Artur Rolak

All Articles by Michał Jaśniewicz

27 Articles
Antoni Cichy

All Articles by Michał Jaśniewicz

11 Articles
Mateusz Grabarczyk

All Articles by Michał Jaśniewicz

5 Articles
Patryk Osuch

All Articles by Michał Jaśniewicz

5 Articles
Michał Jaśniewicz

All Articles by Michał Jaśniewicz

4 Articles

All Articles by Michał Jaśniewicz

1 Article


Tenisowa niepodległość Kosowa

osuch28 marca roku Pańskiego 2015 w Lozannie, wielka tenisowa rodzina przyłączyła do swojego grona nowego członka. Kosowski Związek Tenisowy 50 głosami „za” i 19 „przeciw” wszedł w poczet Europejskiej Federacji Tenisowej (czyt. Tennis Europe) i już od roku 2016 kosowscy tenisiści będą mogli pełnoprawnie rywalizować na europejskich kortach. Z tej decyzji jednak nie wszyscy byli zadowoleni. Nie wszyscy, czyli Serbowie.

„WSTYD! I tenisiści uznali Kosowo!”, „Serbia przegrała jeszcze jedną bitwę: Kosowo w Tennis Europe”, „Nie pomoże nawet imię Novaka Dżokovicia: Kosowo zostało członkiem Europejskiej Federacji Tenisowej!” – takimi nagłówkami grzmiały serbskie portale. Mógłbym w tym miejscu postawić pytanie „dlaczego?”, jednak dla większości z nas mogłoby to być pytanie retoryczne. Wejdę na historyczną ścieżkę tego narodu, ale nie będę nią dalej kroczył, bo to blog o innej tematyce. Serbia nigdy nie uznawała i nie uznaje Kosowa za odrębne państwo.

Kosowo świętuje, bo ma co. Nawet pani prezydent tego kraju Atofete Jahjaga nie omieszkała pogratulować na fejsie Kosowskiemu Związkowi Tenisowemu. Radość jest właściwie podwójna, bo już ubiegano się o przyłączenie Kosowa do Międzynarodowej Federacji Tenisowej. Dwa lata temu w marcu ich wniosek o członkostwo został jednak oddalony po interwencji Serbów. Kosowscy delegaci, którzy wyruszyli do Tallina na coroczne posiedzenie Europejskiej Federacji Tenisowej nie zostali nawet dopuszczeni do głosu.

Co ciekawe, rok później Kosowo dopięło swego i za sprawą maleńkiego błędu, który to dla Serbów był wręcz błędem kardynalnym, stało się na chwilę członkiem ITF-u. Wszystko za sprawą wpadki, która miała miejsce na oficjalnej stronie World Tennis Day, przy okazji Światowego Dnia Tenisa. Na liście krajów, które są członkami Międzynarodowej Federacji i wspierają ten dzień, pojawiła się omyłkowo flaga Kosowa. Na reakcję długo nie trzeba było czekać. Po dynamicznej interwencji prezesa Serbskiego Związku Tenisowego błąd skorygowano.

W tych dniach dał o sobie znać również Kosowski Związek Tenisowy, który to listem od Jacquesa Dupre (prezydenta Tennis Europe) dostał zielone światło i szansę na stanie się członkiem tej organizacji. Rok później, jak widać, w pełni tę okazję wykorzystał.
Krok po kroku Kosowo jak politycznie, tak sportowo brnie ku niepodległości. Oprócz tenisowego sukcesu, w grudniu ubiegłego roku stało się pełnoprawnym członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, co oznacza, że reprezentacja tego kraju zadebiutuje już na najbliższych Igrzyskach. Ciekawe ile czasu upłynie, zanim usłyszymy o odnoszącym sukcesy kosowskim tenisiście.



Wstyd

Za nami pierwszy tegoroczny akcent występów polskiej reprezentacji w Pucharze Davisa (oby pierwszy z trzech). Z punktu widzenia sportowego obyło się bez niespodzianek , a przede wszystkim po naszej myśli – we wszystkich konfrontacjach górą byli tenisiści wyżej notowani, co zagwarantował końcowy sukces biało-czerwonym.

