu w czołowej setce WTA, najwyższe miejsce w karierze oraz aktualna pozycja w rankingu

Powód przypomnienia tego zestawienia jest bardzo optymistyczny – lista Polek, które przebiły się do wymarzonej setki, powiększyła się o dziewiąte nazwisko. Na drugie czekaliśmy siedem lat, potem w ciągu trzech sezonów dopisaliśmy kolejne trzy i znów przyszły lata raczej chude. Licznik drgnął w połowie pierwszej dekady naszego stulecia –  w odstępach dwu-, trzy-, góra pięcioletnich dopisywaliśmy kolejną pozycję.

Tego, co pesymistyczne, na pierwszy rzut oka nie widać. Spójrzmy bowiem na kolumnę z datami urodzenia: Agnieszka Radwańska – 1989, Urszula Radwańska – 1990, Katarzyna Piter – 1991, Magda Linette – 1992. Aż chce się teraz rzucić okiem na całą listę klasyfikacyjną. Jak bardzo byśmy jednak nie wysilali wzroku, i tak nie znajdziemy na niej polskiej tenisistki z rocznika 1993. W 1994 urodziła się tylko Paulina Czarnik, a rok później Zuzanna Maciejewska i Natalia Siedliska. Pierwsze dwie mają ranking czterocyfrowy, więc od czołowej setki dzieli je przepaść. Trzecia utknęła w ósmej setce, a ponadto są wątpliwości dotyczące kraju, jaki reprezentuje. Przy nazwisku Siedliskiej WTA nadal podaje kod POL, natomiast ITF już od połowy marca pisze GER (od dawna tenisistka mieszka i trenuje w Niemczech).

W czołowej setce świata są w tej chwili tylko trzy nastolatki, więc to bardziej wyjątek niż reguła. Szukając kandydatki na dziesiątą Polkę, którą moglibyśmy niedługo dopisać do tabelki, rozglądajmy się na razie za rówieśniczkami (to pojęcie trzeba traktować raczej umownie) Magdy Linette.

Pierwsza na liście oczekujących jest Paula Kania (1992), która zdobyła już nawet wielkoszlemowe doświadczenia, lecz brakuje jej mocnego impulsu – takiego, po którym ranking skoczyłby nie o kilka czy nawet kilkanaście, lecz o kilkadziesiąt pozycji w ciągu miesiąca. Na początku lutego sosnowiczanka zajmowała 154. miejsce (najwyższe w karierze), a to na pewno nie jest szczyt jej możliwości.

Druga wśród tych Polek, które jeszcze nigdy nie osiągnęły rankingu wyrażonego dwiema cyframi, jest Sandra Zaniewska (również 1992). Ona była już klasyfikowana nawet wyżej niż Kania, jednak dość dawno temu – prawie trzy lata. Kontuzje nie ułatwiają jej przejścia z ITF Women’s Circuit (osiem tytułów na tym szczeblu) do WTA Tour.

Justynie Jegiołce (1991) udało się wskoczyć do trzeciej setki tylko na dwa tygodnie, więc chyba się nie obrazi za stwierdzenie, że raczej nie ma potencjału na awans do Top-100.

Jegiołka o niecałe sto pozycji wyprzedza Magdalenę Fręch (1997), do niedawna najmłodszą Polkę w rankingu WTA (dziś, nazajutrz po 17. urodzinach, na liście światowej zadebiutowała Oliwia Szymczuch). Łodzianka dobrze sobie radzi nie tylko ze starszymi rodaczkami (już trzy złote medale mistrzostw Polski), ale również w rozgrywkach ITF. W tym roku jeszcze nie przegrała meczu z zawodniczką sklasyfikowaną niżej od niej, a to też sporo mówi o możliwościach tenisistki.

Na dziesiąte nazwisko przyjdzie nam zatem jeszcze trochę poczekać. W tym czasie cieszmy się razem z Magdą Linette i nie martwmy się, jeśli na tydzień albo trzy wypadnie z setki. Przecież wróci!



Mój kamień w kieszeni

Może dlatego, że Święta. A może dlatego, że przeoczyli. Internetowi hejterzy nie napadli na Novaka Dżokovicia za to, że podczas finału turnieju w Miami – rozgrywanego w Niedzielę Wielkanocną – napadł na chłopca do podawania piłek (swoją drogą słowo „ballboy” w USA trochę mnie bawi, kiedy widzę panów, i panie też, raźnym krokiem zbliżających się do emerytury).

