3x15=40

3 x 15 = 40


Dla większości love to miłość, a nie żadne zero. Mało komu też z wymnożenia piętnastki przez trójkę wyjdzie czterdzieści. W tenisie jednak jak na wojnie i – nomen omen – w miłości, wszystkie chwyty dozwolone, dlatego zarówno angielski jak i matematyka rządzą się swoimi prawami.

Do dziś moi znajomi, którzy nie nazwą się wielkimi fanami tenisa, ale i nie przełączą telewizora, gdy mowa o Agnieszce Radwańskiej czy Jerzym Janowiczu, pytają: dlaczego w tenisie tak przedziwnie liczy się punkty? Koncepcji jest kilka.

Jedna z nich wywodzi się od francuskiego słowa la journée, które dawniej można było przetłumaczyć jako „dzień” ale też  jako „gra sportowa”. Oba te znaczenia znalazły wspólny mianownik w tenisie, a właściwie w jeu de paume, bo w średniowieczu nie grano jeszcze rakietami tylko ręką. Tak, jak każdy dzień składa się z dwudziestu czterech godzin, tak każda partia jeu de paume składała się z dwudziestu czterech gier, dziś zwanych gemami. Te zaś dzieliły się na cztery punkty, każdy liczony jako piętnaście – cztery razy piętnaście dawało sześćdziesiąt, czyli – patrząc pod kątem minut – jedną z wspominanych dwudziestu czterech godzin doby. I jesteśmy w domu. No dobrze – ktoś zapyta – ale co w przypadku remisu 45:45 i obowiązującej (także wówczas) zasadzie dwóch punktów przewagi? Wtedy, aby nie dopuścić do absurdalnej sytuacji, w której godzina będzie miała siedemdziesiąt pięć minut, obniżano wynik do po czterdzieści, a każdy kolejny punkt liczono już nie jako piętnaście a jako dziesięć. Przy 50:50 wracano do 40:40. I tak do skutku. Identyczna reguła panowała przy remisie w gemach (grach). Z upływem czasu, gdy gry trwały zbyt długo, zmniejszano ich liczbę – najpierw do dwunastu, a potem do sześciu.

Nieodłącznym elementem średniowiecznej jeu de paume był hazard. Zakładali się i widzowie, i gracze. O wszystko – o to, kto wygra cały mecz, o to, jaki będzie wynik, o to, kto zdobędzie poszczególny punkt, a stawki opiewały na 15, 30, 45 i 60 sous, czyli ówczesnej jednostki obrachunkowej we Francji. Wygląda znajomo? W porządku, ale znów pojawia się burząca całą koncepcję liczba 45. Jednak i tym razem istnieje wyjaśnienie. Oprócz Francuzów kibicami rozgrywek byli Anglicy, którzy niespecjalnie radzili sobie z miejscowym językiem, a już na pewno nie z przyswojeniem słowa quarante-cinq. Ułatwili sobie więc sprawę, rezygnując z cinq, czym skrócili wartość do 40. Wersja ta przeniosła się na Wyspy i tak już ponoć zostało.

Opuśćmy Francję i Anglię, zajmijmy się atrakcyjnością. Istnieje też teoria mówiąca o tym, że składające się z jednej sylaby cyfry 1, 2, 3 (z ang. one, two three, czy z fr. un, deux, trois) są dla tenisa ziemnego (ciekawe dlaczego dla stołowego już nie) bezbarwne, dlatego postanowiono wprowadzić bardziej ponętne fifteen, thirty i… no właśnie, a co z forty-five? Forty-five nie, bo było z kolei zbyt długie. Obcięto five, zostało forty. Proste.

Tyle matematyki, chociaż w Internecie i literaturze pewnie da się znaleźć kilka pomysłów więcej. Czas na angielski. I tu lekkie zaskoczenie, bo jeśli ktoś, widząc love pomyśli o uczuciu, nie pomyli się nawet w kontekście tenisa. Według niektórych gra się w niego właśnie z miłości, a nie dla pieniędzy (z ang. play for love, not for money) i z tego względu termin ten tak mocno zakorzenił się w tym sporcie. Inni twierdzą, że nie tędy droga i na bohatera typują francuskie słowo l’oeuf, czyli jajko, które kształtem przypomina cyfrę zero. To co było pierwsze – jajko czy miłość?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>