Po raz kolejny z roli lidera w pełni wywiązał się Jerzy Janowicz, jak natchniony w meczu deblowym serwował Marcin Matkowski, a energią na korcie emanował Łukasz Kubot. Należy także odnotować debiut w drużynie Kamila Majchrzaka. 19-latek co prawda przegrał w piątym meczu, nie mającym znaczenia dla końcowych losów rywalizacji, ale przede wszystkim zebrał bezcenne doświadczenie.

Pomimo tego wyjeżdżałem z Płocka odczuwając spory niedosyt, wręcz irytację. Jak nietrudno się domyślić, powodem było to co działo się (a raczej nie działo) na trybunach Orlen Areny. Ilość wolnych miejsc i te puste niebieskie krzesełka porażały. Z zazdrością obserwowałem litewskich kibiców (znajdowali się oni bezpośrednio przed lożami prasowymi, więc ta obserwacja była bardzo wnikliwa), donośnie wspierających swoją drużynę. Oczywiście wielokrotnie „przeginali” oni w reakcjach, a promile alkoholu „unosiły” się w powietrzu, niemniej byli potężnym oparciem dla Berankisa i spółki (podkreślał to zarówno lider Litwinów, jak i pozostali tenisiści).

Polscy kibice, nie dość, że w małych grupkach (czasami nawet pojedynczo) rozsiani byli po trybunach, to jeszcze większość z nich nie przejawiała wielkiej ochoty by wspierać reprezentantów kraju. Na konferencjach prasowych mówili zresztą o tym sami zainteresowani. Kapitan drużyny Radosław Szymanik, po wygranym spotkaniu deblowym, w pierwszych zdaniach nawiązał do frekwencji na trybunach (w sobotę litewskich fanów dosłownie było więcej od Polaków!): – Jestem zawiedziony jedną rzeczą – frekwencją na trybunach. To jest coś czego się nie spodziewałem. W innych dyscyplinach nie zdarza się sytuacja, w której tak utytułowanych sportowców ogląda tak mało osób.

W podobnym tonie wypowiadali się sami tenisiści. Jerzy Janowicz zwrócił uwagę, iż takie mecze powinny być rozgrywane w „bardziej tenisowych miastach”. Decyzja o wyborze lokalizacji na spotkanie z Litwą od początku budziła sporo kontrowersji, a miniony weekend tylko w pełni to potwierdził. Nie ma dla mnie cienia wątpliwości, że winą za całą sytuację w pierwszej kolejności należy obwinić Polski Związek Tenisowy.

Jedna sprawa to wybór miejsca, druga to promocja samej imprezy. Dużym błędem było odejście od pokazów „Tenis 10”. Aktywizowały one lokalne kluby tenisowe i mobilizowały rodziny oraz znajomych udzielających się na korcie dzieciaków, by przyjść na mecz. Warto też pamiętać, iż w ubiegłym roku, przy okazji meczu z Chorwacją w Torwarze, PZT (jeszcze za prezesa Suskiego) podjął się próby stworzenia Klubu Kibica. Wówczas nie wyszło to najlepiej i skończyło się na jednorazowym podejściu. Mimo wszystko szkoda jednak, że tak łatwo odpuszczoną sobie tą inicjatywę.

Grupa kibiców, mających pojęcie o właściwym zachowaniu się przy takiej okazji, zajmująca dobrze widoczne miejsce, ubrana w barwy narodowe, wyposażona w trąbki czy bębny, mogłaby stworzyć naprawdę kapitalną atmosferę. To, że kibicować Polacy potrafią wiemy doskonale, czasami potrzeba tylko odpowiedniego bodźca.

Licząc, że w najbliższych latach męska reprezentacja daviscupowa oraz kobieca fedcupowa dadzą nam jeszcze wiele radości i pozwolą przeżywać niezapomnianej emocje, warto byłoby na poważnie podejść do stworzenia „Klubu Kibica Polskich Reprezentacji Tenisowych”. Takie stowarzyszenie mogłoby wspierać naszych reprezentantów nie tylko w meczach granych przed własną publicznością, ale również w spotkaniach wyjazdowych, czy turniejach ATP oraz WTA. W gestii Polskiego Związku Tenisowego powinna być nie tylko troska o rozwój sportowy dyscypliny, ale także o edukowanie oraz aktywizowanie tenisowych kibiców.