Nikt, to chyba oczywiste, nie pochwalił Serba za to, że wyładował złość na Bogu ducha winnym bliźnim, ale też nikt – to bardzo okolicznościowe porównanie – nie żądał, aby go za to ukrzyżować. Sieć podzieliła się na dwa obozy, a z powodu świątecznych przyjemności nie chciało mi się sprawdzać, który był większy. W każdym razie jedni docenili eleganckie zachowanie Dżokovicia. Nie każdego – i nie mówię tu tylko o sportowcach – stać na to, aby od razu publicznie przeprosić za naganne zachowanie. Drudzy niby im przytakiwali, jednak na pierwszy plan wyciągali nie pokutę i żal, lecz grzech.

W sportowców – tenisiści nie mogą być wyjątkowi – niegrzeszących myślą, mową ani uczynkiem nie wierzę. Od prawie 40 lat błąkam się po boiskach, bieżniach i kortach (a także ich okolicach), na których sport uprawia się nie tylko dla przyjemności, i nie widziałem ani jednej aureoli. Każdy z nas ma coś na sumieniu; każdy ma z czego tłumaczyć się jeśli nie przed kibicami, to przed rywalami, kolegami z drużyny, trenerem, sędzią.

Nie każdy jednak potrafi zachować się jak Dżoković. Na jego miejscu wielu tylko by wzruszyło ramionami i udawało, że co złego, to nie oni. Ja, tego Serb może być pewien, jako pierwszy kamieniem w niego nie rzucę. Jako drugi, piąty, dziesiąty – też nie. Nie dlatego, że jestem taki wspaniałomyślny albo tak bardzo przejąłem się Wielkanocą. Ot, pragmatyzm – dziś rzucę ja, a jutro ukamienują i mnie…

Minął poniedziałek, przyszedł wtorek i wróciliśmy do pracy. Nie byłoby jednak źle, gdyby w każdym z nas jeszcze trochę przetrwało coś z tej świątecznej atmosfery.



Koniec z setami bez końca

Pot wylany przez Leonardo Mayera i Joao Souzę nie poszedł na marne. Przez 6 godzin i 43 minuty Argentyńczyk i Brazylijczyk ganiali się po mączce, okładali nawzajem forhendami i bekhendami, pokonany zeszedł z kortu niemal na czworakach, a zwycięzcę odprowadzono do karetki, która zawiozła go do szpitala. Tam lekarze stwierdzili skrajne odwodnienie organizmu.

Francesco Ricci-Bitti, prezes Międzynarodowej Federacji Tenisowej, w każdym programie meczowym Pucharu Davisa z dumą podkreślał, że co roku kilkunastu tenisistów z czołowej dwudziestki rankingu ATP (albo dwudziestu iluś z pierwszej trzydziestki – zależnie od tego, która liczba wygląda lepiej) znalazło w kalendarzu czas dla reprezentacji. Pan prezes albo długo udawał, że nie słyszy, albo w ogóle niezbyt się przejmował krytycznymi opiniami czołowych graczy świata, że formuła tych rozgrywek dawno się przeżyła i już najwyższa pora na jakieś reformy.

Pomysły padały ze wszystkich stron. Ktoś sugerował rozgrywanie Pucharu Davisa w cyklu dwuletnim, a ktoś inny chciałby wydzielić w kalendarzu tydzień albo dwa i jednym zamachem rakiety odfajkować temat systemem turniejowym. Te i inne propozycje odbiły się w siedzibie ITF niezbyt donośnym echem. Dopiero mecz Mayera z Souzą podziałał na wyobraźnię lokatorów pałacu w Roehampton. Kiedy na szali jako argument zostało położone zdrowie zawodników, działacze nie mogli już udawać głuchych.

Formalnie nie jest to jeszcze przesądzone, ale nie po to pan Ricci-Bitti pozwolił sobie na przeciek do argentyńskiej prasy, aby delegaci na coroczny kongres ITF mieli inne zdanie niż on. Dla Włocha to sprawa honoru, ponieważ we wrześniu zamierza ustąpić ze stanowiska. Wszystko wskazuje jednak na to, że może spać spokojnie.

Jednym z kandydatów na nowego prezesa, chyba najpoważniejszym, będzie Juan Margets. Hiszpan też zdążył już zabrać głos na temat planowanych zmian: – Cztery lata temu wszyscy byli na „nie”, a teraz wszyscy się zgadzają – powiedział obecny przewodniczący Komitetu Pucharu Davisa ITF.

Jeśli jacyś tenisiści chcieliby koniecznie przejść do historii najstarszych drużynowych rozgrywek sportowych i pograć choćby o minutę dłużej niż Mayer i Souza, to muszą się śpieszyć. Jeśli nie uda im się w tym roku – szansa przepadnie bezpowrotnie. Amatorzy tiebreaka postawili bowiem na swoim i od nastepnego sezonu w piątym secie nie będzie już gry do dwóch gemów przewagi.

„Mecz Mayera z Souzą miał zatem niespodziewane konsekwencje: koniec z setami bez końca, żegnajcie daviscupowe maratony” – napisał dziennik „La Nacion”.



Kubot albo nic

Jeśli komuś bliżej do emerytury (nawet mimo podniesienia limitu wieku uprawniającego do niepracowania) niż do pierwszej w życiu wypłaty, to nowinki technologiczne powinien przyjmować bardziej krytycznie. Kilkanaście dni temu znalazłem na Twitterze informację, którą przy pierwszej sposobności podzieliłem się na blogu, a dziś zatęskniłem za starymi czasami.

Nikomu nie wmówię, że wtedy żyło się lepiej, ale zapewniam – przynajmniej w mediach – pracowało się spokojniej. Do redakcji przychodziła wiadomość. Nikt się na nią nie rzucał, a jeśli była średnio ciekawa, to starszy dziennikarz chętnie oddawał ją młodszemu. Jeśli zaś z jakiegoś powodu okazała się ważna, zwykle miał dość czasu, aby się nią zająć bez szkody dla innych spraw.

Wiek XXI tylko obiecuje jakieś prawa i stanowczo egzekwuje obowiązki. Usłyszałeś o czymś w jednym medium? Przeczytałeś coś w drugim? No to leć z tym do trzeciego, bo być może są tam tacy, którzy jeszcze o tym nie słyszeli i tego nie czytali. Przeczytałem, poleciałem, napisałem – że od dziś Natalia Siedliska będzie figurowała w rankingu WTA jako Niemka. Zaglądam, sprawdzam i pod pozycją 798. ciągle widzę Polkę.

Podpowiadam zatem redakcyjnej młodzieży – uczcie się na cudzych błędach i publikujcie tylko to, co naprawdę sprawdzone, a nie tylko zasłyszane lub wypatrzone. Ta rada przyda się nawet wtedy, gdyby za tydzień albo miesiąc okazało się jednak, że najpierw informator z Twittera, a ja zaraz za nim tylko uprzedziliśmy wypadki.

Przed meczem Pucharu Davisa z Litwą wszystkie media, które cenią sobie przyzwoitość, obiegła informacja o nagrodzie fair play dla Łukasza Kubota. Chince Zhu Lin należałoby przypominać o niej przed każdym wyjściem na kort, może nawet posłać ją do Polaka na korepetycje. W pierwszej rundzie turnieju w Indian Wells ta 21-letnia kwalifikantka oszukała rywalkę, sędziego, publiczność na trybunach i przed telewizorami. Z trudem dobiegła do dropszota zagranego przez Franceskę Schiavone. Wyciągnęła rakietę i trafiła piłkę, która – jeszcze po jej stronie – odbiła się od kortu, a dopiero później przeszła nad siatką.

Arbiter, choć właśnie po to siedział na stołku, nie zauważył błędu Chinki. Publiczność także, bo była zaaferowana efektowną wymianą. Włoszka nie miała żadnych wątpliwości, że to jej punkt. Prosiła przeciwniczkę, żeby przyznała się do nieprawidłowego zagrania, ta jednak udawała, że nie rozumie. Angielskiego w Chinach już uczą, ale lekcję o uczciwości Lin opuściła bez usprawiedliwienia.

Telewizja pokazała, jak było naprawdę, a materiał dowodowy szybko trafił do sieci (czasem nawet YouTube może się przydać do czegoś pożytecznego). Chinka jest młoda – bo co to jest 21 lat? – i wszystko jeszcze przed nią. Albo nic…