Stworzenie Klubu Kibica przy PZT zagwarantowałoby wiele korzyści – z jednej strony czysto sportowych (właściwy doping naprawdę może wpłynąć na poziom gry!), a z drugiej „pijarowskich”. Doskonałym przykładem mogą być mecze siatkarskie. Towarzysząca im atmosfera na trybunach jest ważnym sygnałem dla potencjalnych reklamodawców.

Polski tenis jest produktem coraz cenniejszym, ale nie wszyscy mają jeszcze tego świadomość. O ile Agnieszka Radwańska, czy Jerzy Janowicz na brak sponsorów nie mogą narzekać, o tyle w kontekście polskich reprezentacji tenisowych potencjał wciąż jest niewykorzystany. Zbudowanie właściwej otoczki wokół meczów reprezentacji może być w tym względzie kluczowe. Raz jeszcze powtarzam więc mój apel do Polskiego Związku Tenisowego: edukujmy i aktywizujmy polskich kibiców!



Nie tylko nazwiska

Dwa lata temu, przystępując do rozgrywek eliminacyjnych w strefie euro-afrykańskiej Fed Cup’u, mogliśmy tylko pomarzyć o spotkaniu, które czeka nas już w najbliższy weekend. Wyłącznie osoby z najbujniejszą wyobraźnią mogły z kolei liczyć na taką otoczkę tego wydarzenia.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że mecz w Kraków Arena to najważniejsze tenisowe wydarzenie w całej historii naszego kraju. Nie chodzi tu tylko o magię nazwisk Radwańskiej i Szarapowej (kolejność nieprzypadkowa…), ale przede wszystkim o wagę spotkania. Oczywiście Fed Cup’owi brakuje nieco do prestiżu starszego brata „Davisa”, niemniej to wciąż jedne z najbardziej prestiżowych rozgrywek w tenisie.

Otoczka towarzysząca spotkaniu w Krakowie sprawia, że trochę umyka nam fakt obecności reprezentacji Polski w elitarnej ósemce tych drużynowych rozgrywek. Co więcej, całkiem realny wydaje się występ w kwietniowym półfinale (z Niemcami lub Australią, ale na pewno na wyjeździe). Chciałbym wierzyć, że gdybyśmy grali np. z Włoszkami to na mecze sióstr Radwańskich z Sarą Errani i Robertą Vinci także stawiłoby się piętnaście tysięcy kibiców.

Daleki jestem od szukania dziury w całym. Wręcz przeciwnie – sam odczuwam ekscytację zbliżającym się weekendem. Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że chodzi nie tylko o zobaczenie na korcie Agnieszki Radwańskiej czy Marii Szarapowej (notabene wcale nie jest powiedziane, że do bezpośredniej rywalizacji tych tenisistek dojdzie), ale przede wszystkim o walkę polskiej reprezentacji o półfinał najbardziej prestiżowych drużynowych rozgrywek w kobiecym tenisie.

Mam gorącą nadzieję, że z jednej strony kibice stworzą w Kraków Arena niezapomnianą atmosferę i w pełni zaangażują się w doping, a z drugiej strony nie poddadzą się niebezpiecznemu trendowi „schamszczania” zachowań na tenisowych stadionach, jaki w ostatnich latach ma miejsce. Pamiętajmy o podstawowej zasadzie kodeksu tenisowego kibica: „po pierwsze nie przeszkadzaj!”.

Korzystając z okazji chciałbym też gorąco zaprosić na łamy portalu Tenisklub, gdzie już od jutra liczne korespondencje z Krakowa. Pierwsza z nich po godzinie 13, prosto z Centrum Kongresowego ICE, w którym odbędzie się losowanie kolejności spotkań. Warto nadmienić, że uświetni je m.in. prezydent Międzynarodowej Federacji Tenisowej – Francesco Ricci-Bitti. Szczęśliwych posiadaczy biletów zapraszam także na stoisko Tenisklubu w Kraków Arena – warto!



Finał bez tego „czegoś”

Przez osiem tygodni każdego roku myśli tenisowych zapaleńców skupione są na jednym – na kolejnych imprezach wielkoszlemowych. Jest to fenomen, który bardzo ciężko wytłumaczyć. Na logikę, cztery imprezy sportowe, rozgrywane każdego roku, trwające łącznie blisko dwa miesiące, nie powinny budzić za każdym razem aż takiej ekscytacji.

Czytaj dalej Finał bez tego „czegoś”